Kiedy miałem około 5 lat, jak to w weekend z rana leżałem na kanapie i oglądałem telewizję w piżamce. Jako że zawsze musiałem coś robić ze swoimi rękoma, to i tym razem nie było inaczej – grzebałem sobie w dupie, tak po prostu. Później wąchałem i tak w kółko, nie widziałem w tym nic dziwnego...
W pewnym momencie zapach palca wydał się dziwnie znajomy. Przypominał mi zapach jakiś chipsów (pewnie Cheetosy – pomyślałem), ale za nic w świecie nie mogłem przypomnieć sobie smaku, a naszła mnie ochota po powąchaniu zapachu.
Zawołałem mamę i powiedziałem, że chciałbym takie Cheetosy, jak będzie w sklepie, nie pamiętam smaku, ale pachną jak mój palec teraz... No i dałem mamie do zaciągnięcia się, po czym jak gdyby nigdy nic dalej oglądałem bajki i upajałem się pięknym zapachem z dupy.
Obecnie już nie korzystam z „dobrodziejstw” online-dejtingu, ale wciąż zastanawia mnie jedna kwestia – dlaczego mężczyźni tak oszukują, jeśli chodzi o wzrost?
Tak, rozumiem, że jest presja i durne teksty typu, że facet zaczyna się od 180 itp. OK, rozumiem, ale nie o to mi chodzi.
Jestem wysoką dziewczyną (między 170 a 175). Jak pisałam z facetami, to nie miałam problemu przyznać się do moich mankamentów, a nawet podawać dokładnego rozmiaru ubrań (co ciekawe, rozmiary staników rozumieją...). Natomiast mężczyźni non stop podawali jakieś dziwne dane. Np. określali „180 cm”, a w realu byliśmy równi głowami, gdy ja byłam w płaskich butach. „175 cm” dawali sobie, gdy mieli oczy na wysokości mojego nosa (czyli podejrzewam coś koło 169-171).
Pytanie – PO CO? Przecież to i tak wyjdzie w praniu. I teraz najlepsze... to nie ja mam z tym problem, ale ci faceci ewidentnie mieli kompleks na tym punkcie. Przecież ja nie ukrywałam, ile mam wzrostu, wiedzieli, że spotykają się z wysoką. Wiedzą dobrze, że mają kompleksy, bo by nie oszukiwali. Wiedzą dobrze, że im to przeszkadza, jak dziewczyna jest wyższa. Po co tracą czyjś czas jak kupujący na olx, którzy nie są zdecydowani i tylko zawracają głowę?
Czy ktoś mi to wytłumaczy? Logicznie? I nie, że „faceci są z****bani” itp. Tylko na poważnie, proszę, niech się panowie może wypowiedzą... O co chodzi? Inne rzeczy łatwo ukryć, jak np. dzieci z poprzedniego (albo obecnego :)) związku, długi, komornika, karalność, brak uzębienia z tyłu szczęki, problemy psychiczne... Wzrost widać przy samym powitaniu. Czy oni tego nie wiedzą?
Pamiętacie te wszystkie bajki, w których postać nalewała płynu do mycia naczyń do zmywarki, a później leciało z niej sporo piany? No ja tak.
To było siedem lat temu. W naszym domu była już zmywarka, kupiona zaraz po remoncie kuchni. Mały model, bo też nie mieliśmy dużej kuchni, ale co za tym idzie, na małych temperaturach nie wszystko domywała. W tym czasie niedomywanie naczyń przez zmywarkę przy 35 stopniach było głównym tematem domu. No i tu wkraczam mały ja ze wspaniałym pomysłem – może to tabletki są za słabe, a te wszystkie bajki to na pewno bujda, użyję płynu do mycia naczyń. Wlałem odpowiednią ilość, włączyłem zmywarkę na 35 stopni i poszedłem się szczęśliwie myć w poczuciu, że rozwiążę problem rodziny. Po dziesięciu minutach słyszę brata, który wrócił do domu i woła o pomoc. Wychodzę z łazienki, wchodzę do kuchni, a ona cała – łącznie z blatami – w bąbelkach z płynu. Już teraz nawet nie pamiętam, co my z nimi zrobiliśmy, ale na szczęście do tej pory nikt nie wie co zrobiłem (wszyscy myślą, że to przez zablokowanie spryskiwacza przez garnek).
PS Zmywarka działa do tej pory, a po tamtym incydencie domywa nawet w najniższej temperaturze :D
Jestem wielką fanką szperaczy, inni ludzie mówią ciucholandy. Ale dla mnie to raj szperacza. Nie jestem biedna, żyje mi się dobrze – fryzjer kilka stów? OK, makijaż permanentny? OK, ale kiedy widzę ceny ciuchów w sklepach, to mam ciarki. Sweterek za 100 zł? O nie! Raz w tygodniu robię rundę po szperkach i poluję. Mój zeszłotygodniowy łup to torebka oryginalna Chloe za 16 zł – cena sklepowa to około 6 tysięcy. Buty Adidasa i Vansy – stan idealny po 15 zł para. Kurtka długa zimowa za 38 zł – wyprułam z niej rękawy i zrobiłam sobie modną kamizelkę. Spodnie Levi's za 18 zł, sukienka za 16 zł – czarna, elegancka, będzie super na imprezę firmową. Mogłabym tak wymieniać długo.
Do tych, którzy mogą się brzydzić – mam kupiony ozonator i ozonuję buty i ubrania przed praniem. Są zdezynfekowane. Nigdy nie zdarzyło mi się nic złapać, a moja szwagierka, która kupuje sobie tylko nowe ubrania, złapała ostatnio jakiegoś grzyba, kiedy przymierzała nowe buty w sklepie. Skarpetki sklepowe jej nie uchroniły.
A najlepsze jest to, że ludzie myślą, że wydaję kosmiczne pieniądze na ciuchy, a to są w sumie grosze :)
Parę ładnych już lat temu spędzałem wakacje w północnej Norwegii, gdzie pracowałem z moimi dwoma kumplami malując ludziom domki. Klimat jest tam dość surowy, więc co kilka lat trzeba nałożyć nową warstwę farby, aby drewno ładne się konserwowało.
Pieniądze po każdym zleceniu dostawaliśmy do łapy, bo pracowaliśmy na czarno.
W przeddzień naszego wyjazdu (poruszaliśmy się autostopem), postanowiliśmy pójść sobie na ostatni spacer. Gdy tak sobie łaziliśmy po jakimś opustoszałym osiedlu na obrzeżach miasta, jeden z moich kolegów o czymś sobie przypomniał i pobiegł do namiotu zostawiając nas z całą kasą.
Usiedliśmy na jednym z murków i zaczęliśmy grać w karty. Nagle, nie wiadomo skąd wyrosło przed nami czterech rosłych, archetypowych "czarnuchów". Takich żywcem wyrwanych z gangsterskich filmów o brooklińskich gangach. Napompowani sterydami kurczakożercy obwieszeni łańcuchami, do tego kolorowe ciuchy, czapeczki i wypucowane adidaski. Oczywiście przytoczyli się do nas i stanęli tak, abyśmy nie dali nogi. Jeden z nich, ten największy (chyba herszt jakiś) zabrał nam karty i powiedział po angielsku z dziwnym akcentem:
- Pokażę wam sztuczkę.
Coś tam potasował, kazał wybrać kartę, czary-mary, czy to ta karta, tak to ta karta, tadaaaam! Udawaliśmy zaskoczenie, ale w rzeczywistości czuliśmy, że zaraz zarobimy łomot i stracimy nie tylko uzębienie, ale i cały, zarobiony w pocie czoła, hajs.
- Skąd jesteście? - zapytał Murzyn patrząc na nas podejrzliwie.
- Z Polski... - wymsknęło mi się cichutko. Po chwili stwierdziłem, że to jednak głupi pomysł. Tym bardziej, że czarnoskóry typ otworzył szeroko oczy i rzekł:
- Polska? Byłem kiedyś w Polsce i...
(... i dostałem wpierdol od rasistów - dopowiedziałem sobie w myślach. Pewnie zaraz, jako emisariusze Rzeczypospolitej, boleśnie odpowiemy za ten czyn.)
- ...i nauczyłem się jednego takiego zdania...
("Jazda do Afryki, omszały asfalcie. Polska dla Polaków" - moje myśli zabrały mnie w najbardziej mroczne zakątki mózgu.)
- "Kocham Cię!" - rzekł Murzyn całkiem wyraźnie i zrozumiale.
Okazało się, że chłopaki pochodzili z Ghany i jeździli po Europie w ramach wymian studenckich. Z Polski najlepiej wspominali dziewczyny, stąd takie a nie inne zdanie, którym "czarowali" swoje potencjalne narzeczone. Okazali się naprawdę fajnymi, inteligentnymi gośćmi. Trochę było nam potem głupio, że nasze wypełnione stereotypami głowy kazały nam się bać zwykłych studentów z wymiany.
Dobija mnie ignorancja i hipokryzja gatunkowa. Szczur spadnie z balkonu? Śmieszna anegdotka do opowiadania przy stole. To samo spotka psa? Tragiczna historia. O ile świadomość ludzi nt. psów i kotów oraz ich wymagań w kwestii utrzymania nie jest najgorsza, o tyle pojęcie ludzkie nt. innych zwierząt, które mają, woła o pomstę do nieba. Przykładowo – przychodzi agonalna agama, jak żelek z gumy, nie ma w ogóle kości – bo opiekun nie wie, jak powinno się ją żywić i suplementować wapń. Przychodzi jeż, któremu ktoś podał mleko. Agonalny. Sparaliżowany królik po szelkach. Papuga z wypalonym wolem. Chomik z połamaną połową ciała, bo wciąż pokutuje przekonanie, że jak chomik, to do piętrowej, prętowej mikroklatki. Spalony gekon. „Zjedzony” żywcem myszoskoczek po brutalnej walce. Zgilotynowana koszatniczka po przygodzie z kołowrotkiem z efektem nożyc.
Czy mieliście kiedyś chomika, królika, świnkę? A czy wiecie o tym, że chomik robi dziennie 15-20 kilometrów, potrzebuje metrowej klatki i 28-centrymetrowego kołowrotka? Królik ma bardzo delikatny kręgosłup i inaczej się porusza niż pies, przez co nie może chodzić w szelkach? Wiecie, jakie zwierzęta są bezwzględnymi samotnikami, a jakie muszą koniecznie żyć stadnie; że samotna świnka cierpi? Że weterynarz leczący psy i koty nie potrafi zdiagnozować myszki? Że kupno zwierząt w sklepach zoologicznych i z pseudohodowli to wspieranie okrucieństwa? Że możecie bardzo łatwo zarazić się tasiemcem?
Jeśli na jakieś pytanie, poza pierwszym, odpowiedzieliście „nie”, to uważam, że powinniście poczytać o specyfice gatunków zwierząt, które planujecie przyjąć pod swój dach. Wziąć odpowiedzialność za nie. Nie przyczyniać się do ich cierpienia, jak niestety, większość polskich domów. Informacje najlepiej czerpać od lekarzy weterynarii leczących zwierzęta egzotyczne oraz gatunkowo tematycznych grup hodowców i lekarzy na Facebooku. Każdy gatunek ma swoją specyfikę i swoje wymagania.
Na koniec mała ściągawka, czego powinno się zawsze bezwzględnie unikać:
– kupowania zwierzęcia dla dziecka, jako zabawka, jako „przyzwyczajenie do śmierci”
– przyjaźni międzygatunkowych np. świnki z królikiem
– wapienka, kolb, kolorowych najtańszych komercyjnych karm, dropsów
– kul do biegania
– szelek dla małych ssaków
– wychodzenia na dwór (poza królikami, świnkami, fretkami)
– wyjmowania zwierzęcia w dzień, jeśli ma nocny tryb życia
– za małych klatek, za małych kołowrotków, kołowrotków z prętami lub efektem nożyc
– kąpieli zwierząt
– żywienia „sianojadów” (królik, szynszyla, świnka) ziarnami.
Małe zwierzęta cierpią tak samo jak psy, po prostu nie krzyczą umierając.
Pracowałam kiedyś w kinie. Rozdawaliśmy próbki dla kobiet (podkład w fluidzie), no i niestety czasem miałam problem żeby rozróżnić, czy klient jest kobietą, czy mężczyzną. Pewnego dnia byłam na 100% pewna, że podchodzi do mnie babeczka, daję jej z radością podkład i mówię standardowe „Życzę miłego seansu”, a ona stoi i na mnie patrzy. „Czy kolor nie odpowiada?” – pytam, na to ona „A po co mi to?”. Patrzę zdziwiona „No jak to po co? Przecież to jest próbka do makijażu”... Pani zdegustowana rzuca we mnie próbką i mówi „Ale ja jestem mężczyzną!”. WTF, największe zdziwienie ever... biust wprawdzie mały, ale jest, rurki, torebka, długie kudły... no ale okey.
W mojej nowej pracy zajmuję się animacjami dla dzieci. Witam nowo przybyłych i pytam jak mają na imię, rozdając im podpisane karteczki. Podchodzę do dziewczynki (tak na oko 10 lat) i zadowolona z siebie pytam „A jak pani ma na imię?”. Dziewczynka zrobiła minę i mówi: „Ale ja jestem Mikołaj”...
No i jak żyć????
Mam 22 lata, nie mieszkam już z rodzicami od 5 lat, jednak ostatnio na pewien czas musiałam wprowadzić się do mieszkania, do którego dostęp ma mój ojciec. Dzisiaj przyjechał i wpadł w szał, zaczął się na mnie wydzierać (dodam, że w przeszłości zdarzało mi się dostać od niego w twarz bez powodu). Napisałam do mojego chłopaka, że się boję ojca i poprosiłam, żeby przyjechał, abym mogła bezpiecznie wyjść z domu. Wiedziałam, że mój ojciec przy nim na pewno mnie nie uderzy ani nie będzie agresywny wobec niego (zawsze przy ludziach udaje super ojca). Mój chłopak zadał kilka pytań odnośnie tego, co się dzieje, na które mu odpowiedziałam, żeby przyjechał jak najszybciej. Nie przyjechał, kompletnie mnie zignorował, przestał odbierać telefon.
Tydzień wcześniej, gdy leżałam w szpitalu czekając na nagłą i niespodziewaną operację, co prawda tylko zapalenie wyrostka, też prosiłam go, żeby przyjechał mnie odwiedzić. Bałam się, ta cała sprawa z narkozą, chciałam go po prostu zobaczyć na wszelki wypadek przed operacją. Nie przyszedł. Najpierw nie miał dla mnie czasu, a potem powiedział, że jedzie nad morze, ma już kupione bilety na pociąg i nie chce tego przełożyć, bo on potrzebuje tego wyjazdu. Wrócił dopiero po czterech dniach. Nie odwiedził mnie ani przed, ani po operacji, dopiero jak wypisano mnie ze szpitala.
Gdybym to ja wiedziała, że on naprawdę mnie potrzebuje, to przyjechałabym nawet taksówką w piżamie.
To nie jest pierwszy raz, kiedy mnie tak wystawił. Przy znajomych udaje super chłopaka, ludzie uważają go za nie wiadomo jak dobrą osobę, ale przy bliższym poznaniu kompletnie nie można na niego liczyć. Te sytuacje to tylko wierzchołek góry lodowej tego, jak często mnie lekceważył i skupiał się tylko na sobie. Wystawił mnie też w moje urodziny w tym roku, nigdy nie miał dla mnie czasu, bo ważniejsza była jego pasja, koledzy itp. Cały czas do niego wracałam, ale po dzisiejszym zdarzeniu wiem, że to koniec. Naprawdę, wiem, że zrobiłabym dla niego wszystko, ale widzę po jego gestach, że jest to człowiek, który dba tylko i wyłącznie o swoje dobro. Smutne.
Osoba, którą znam, pracuje w szpitalu. Historia jest autentyczna i dramatyczna, opisuje fachowość naszych lekarzy. Ale do rzeczy.
Raz do szpitala przyszedł starszy pan, miał problem z nogami. Nie pamiętam dokładnie o co chodziło, ale diagnoza była następująca – jedna noga do amputacji. Przyszedł w końcu dzień operacji, wszystko było w porządku, przebiegło bezproblemowo. No, prawie. Po zakończonej operacji dopiero ogarnęli, że amputowali złą nogę... To jeszcze nie koniec. Cały szpital stanął na nogi, nie wiadomo było co zrobić, czy przyznać się do błędu czy nie? Oczywiście wygrała druga opcja. Wszyscy spięli dupska, pacjenta zapewniono, że wszystko w porządku, a na drugą nogę przepisano mu leki. I wiecie co? Po miesiącach leczenia i różnych terapii, noga była już zdrowa. Tak, nagle z nożem na gardle dało się wyleczyć coś, co miało być przecież nie do odratowania! Istny dramat...
Gdyby nie to, facet chodziłby teraz normalnie, o dwóch nogach. A tak niczego nieświadomy myśli, że nic nie dało się zrobić.
Chodźcie na diagnozę do kilku specjalistów, by porównać opinie, sprawdzajcie oceny lekarzy na portalach, a jeśli macie dość pieniędzy - leczcie się prywatnie, bo leczenie na NFZ to chłam jakich mało. Nie mam żadnych dowodów, kto nie wierzy to jego problem. Historia stuprocentowo autentyczna, zapewniam.
Moja pierwsza sezonowa praca w barze i od razu trafił się adorator. Ogólnie super facet, przystojny, zabawny. Przyjechał z kolegami, ale większość czasu chodził za mną jak pies. Przesiadywał w barze i cały czas na mnie patrzył. W ostatni dzień chciał się ze mną przespać, ale się nie zgodziłam. Jego urlop się skończył. Zadzwoniłam zapytać, czy bezpiecznie dotarł do domu, powiedział, że tak i że było mu miło mnie poznać, ale nie możemy się już kontaktować, a ten urlop to był jego wieczór kawalerski, więc sama rozumiem... Zrozumiałam. Nie znałam jego nazwiska, nie wiedziałam o nim nic, nie szukałam szczęśliwej narzeczonej, dałam spokój sprawie.
To było 12 lat temu, a ja właśnie sobie o tym przypomniałam i zastanawiam się, jakim on jest mężem. Anonimowa część jest taka, że facet miał mnie w garści, jego plan na pewno by wypalił, gdyby nie to, że akurat miałam okres. Miałam straszną ochotę na niego, tak że dzięki ci, okresie. Jeżeli ten wyjazd kawalerski to nie była ściema, żeby mnie spławić, to mam nadzieję, że też go pamięta i że mu go zepsułam.
Dodaj anonimowe wyznanie