Ja, kobieta, 29 lat, bardzo ładna nauczycielka języka obcego, tłumacz przysięgły i początkujący tłumacz symultaniczny. W następnym roku bronię doktorat.
Alkoholiczka poniewierająca się z dwoma promilami alkoholu przynajmniej 5 razy w tygodniu. Tak już opanowałam kłamstwo i zacieranie śladów po libacjach w samotności, że prawie nie mam kaca i nikt nic nie zauważa.
Dwa miesiące temu prawie zapiłam się na śmierć. Od tamtej chwili uświadomiłam sobie mój problem i bardzo się boję. W lustro patrzę tylko gdy zakrywam twarz makijażem. Wstyd mi przed samą sobą i rodziną. Gdybym mogła cofnąć czas i nigdy nie spróbować alkoholu, zrobiłabym to bez mrugnięcia okiem.
Wyznanie tutaj piszę już z setny raz, może w końcu odważę się kliknąć „dodaj”.
W środę pierwszy miting u AA. Trzymajcie za mnie kciuki, żeby się udało zapukać do drzwi...
Sny są bardzo dziwne prawda? Jednym śnią się ich najgorsze koszmary. Innym z kolei marzenia lub bezsensowne rzeczy.
Mnie przynajmniej raz w miesiącu nawiedzał jeden sen. Sen, w którym umierałam. Jednak nie byłam w nim sobą. Pozwólcie, że wytłumaczę.
Pierwszy raz przyśniło mi się to, gdy miałam jakieś 12 lat. Do tej pory pamiętam świetnie cały ten koszmar. Zawsze zaczynał się tym, że ubrana w szarą, dość brudną sukienkę sprzątałam gustowny dom, otoczony drzewami. Wycierałam srebrne zastawy, oczyszczałam z kurzu misternie wykonane figurki.
Kiedy kończyłam pracę, w drzwiach pojawiał się wysoki mężczyzna w mundurze. Jego twarz wykrzywiał okrutny uśmiech. Przeszywał mnie wzrokiem. Starałam się go ignorować, jednak po chwil czułam jego dotyk na szyi. Zimne dłonie powoli przesuwały się niżej. Przerażenie oraz obrzydzenie dawały mi porządnego kopa, łapałam jedną z figurek przedstawiającą dziewczynkę w pięknej białej sukni i uderzałam nią oprawcę. Z wrzaskiem wypadałam z drzwi.
Sen urywał się na chwilę, aby powrócić w momencie mojego szaleńszego biegu przez obóz. Tak, wiedziałam, że jestem w obozie. Nie dało się tego przeoczyć. Słyszałam nawoływania.
- Halt!!!
Porzucając nadzieję, skręcałam, by oprzeć się o budynek z czerwonej cegły. Pamiętam mur z takiej samej cegły po mojej lewej oraz drzwi, do których prowadziły betonowe schody w budynku naprzeciwko.
Słysząc kroki bardzo blisko siebie kucałam i przymykałam oczy. Potem nadchodził ten okropny dźwięk. Trzy wystrzały. Jeden trafiał mnie w brzuch, dwa w klatkę piersiową.
W tym momencie zawsze się budziłam. Sen nękał mnie, jak już wspomniałam, przez wiele lat, aż do dnia, gdy mimo lęku pojechałam do Oświęcimia. Płakałam idąc pomiędzy znanymi ze snu budynkami. Najgorszym przeżyciem jednak było odnalezienie miejsca, gdzie zostałam zastrzelona we śnie. Momentalnie zrobiło mi się słabo, a mój przyjaciel wyprowadził mnie szybko poza teren obozu. Długo potem płakałam. Jednak od tego momentu mój sen już nie powrócił.
Matka mojej znajomej uważa, że mogłam w ten sposób przypomnieć sobie poprzednie życie. Dość pokręcone, prawda? :)
To wyznanie będzie ohydne – uprzedzam.
Od pewnego czasu mojemu mężczyźnie chodził po głowie seks analny. Nigdy go nie uprawiałam, no ale czemu by nie spróbować? Umówiliśmy się na wieczór na spotkanie. Miałam w planach przetestować nowy pomysł. No ale nie pójdę przecież ot tak, chciałam się na to przygotować, bo nigdy nie ufałam swojej dupie, czyli mała lewatywa nie zaszkodzi. Mam do tego sprzęt, więc zabieram się za robotę. To była moja pierwsza lewatywa, więc nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać.
Trzeba tutaj zaznaczyć, że posiadam łazienkę z wanną, za to bez kibelka. Ten znajduje się na drugim piętrze.
Po wlaniu w siebie zamierzonej części wody, zachciało mi się wiadomo co. Zaplanowałam wszystko, oprócz jednego – gdzie to spłukać? Skoro jestem teraz w łazience, nie mam przy sobie kibelka? Wpadłam na jakże genialny plan – do wanny, przecież nie może być tego za wiele i na pewno będzie w postaci płynnej, więc ładnie umyję wannę i po kłopocie. Pomyliłam się... Całkiem niezłej wielkości kloce z prędkością pocisków wystrzeliwały ze mnie wprost do wanny, w której kucałam. I było tego całkiem dużo! Nie wiedziałam, co z tym zrobić, przecież takiej kało-wody nie wniosę w wiadrze i nie spłuczę w WC (nie mieszkałam sama). Wpadłam na kolejny genialny plan – to, co nie wpłynęło do kanalizacji, upchnie się dłonią. Bez rękawiczek. Tak też po raz pierwszy w życiu dotykałam swojej kupy. Czy się brzydziłam? Nie. Chyba strach, że ktoś się o tym dowie, zapanował nade mną i nie myślałam o tym. Dopiero jak to wspominam, to się brzydzę.
Po tym wszystkim przepłukałam i mocno umyłam wannę, siebie, wszystko.
No i randka była udana. Facetowi się podobało. Całując moje dłonie, nie wiedział, co robiły tego samego dnia rano...
Następne lewatywy już planowałam DOKŁADNIEJ.
A tak poza tym to jestem normalna.
Moja dziewczyna na każdą okazję do prezentu dawała mi, uwaga! SIEBIE. Traktowała seks jako prezent i jako nagrodę za dobre sprawowanie. Ja organizowałem kolacje, kwiaty, wymyślałem, jak zorganizować czas, gdzie ją zabrać, co kupić. Kiedy pod choinkę dostałem znów JĄ, postanowiłem, że dość tego. Wczoraj miała urodziny i tym razem ja też dałem jej siebie – zawinąłem co trzeba w kokardkę, położyłem się i powiedziałem: „Oto twój prezent”. Wtedy wyszła z siebie i stanęła obok :) Ostry foch i jeżeli związek wytrzyma do walentynek, to zamierzam dać jej również SIEBIE.
Trochę mi przykro, że dawałem się tak wykorzystywać, ale po pierwsze serce nie sługa, a po drugie pewne rzeczy trzeba zrozumieć, doświadczyć i się często przejechać na głupocie. Na razie poczekam, jak mi zorganizuje weekend i gdzie mnie zabierze. Niech wymyśli coś, co moglibyśmy wspólnie porobić, tym razem za jej pieniądze. Boli mnie to wszystko, powinienem to zakończyć, a mam jakąś dziwną nadzieję, że coś się zmieni, że ona zrozumie, choć pewnie nie zrozumie. Trafiłem na materialistkę i do tego egoistkę. Chciałaby tylko brać, nic od siebie nie dając. Jest mi cholernie źle.
Trzy tygodnie rozmawiałem z jedną dziewczyną przez internet. Dwa razy spotkaliśmy się na żywo. Po trzech tygodniach zapytała, czy jestem zaszczepiony na covid – powiedziałem, że nie (nie jestem też przeciwko szczepieniom). Poblokowała mnie natychmiast w każdym możliwym miejscu.
Przyszły czasy, w których dochodzi do dyskryminacji ze względu na brak certyfikatu covidowego... Ludzie, nie bądźcie tak odklejeni.
Na Pierwszą Komunię dostałem rower. Było to 7 lat temu, chociaż to nie ma znaczenia w dalszej historii. Rok później postanowiłem wziąć udział w zawodach rowerowych po polnym terenie, a że moje wehikuł był przystosowany do takiego terenu, bardzo chciałem wciąż w nich udział. Dostałem zgodę od mamy, wstaję rano – na polu ulewa. No cóż. Siadam na rower, jadę dwa kilometry pod górę do miejsca zawodów bez większych problemów. Mimo swojej postury (odkąd pamiętam byłem otyły), udało mi się zdobyć pierwsze miejsce w swojej konkurencji (to jest do 3 klasy podstawówki) i trzecie miejsce w klasyfikacji całej szkoły. Jakże uradowany odebrałem nagrodę, dyplom i zaszczycony swym zwycięstwem pomknąłem w stronę domu niczym wiatr, tym bardziej że do domu z górki.
Wspominałem już, że było bardzo mokro? Dziewięcioletnie dziecko chciało zaszaleć, rozpędziło się i... Na ostrym zakręcie wyjechał mi samochód. Nie wiem co miałem w głowie, że nie odpuściłem takiego przypadku do głowy... Przy niemałej prędkości zacząłem hamować. Jak wiadomo, taka kumulacja jak mokra droga, prędkość i nagły hamulec źle się skończą... Przewróciłem się. Zatrzymałem się twarzą idealnie przed rejestracją. Dzięki Bogu kierowca nie jechał zbyt szybko i zdarzył wyhamować. Nic nie zostało uszkodzone, tylko przednie kółko od roweru weszło pod samochód. Przestraszony przeprosiłem kierowcę, który oferował mi pomoc, ale wstałem, otrzepałem się i jeszcze szybciej w ogromnym stresie pojechałem do domu.
Co w tym anonimowego? Tylko wy o tym wiecie... I kierowca ;D
Wyznanie, które przypomniało mi moje lęki z dzieciństwa: #Xllr8
Otóż jako mały bachor uwielbiałam Teletubisie. Tak, te cztery kolorowe stworki były niezwykle dla mnie inspirujące. Jednak miały swoją mroczną stronę, a nawet dwie. Jedną z nich było słoneczko - byłam okropnie przestraszona, gdy widziałam palącą się głowę dziecka. Ale to jeszcze nic. Zdecydowanie najgorszy ze wszystkich był odkurzacz Nono. Gdy tylko ten potwór zjawiał się na ekranie, chowałam się za mamą. On wydawał chore dźwięki i obmacywał moich ukochanych bohaterów bajki. Byłam pewna, że wbrew ich woli.
Żeby było lepiej, nadal się go boję. Pieprzony pedodkurzacz.
Dowiedziałem się od siostry, że nasza przyjaciółka jest we mnie zakochana.
Ja jestem gejem.
Jestem zakochany w jej bracie, a moim dobrym przyjacielu.
On jest zakochany w mojej siostrze.
Że co, kurwa?
Tego dnia wracałam z niewielkich zakupów. Chlebek, jabłuszka, mleczko, serek i woreczek cukiereczków dla osłody życia. Przechodzę obok placu zabaw, na którym widzę dwie około siedmioletnie bliźniaczki, znajome mi z widzenia. W okolicy nie zauważyłam żadnych opiekunów. Nie wiem, co mnie tknęło, ale postanowiłam zrobić mały teścik. Sprawdzian nosił tytuł "A co, gdyby nieznajomy zaproponował cukierka?".
Podchodzę więc do dziewoi i z miłym uśmiechem mówię:
- Cześć! Jestem Kasia. - po czym wyciągam paczkę cuksów i prezentuję im. - Macie może ochotę na coś słodkiego?
Siedmiolatki miały grobowe miny. Spojrzały po sobie jakby w telepatycznym porozumieniu. Jedna z nich zwróciła na mnie wzrok.
- Mama i tata mówią, że nie można. Nie weźmiemy ich.
Już miałam je pochwalić za profesjonalną odmowę, gdy druga rzekła grobowym tonem:
- Pewnie są zatrute. Stracimy przytomność, a ona zabierze nas gdzieś w złe miejsce.
Pierwsza na to:
- I będą nam robić złe rzeczy. Na przekład gwałcić. To okropne.
- Już nigdy nie wrócimy do domu. Mama i tata nigdy się nie dowiedzą. Pomyślą, że uciekłyśmy, bo ich nie kochamy. Będą się obwiniać.
- Nie, raczej pomyślą, że ktoś nas porwał. Będą myśleć o wielkim, brzydkich facecie, który nas obmacuje.
- Tak. Ale my jesteśmy za mądre... - tu spojrzała na mnie. - Idź już. I nie żartuj sobie z nas.
Byłam w takim szoku, że jedyne co zdołałam zrobić, to odejść szybciej niż się pojawiłam. Uciekając, odwróciłam się, by spojrzeć na nie. Bawiły się, śmiały. Jakby nigdy nic.
Czasem spotykam je idąc ulicą czy będąc w sklepie. Przechodząc obok, uśmiechały się lub mówiły "dzień dobry". Miałam wrażenie, że cały incydent z cukierkami jakby wyleciał im z głowy. Raz, z ciekawości, czy to się powtórzy, zaproponowałam im cukierka. Znów miały te grobowe miny, beznamiętny ton. Spojrzały na siebie, przekazując myśli wzrokiem i naraz odpowiedziały "Nie". I stały tak długo, aż ja sama nie odeszłam.
Pewnego razu napotkałam ich matkę. Złapałyśmy ze sobą kontakt. Zaprosiła mnie do swojego domu na herbatkę. Tydzień po tygodniu nawiązała się między nami relacja, którą określiłam na tyle bliską, by zwierzyć się z tych sytuacji. Ona kiwnęła tylko głową. Podeszła do swoich córek i zapytała, czy chcą cukierka. Grobowa cisza, kamienne twarze. "Nie" - odparły tym pustym głosem. Ich mama wyprowadziła mnie z pokoju. Powiedziała:
- Nigdy nie biorą cukierków, od nikogo. Nawet ode mnie. Muszą same pójść do sklepu, same je wybrać i samemu zapłacić. Inaczej robią się TAKIE. I TAKIE pozostają, aż nie zniknie się im z oczu. Byłam z nimi u psychologa, ale nic nie stwierdzono. Nigdy nie spotkały się z podobną sytuacją, nie wiem skąd ta reakcja. Rozmawialiśmy z nimi. Ale nic to nie wniosło.
Po kilku latach minęło im to. Ale nadal pamiętam każde wypowiedziane przez nie słowo, gdy były TAKIE.
Dzisiaj podsłuchałem rozmowę mojej mamy, która rozmawiała przez telefon, mówiła:
„Noo, Grażynko. Nie bardzo mam czas rozmawiać, zadzwonię, jak będę w pracy”.
Fajna praca...
Dodaj anonimowe wyznanie