Około pół roku po uśpieniu mojego schorowanego, ukochanego psa w sędziwym wieku, zadzwonił do mnie mój brat i powiedział, żebym mu otworzyła, bo ma niespodziankę. Otwieram i widzę moją kochaną suczkę! Mój brat powiedział, że weterynarz jednak jej nie uśpił, tylko postanowił ją wyleczyć. Udało mu się poprawić jej zdrowie i teraz nam ją oddaje. Uwierzyłam, bo nie chciałam jej ciała i nigdy go nie widziałam. Nasuwało mi się sporo pytań, ale najpierw chciałam się nacieszyć jej powrotem. Kiara weszła jak do siebie, witając się spokojnie, jak to stary pies, i położyła się na dywanie tak jak zawsze. Była zdrowsza, nie cierpiała, odrosła jej sierść. Głaskałam ją i płakałam ze szczęścia.
Potem się obudziłam...
Był to czas Juwenaliów, czyli ciepły maj, jakieś kilka lat temu, nie więcej. Postanowiliśmy z kumpelą, że po próbie naszego zespołu udamy się razem na tramwaj i polecimy wieczorem w tango. Już podczas próby uruchomiliśmy kilka trunków, żeby powoli zacząć wbijać się w imprezowy nastrój, a że szliśmy z jeszcze dwoma koleżkami i droga na tramwaj była długa, to znowu coś poszło w palnik. Tramwaj już stał, wagony puste. Rozsiedliśmy się po królewsku na 4-osobówce i czekamy. Wtedy wchodzi ON. Łysy, niby w miarę duży, ale nie do końca napakowany, adidaski oraz wszystkie inne gadżety słowiańskiego wojownika na miejscu, choć strój w miarę wyjściowy. Buja się po wagonie z uśmiechem od ucha do ucha i w końcu siada bardzo blisko nas. My oczywiście dalej lecimy swoje, jakieś tam żarciki, beka 100%, a tu nasz kolega wyciąga jakiś koks czy tam zielsko (już nawet nie pamiętam), piwko stawia (otwarte...) na podłodze i jedzie swoje. Widać, że już troszkę pobudzony, ale bardzo pozytywnie.
Tramwaj ruszył, a między nami a naszym przeaktywnym kolegą wywiązała się jakaś rozmowa. Wszystko było fajnie, ale im dalej w las, tym ciemniej. Zwykłe uśmieszki i pojedyncze słówka zaczęły się powoli przemieniać w groźby: "ja bym was trzech rozjeb*ł", "wy mi do pięt nie dorastacie", "nie wiecie kim ja jestem". No i w tym momencie chyba alkohol wziął górę, bo z punktu widzenia kolegów troszkę szyderczo i lekceważąco zapytałem:
- Noo... A kim ty właściwie jesteś... (pajacu)?
Gościowi się chyba to nie spodobało, bo rozmowa weszła w ton rozkmin co najmniej o fizyce kwantowej:
- Ciebie tu nie ma w tym tramwaju! Rozumiesz? Ty nie istniejesz.
Myślę se - Ty, może on ma rację, może mnie nie ma. I tak siedzę i cieszę się do siebie.
Typ nie był zadowolony po raz kolejny. Wstał i powiedział:
- Co się tak cieszysz? Zepsuć ci humor?
I w tym momencie tak: koledzy z przodu - kupa w gaciach, koleżanka - zonk totalny,
ja - nieee, no będziemy się zaraz napi***alać, to jest pewne, trudno, pozycja i pamiętaj: w jaja albo rzepkę i uciekamy :D
Shit got serious. Koleś naprawdę wstał, wyjął wszystko z kieszeni, poprawił spodnie, a my nadal się gapimy jak w obrazek:
- POKAZAĆ CI COŚ, CO CI ZEPSUJE HUMOR?!
To jest to. To jest ten moment. Nie ma odwrotu - wóz albo przewóz. Koleś jest już na wyciągnięcie ręki. Martwiłem się tylko o koleżankę, bo była na wylocie, więc nie chciałem, żeby coś jej się stało. On inicjuje ruch - ja swój, kto pierwszy przejdzie do działania, ten wygra.
Niestety on był pierwszy. I może dobrze. Bo to co zrobił mnie zatkało.
Nie zwyczajnie zatkało.
Ja leżałem roz***any.
Gość zrobił... pieprzony szpagat.
My kopary do ziemi, a on:
- I CO? ZEPSUŁEM CI HUMOR?
Generalnie zabrakło mi słów. Wydusiłem tylko:
- A... a ten drugi też zrobisz?
- DRUGI, CZWARTY, PIĄTY, WSZYSTKIE!
Resztę drogi do nas gadał i nawet zaprosił na imprezę :D
Sympatyzowałem kiedyś z pewną dziewczyną. Niby nic „formalnie” sobie nie deklarowaliśmy, ale spotykaliśmy się i chyba była chemia. Kiedyś jak odwiozłem ją do rodzinnego domu w niedzielę, to ni z gruszki, ni z pietruszki zaprosiła mnie na obiad. Z jej rodzicami. A ja odmówiłem, bo... miałem dziurawą skarpetkę, a ściąganie butów w jej domu było obowiązkowe.
I tak nasze drogi się rozeszły. Nie zdradziłem jej mojej „tajemnicy”.
Założyłam sobie konto, z którego wysłałam do siebie wiadomości. Strasznie się w to wciągnęłam. Mogłam pisać o jednej sprawie z dwóch różnych stron. Spodobało mi się to wcielanie się w kogoś innego. Niestety wczoraj mój brat pożyczył ode mnie telefon i przeczytał te wiadomości. Od kiedy zapytał mnie, kim jest ta osoba, z którą piszę (i tutaj podał temat mojej ostatniej rozmowy ze sobą), unikam go kiedy tylko mogę, ponieważ nie umiem przyznać się do tego co robię, ponieważ nie umiem przyznać się do tego co robię, bo jest to dziwne i wstydliwe, ale od kiedy to robię, to jest mi trochę lżej, te rozmowy naprawdę mi pomagały, bo nigdy nie miałam nikogo, kto mógłby mnie wysłuchać i nie przekazywać tego co powiedziałam do szerszego grona.
Zawsze miałam bujne owłosienie (jestem brunetką, więc dodatkowo jest bardzo ciemne). Od 12 roku życia golę sobie wszystko, ale najgorsze są okolice bikini, bo kiedy nie ogolę się na czas, odrastają naprawdę gęste włosy, taki busz, który zapycha i tępi nawet najdroższe maszynki. Wosku nie używam, bo zeszłaby ze mnie chyba cała skóra razem z włosami. Ale w końcu odkryłam sposób jak golić się, żeby nie stępić od razu trzech maszynek.
Moja mama kupiła maszynkę elektryczną do strzyżenia dla naszego yorka, jest to specjalna maszynka dla zwierzaków, której używają psi fryzjerzy, działa na prąd. Kiedy zostaję sama w domu, pożyczam ją, żeby zgolić swój busz, a potem odkładam na miejsce.
To moja mała włochata tajemnica, o której wiem tylko ja i... wy.
Mieszkam na wsi. Na mojej ulicy od 5 lat budowany był mały domek. Nie przez ekipę, ale przez tutejszych żuli. U nas to normalne, że pracują przy budowlance. Dziś dowiedziałam się, czemu miał służyć ów domek. Otóż bezdomni koledzy żule i ich kilku znajomych żuli, mieszkających w domach, postanowiło wybudować dla siebie dom. Rzecz jasna, obok sklepu. Wprowadziło się tam 5 alkoholików. Dom jest całkiem ładny i funkcjonalny. Ale do rzeczy – panowie żule zaprosili mnie tam dziś. Nie, nie bałam się. Mieszkam w tej wsi całe moje siedemnaście lat życia i dobrze ich znam. Pracują nawet u mojego taty, więc co mi tam.
To, co tam zobaczyłam, było niesamowite. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Normalny dom. Z tym że jeden pokój należy całkowicie do bezdomnych zwierzaków z naszej ulicy. Dziesięć psów i dwa koty. Są tam miseczki, posłania, worki z karmą, prowizoryczne zabawki, a nawet szczotki! A wszystko to zrobili bezdomni i ich przyjaciele! Z tego co widziałam, zwierzęta traktują jak równych sobie. Wychodzą, kiedy chcą, wchodzą, kiedy im się zachce.
Jestem zszokowana. Bezdomni oddali cały pokój dla zwierząt. Skąd na to pieniądze? Nie wiem. Pewnie od tych nieco bogatszych kolegów żuli. Niby alkoholicy, bezdomni, którzy przegrali życie. Ale jednak potrafią pomóc nie tylko ludziom, ale też i mniejszym stworzeniom.
Brzmi jak bajka albo inspiracja ławeczką z „Rancza”. To samo pomyślałam, jak tam weszłam. Ale nie. Pokazałabym na Google street view, ale zdjęcia są stare :/
Pracuję w markecie. Głównie na sklepie, ale zdarza się siedzieć też na tej zafajdanej kasie. Po jakimś czasie człowiek wpada w taką rutynę słowną, że nie może się jej pozbyć w życiu codziennym. Sam, robiąc zakupy jako klient innego sklepu, trafia mi się palnąć do kasjera coś mimo woli. Przykłady?
Sprzedawca: Torebkę?
Ja: Proszę sobie sięgnąć.
Sprzedawca: (podaje kwotę, którą mam zapłacić).
Ja: Karta czy gotówka?
I mój ulubiony, najczęstszy.
Na koniec moich zakupów:
Sprzedawca: Dziękuję i do widzenia.
Ja: Dziękuję i zapraszam ponownie.
Niby nic, ale często patrzą na mnie jak na idiotę ;)
Dysponuję sportową maszyną, szybszą od 99% samochodów na naszych drogach. Przyśpiesza do 100 km/h, nim kierowca samochodu zdąży podnieść nogę ze sprzęgła. Mimo to, jego możliwości wykorzystuję jedynie na torze, nie lubię „ścigać się” na światłach. Mimo mej niechęci, co rusz zdarzają się amatorzy na te właśnie zawody. Podjeżdżają swoimi Passatami 1.9 tdi czy tego typu rydwanami. Zwykle na zaczepki nie odpowiadam, bo uważam to za idiotyzm.
Razu pewnego zatrzymałem się na światłach, przygotowując się do lewoskrętu, obok mnie stanął VW Golf III i daje sygnał, że chce się spróbować... Golfem... Z silnikiem 1.8... Popatrzyłem na młodego człowieka za kierownicą i momentalnie poczułem mieszaninę pożałowania i współczucia. Ale odezwała się we mnie żyłka trolla. Przyjąłem jego wyzwanie, wykonując przegazówkę, która każdemu fanowi motoryzacji powinna dać pojęcie, że wyścig z taką maszyną nie ma sensu. Jednak nie mojemu oponentowi. Ten był wyraźnie usatysfakcjonowany, że przyjąłem pozycję i czekamy na zielone! Aż w końcu jest! Seba w VW wkręcił swój rydwan na jakieś kosmiczne 5 tys. obrotów, zapiszczał łysymi oponami i wypalił w przód, jak staruszek na wyprzedaży w Lidlu, a ja? Wykonałem spokojnie lewoskręt :)
Chciałabym zacząć chodzić na siłownię. Jedyna rzecz, która mnie powstrzymuje, to strach przed pierdzeniem, tym bardziej że jestem dziewczyną. A za każdym razem jak ćwiczę, to pierdzę. Więc dalej sobie ćwiczę w domu.
PS Internety mówią, że każdy pierdzi. Jakoś mnie to nie przekonuje i się boję.
Swoje wyznanie kieruję do wszystkich.
Sam stary nie jestem. Zwykły dwudziestotrzyletni mężczyzna.
Mieszkam w dużym mieście, gdzie pracy jest sporo. Nie problem zahaczyć się w call center czy w budce z kebabem. Ja jednak z własnego wyboru wykonuję pracę dosyć nietypową jak na mój wiek. Pracuję w szpitalu. I tutaj kończy się „wow” (bo zwykle ludzie tak reagują, gdy tak mówię). Kończy, bo nie jestem pielęgniarzem, ratownikiem, nie wspominając o lekarzu. Jestem po prostu osobą, która dba o higienę, dezynfekcję i ogólnie pojęty porządek. Lubię tak mówić, bo brzmi to o wiele lepiej niż „pan sprzątający” czy „sprzątacz”. Mówiąc najprościej, nieobce mi w tej pracy są środki czyszczące, dezynfekujące czy po prostu zwykły mop.
Skończyłem studia, ale z własnego wyboru sprzątam szpital. Dlaczego? Bo o dziwo, bardzo lubię tę pracę. Uważam, że nie jest to takie zwykłe sprzątanie jak w domu, biurze, banku. W tej pracy bardzo dużo już widziałem. Jako osoba pracująca w szpitalu mogę poruszać się po całym budynku, widzę pracę personelu – ratowników, pielęgniarzy, sanitariuszy, lekarzy. I to mnie w tym wszystkim fascynuje. Widzę ludzi po wypadkach, pijanych bezdomnych, naćpanych kolesi, czasem też bijatyki na terenie szpitala (np. pacjent atakuje personel i policja interweniuje). I choć to praca naprawdę baaardzo ciężka, mnóstwo obowiązków i przeogromny metraż do posprzątania (praca również w nocy, wtedy cały szpital jest „mój”), to lubię do niej chodzić.
O co chodzi w tym wyznaniu? O podejście innych ludzi do mojej pracy. Szczególnie ludzi młodych. Siedzą, patrzą i czasem komentują. Widzą mnie sprzątającego, czyszczącego mocz czy krew z podłogi albo inne wydzieliny, tudzież płyny fizjologiczne i komentują typu: „o, patrz, taki młody i na mopie, ha, ha, ha, pewnie ledwo gimnazjum skończył!”, „masakra, pewnie jakiś idiota” albo wręcz uprzykrzają mi pracę poprzez celowe wylanie napoju na podłogę i mają bekę, że przy nich mopem macham, komentując moją pracę. To jest dla mnie bardzo krępujące, bo jak już wspomniałem, lubię tę pracę (w ogóle lubię nawet sprzątać), ale często przez takie zachowania ludzi nie chcę iść do tej pracy. Pomimo sympatii do tej pracy bardzo się jej wstydzę. Nie lubię mówić nowo poznanym osobom, że sprzątam w szpitalu, bo właśnie nie chcę, aby myśleli o mnie jak o niedorozwoju. To, że ktoś sprząta nie znaczy, że jest osobą niewykształconą, nic nie wie o świecie i generalnie od razu trzeba ją zaszufladkować do roli dawnego chłopa z pola.
Proszę Was, abyście szanowali wszystkich ludzi i wszystkie zawody. Szczególnie młodzi, bo oni mają najmniej szacunku (z własnych obserwacji). Tylko o to proszę. Zastanówcie się następnym razem, kiedy będziecie chcieli pośmiać się z czyjegoś zawodu. Bo każdy, podkreślam KAŻDY jest potrzebny.
Dla was chwila śmiechu, dla drugiej osoby – wstyd i smutek.
Dodaj anonimowe wyznanie