Kiedy miałam dwa lata, umarł mi ojciec. Przez całe swoje krótkie życie myślałam, że to nic nie szkodzi, taka jest kolej życia, a wypadki chodzą po ludziach. Mój kontakt z mamą był przewspaniały, nie miałam nigdy lepszej przyjaciółki. Jednak ona przez cztery lata ukrywała przede mną raka i nie powiedziała mi o tym nigdy, jedynie udało mi się zobaczyć ją godzinę przed śmiercią. W wieku 18 lat zostałam sama.
Dlaczego gdy starasz się być dobrym człowiekiem, całe twoje życie zawsze musi kłaść ci kłody pod nogi?
Podobno człowiek uczy się na błędach.
Stwierdzam, że jestem wyjątkiem, skoro czwarty raz się zagapiłam i walnęłam głową w dokładnie to samo drzewo. Chyba pora zacząć bardziej uważać na otoczenie.
Będzie krótko: mojemu kumplowi często zdarzało się prowadzić samochód pod wpływem.
Dzisiaj na fejsie przypadkowo zobaczyłem filmik, jak motocykliści zajeżdżają drogę pijanemu kierowcy. Mój kumpel skomentował ten filmik jakoś w tym stylu: „Takich ludzi powinno się zamykać w więzieniu, jak można jeździć pod wpływem?”.
No cóż, niezła hipokryzja z jego strony.
Jestem sędzią koszykarskim.
Dziewczyna zerwała ze mną, bo wyrzuciłem ją z boiska za faul.
Dziś na geografii pani zaczęła wymieniać rodzaje skał.
Prawie popłakałam się nad losem ich smutnej, kamieniowej egzystencji, widząc te wszystkie, niewinne kamienie, pochwycone przez ludzi i zamknięte w szklanych gablotkach.
Morze czerwone nadeszło.
Jestem „trzeźwiejącą” bulimiczką, od roku moim przykazaniem jest jedzenie o stałych porach. Dla zobrazowania mojego wizerunku scenicznego – kiedyś ważyłam 39 kilo, dziś grubo ponad 70 (dla własnego zdrowia psychicznego nie ważę się) przy 172 cm wzrostu, no trochę mnie jest.
Ostatnio wybrałam się z przyjaciółką na zakupy, o 16 musiałam coś zjeść, więc poszłyśmy na gastro. Koleżanka rozmiar 34, kupiła frytki z colą w maku (niczego lasce nie żałuję, jedynie obrazuję), ja rozmiar 40, kupiłam jakąś sałatkę z rukolą. Siadłyśmy przy stoliku i gadałyśmy o pierdołach, jak to my. Nagle słyszę za sobą SZEPT. Szept, który pewnie słyszała starsza para dziesięć stolików dalej. „Patrz, Tomek, jaka gruba locha, w domu wpierdala non stop, ale przy ludziach sałatę żuje, motylek pierdolony”, w tle męski rechot, ludzie się oglądają, no poczułam się znakomicie. Koleżanka szepnęła, żebyśmy sobie poszły. Tak też zrobiłyśmy. Ale uprzednio wstałam, wzięłam tę chujową sałatę i postawiłam kolegom na stoliku z uprzejmym „Proszę, chłopaki, smacznego, mam nadzieję, że nigdy nie dowiecie się, czym jest bulimia”.
Mało spektakularne, ale ich miny były równie żałosne jak moja sałata.
Kiedy miałam 3 lata, moi rodzice się rozwiedli. Mimo tego obydwoje mieli za mną (i ze sobą) bardzo dobry kontakt. Znaleźli sobie innych partnerów i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ich stosunek do mojej prywatności, a raczej jak braku. Dziewczyna taty uwielbiała przeszukiwać moje rzeczy i zaglądać w każdy kąt mojego pokoju. Nie widziała nic złego w tekstach typu „Na twojej szafce leżą tampony, wiesz, że w twoim wieku nie powinnaś ich używać?” albo „Te majtki na pewno są twoje, nie za duże?”. Znała mój pokój lepiej niż ja sama. U mamy z kolei nie było problemów z rzeczami, ale co innego naruszało moją prywatność. Mianowicie mąż mamy był nudystą, czego szybko nauczył całą moją rodzinę. Mnie nikt nie zmuszał do rozbierania się, ale mimo to czułam się nieswojo, gdy wszyscy chodzili po domu nago, łącznie z moim ojczymem i dorosłym bratem. Zawsze ceniłam swoją niewinność, w wieku 23 lat nadal byłam dziewicą.
Przez to wszystko wyrobiłam sobie pewne nawyki, jak zakładanie pod sukienkę spodenek (bo jeszcze ktoś zobaczy moje majtki) albo chowanie wszystkich rzeczy, które ktoś mógłby skomentować, gdyby je zobaczył.
Rodzice, szanujcie prywatność swoich dzieci! Niby nic, ale potrafi zrobić dużą krzywdę...
Przyszła zima, jaką lubię, tj. pełna śniegu, mroźna, taka prawdziwa. Tzn. lubię, ale bardziej podziwiać ją przez okno niż stawić jej czoło. No tak, to moja największa zmora, jak pojawia się mróz, śnieg itp. Nie umiem chodzić po oblodzonym chodniku. Już tyle razy wywinęłam orła, dwa razy złamałam kość ogonową, raz zwichnęłam rękę, że teraz jak znajdę się na oblodzonej powierzchni, to wpadam w panikę. Z tego powodu idę baaaaardzo powoli, zgarbiona i bardziej szuram nogami, niż stawiam kroki. To wszystko powoduje, że trasa, którą zazwyczaj pokonuję pieszo w 5 minut, wydłuża się do 15. Czasem zdarza się, że jest bardzo ślisko i powierzchnia jest pod kątem, to potrafię stanąć i wtedy mam ochotę się rozpłakać nad własnym losem. Może mam pecha, ale nie widziałam, żeby ktoś w moim wieku tak chodził, ludzie zazwyczaj mnie wyprzedzają, a ja z zazdrością patrzę, jak pewnie pomykają. Najlepiej jak mam obok narzeczonego, bo wtedy łapię go za rękę albo pod ramię i jest mi lepiej.
Jeśli kiedyś spotkacie na ulicy taką łamagę, to być może ja. Pozdrawiam!
Jestem dziewczyną, która od wielu lat zmaga się z trądzikiem. Od kiedy zaczęły mi wychodzić pierwsze pryszcze na twarzy, czułam się coraz gorzej wśród rówieśników. Niektórzy zaczęli mnie nazywać pryszczatą albo brzydką. Nie mogłam tego znieść. Zaczęłam unikać spotkań z kolegami i koleżankami, bojąc się, że będą mnie wyśmiewać lub ignorować. Codzienna walka z trądzikiem była dla mnie bardzo ciężka. Nieustannie musiałam stosować różne kremy i maści, zastanawiając się, czy aby na pewno działają. Każde nowe pryszcze sprawiały, że czułam się jeszcze gorzej i zaczynałam wątpić w siebie. Nie wiedziałam, jak sobie z tym wszystkim poradzić. Szkoła też nie była dla mnie łatwa. Zawsze czułam się inna niż reszta rówieśników. Nie mogłam chodzić na basen, bo bałam się, że ktoś zobaczy moją skórę. Nie wiedziałam, co zrobić, by znaleźć sobie miejsce wśród innych. Czułam się samotna i niezrozumiana.
Na szczęście po kilku latach udało mi się znaleźć pomoc u dobrego dermatologa. Dzięki jego wiedzy i wsparcia, moja skóra zaczęła wyglądać lepiej. Stopniowo zaczęłam czuć się pewniej sama ze sobą. Nie bałam się już tak bardzo tego, co inni o mnie myślą. Zrozumiałam, że trądzik nie jest wstydem, a jedynie chorobą, z którą można walczyć. Dziś jestem już innym człowiekiem. Chociaż wciąż mam okresy, kiedy trądzik mnie męczy.
Sytuacja miała miejsce, kiedy byłem w 1 klasie gimnazjum.
Koniec roku szkolnego. Niemiecki się zaczyna. Ja zestresowany – miałem poprawiać ocenę.
Z początku radzę sobie dobrze, lecz później zacząłem się zapominać.
Pani zadała ostatnie pytanie:
- Powiedz, że w niedzielę idziesz do kina.
Ja uradowany, w końcu takie proste pytanie, więc zaczynam:
- Ich...
Hmmmm... Jak było iść? Zastanawiam się, ale kompletnie nie wiem. W końcu pani przychodzi mi z pomocą:
- Jeśli dwóch chłopców się lubi, to mówimy, że to są...
Nie wiem, o co pani chodzi. Ale ryzykuję. Mówię więc nieśmiało:
- Ich pe*ały ins...
Cała klasa gruchnęła śmiechem, a ja w końcu zrozumiałem o co chodzi. Ale ocena była poprawiona!
PS Chodziło o czasownik gehe (czyta się jako geje).
Dodaj anonimowe wyznanie