#tMOPI

Gdy byłam mała, zatrzasnęłam się w ubikacji w szpitalu. A że byłam drobna i chuda, wpadłam na pomysł, by przecisnąć się przez dziurę pod drzwiami. Wyszłam z łazienki i udawałam, że nic się nie stało.

Po paru minutach ktoś wszedł do łazienki i próbował otworzyć drzwi od ubikacji, w której ja się wcześniej zatrzasnęłam. Zawołano pielęgniarki, woźnych, by je odblokować, bo chyba jakieś dziecko straciło przytomność. Jakież było ich zdziwienie, gdy nikogo w nim nie zastano. Nikt nie wpadł na to, że winowajca był mały jak kret :)

#hFb9C

Godzina 7.30, poniedziałek. Wszyscy ludzie ściśnięci jak sardynki stoją niewyspani i niezadowoleni w autobusie. Nagle ni stąd, ni zowąd pojazd zatrzymuje się i wybiega z niego kierowca. Mija minuta jedna, druga, a kierowcy nigdzie nie ma.

Mohery jak to mohery, zaczęły narzekać, że to do kościoła nie zdążą albo że wszystkie bułki w piekarni im wykupią. Kiedy wszyscy mają już dość narzekań starszych osób, wchodzi kierowca autobusu, staje na środku i tłumaczy się, że dostał pilne wezwanie od Posejdona i musiał szybko załatwić sprawę :D

#PRppA

Muszę się wyżalić. Finanse.
Mój mąż pracuje, ja dorabiam (ok. 2-3 tys. miesięcznie wychodzi). Mamy dziecko, które powinno chodzić do przedszkola – cały czas choruje, nie odnajduje się w przedszkolu, w listopadzie psycholog... Jest trudnym dzieckiem, ale życie bym za niego oddała.
Nie wystarcza nam. Nie dajemy rady. Mamy kredyt na mieszkanie – 1600 zł. Mamy też kartę kredytową zadłużoną na 10 tys. W okresie, kiedy pracowałam na czarno, a mąż nie mógł znaleźć pracy, żyliśmy z 1500 zł + karty.
Oprócz tego mam raty na pralkę. Mamie teoretycznie spłaciłam kredyt, w praktyce dalej muszę płacić, bo ona nie ma, a bardzo mi pomogła w przeszłości (wkład na mieszkanie).
Kiedyś zarabialiśmy dobrze... Teraz nie mam co do cholernego garnka włożyć. Nie wiem już co mam robić.
Bank mnie ściga, bo dłuższy czas jestem zadłużona. Nieszczęsne 500+ idzie na kredyt. Czynsz zadłużony, wszystko zadłużone.

Nie oczekuję złotych rad, nie oczekuję pomocy, bo nie na tym mi zależy. Powiedzcie, że nie jestem sama. Że są też inni, którzy od 2022 nie radzą sobie wcale. Jestem dorosła, a siedzę i kurna płaczę w kiblu...
Nie mam siły do życia. Zapierdalamy oboje jak mrówki, to wszystko się napiętrza z miesiąca na miesiąc. Staram się spłacać, ale skąd wziąć na już 2800 dla banku, jak ledwo wiążemy koniec z końcem?
Jak wytłumaczyć trudnemu dziecku, że będzie bolało, bo matki nie stać na cholerne znieczulenie? Mać! Już nie mam co sprzedawać.
Czasami chciałabym się położyć i nie obudzić. Przy życiu trzyma mnie tylko dziecko.
Kupiłam to cholerne mieszkanie za grosze – 90 tys. I co? Zostały 3 lata. Jeśli wezmę konsolidację, to na lata zagrzebię nas znowu w długach. Fuck.

#oyxDv

Jestem wyczerpana psychicznie, fizycznie i mam dość… Ale od początku.
Z mężem jestem 7 lat. Mam świetną pracę, którą kocham, super zgraną ekipę i dobre stanowisko. Do szczęścia brakowało nam dziecka, o które staraliśmy się od 2 lat. W końcu się udało. Ale nie mogło być tak słodko. Mały urodził się w 25 tygodniu ciąży. Pół roku spędził w szpitalu, zanim wyszedł do domu. Teraz ma rok i jest w domu. Nie oddycha sam, ma rurkę w gardle i wentylowany jest przez respirator, nie je sam, ma rurkę w brzuchu połączoną z żołądkiem. Ma zerową odporność. Z powodu chorób „po drodze” nie został zaszczepiony. Lekarze mówią, że respirator i nauka jedzenia buzią to kwestia 2 lat i powinno być dobrze. Ale to dopiero za około dwa lata… Kocham go nad życie, ale cały czas jestem z nim sama (mąż jest kierowcą i nie ma go w domu przez większość czasu). Nie mogę wyjść z domu, żeby czegoś nie przynieść i nie zarazić małego (ostatnia infekcja skończyła się trzymiesięczną hospitalizacją). Nie spotykam się ze znajomymi, nie wychodzę do kosmetyczki, do sklepów, no dosłownie nigdzie. U fryzjera byłam 1,5 roku temu! Siedzę 24h w domu z małym. Sama. Czasem uda mi się wyjść do sklepu po bułki jak mąż jest w domu, jak go nie ma, to zakupy mi dowozi teściowa. Na duchu mnie podnosiło to, że niedługo wrócę do pracy, wyjdę do ludzi (na czas pracy synkiem mieli zajmować się dziadkowie). Niestety. Mój mąż poinformował mnie, że chyba jestem niepoważna i że w pracy mogę coś złapać (fakt, dziewczyny mają dzieciaki w wieku przedszkolnym i jak coś szaleje, to i u nas jest pokłosie).

Kocham synka, ale mam już dość! Muszę rzucić pracę, którą kocham, gdzie na swoje stanowisko pracowałam kilka lat. I zostać prywatną pielęgniarką bez własnego życia. Sypiam po 4 godziny na dobę, bo mały co ileś godzin musi dostać leki. I jestem w tym całkiem sama. Mąż wraca co dwa tygodnie na 4 dni i jedzie znowu. Boli mnie, że mówi, że nie może odpocząć, mimo że w trasie siedzi na dupie przez weekendy. On przynajmniej może się wyspać. I przeraża mnie to, że moje życie w najbliższych latach tak będzie wyglądało. Przemęczona, zamknięta w czterech ścianach, odcięta od ludzi.

Czasem mam ochotę wyjść i nie wrócić. Ostatnio przeliczałam, ile musiałbym wziąć lekarstw małego żeby zasnąć i kiedy to zrobić, żeby było to na tyle skuteczne, żeby osiągnąć „cel” i na tyle bezpieczne, żeby mały długo nie był sam, zanim wróci mąż. Dla mnie nic by to nie zmieniło, bo i tak nie żyję, a przynajmniej bym odpoczęła.

#KMAiE

Od zawsze interesowałem się mechaniką samochodową. Nie poszedłem do zawodówki, bo rodzice kazali do liceum. W wakacje zawsze pracowałem u mechaników jako przynieś, podaj, pozamiataj. Studiowałem zaocznie, w tygodniu pracowałem w warsztacie. Po studiach postawiłem wszystko na jedną kartę. Otworzyłem zakład mechaniki samochodowej. W mojej firmie nigdy nie brakowało pracy, dobrałem sobie fajny zespół. Dostałem pierwszych uczniów na praktyki. Powiedziałem do kolegów, że mają ich traktować z szacunkiem, godnością i po prostu po ludzku. Z roku na rok coraz więcej uczniów chce u mnie odbywać praktyki. Dlaczego? Wszyscy wszystko spokojnie tłumaczą, nie dają im jakichś dziwnych rzeczy do roboty, każdy do każdego ma szacunek.

Co w tym anonimowego? A to, że sam będąc młodym, doświadczałem w pracy wyzwisk, obelg, szarpania, wydzierania się, co powodowało u mnie większy stres, a w efekcie głupie błędy. Starzy mechanicy ciągle mi dogryzali hasłami „Co, wielki studencik się znalazł i na warsztacie dorabia? Matoł! Roboty się naucz, pajacu”. Na końcu jeden z nich powiedział, że to był test na odporność na stres. Jak poszedłem do szefa na skargę, to usłyszałem, że w sumie mnie zwalnia, bo wywyższam się tym, że robię studia. Taka sytuacja nie miała miejsca, ale OK, jego prawo.

Niedawno wystawiłem ogłoszenie, że szukam mechanika do pracy. Dostałem CV, umówiłem się z gościem na rozmowę. Siada przede mną... mój „oprawca”. Nie pamiętał mnie, ale ja go dobrze zapamiętałem. Rozmawiam z nim i mówię, że tydzień próbny. BEZPŁATNY. Zgodził się. Podpisał. W piątek ok. 16.00 zawołałem go do siebie i mówię, że fajnie pracuje, widać, że zna się na rzeczy, ale chamów tutaj nie chcę. Był zdziwiony, bo taki kulturalny itd. Spojrzałem na niego i przypomniałem mu, skąd się znamy. Zbladł. Zaczął mnie przepraszać, błagać o pracę. Z poprzedniej firmy odszedł, bo nie mógł więcej zarobić, a ma chore dziecko i błaga o wybaczenie i o pracę. Zrobiło mi się go szkoda, ale chwilę się zastanowiłem i powiedziałem, że karma do niego wróciła w postaci chorego dziecka. Dostał furii, zaczął się wydzierać, wyzywać mnie, moich pracowników, mówił, że spali mi warsztat, że do PIP-u pójdzie, że skarbówka mnie zniszczy. Dodałem, że „to był test odporności na stres”, a jego problemy życiowe mnie g... interesują. Facet pękł, zaczął płakać, że chora córka, że błaga, przeprasza. Byłem nieugięty. Pracownicy wszystko słyszeli. Powiedziałem im całą historię i przyznali mi rację.

Czy zrobiłem dobrze? Czy zrobiłem źle? Nie wiem. Z jednej strony szkoda faceta, że chore dziecko, ale z drugiej... Ile miałem stresu, nerwów, nieprzespanych nocy, ile leków uspakajających, ile wszystkiego... Gdy za „młodego” szedłem do pracy, ręce trzęsły mi się ze strachu przed tym gnojem.

Pamiętajcie jedno – każdego należy szanować, bo karma kiedyś wróci.

#vXicn

Zastanawialiście się kiedyś jak w najgłupszy sposób stracić dziewictwo i nie mogliście znaleźć odpowiedzi? W tym oto wyznaniu wam odpowiem...

Był ciepły letni dzień i byłam ubrana w samą sukienkę (bez bielizny). Miałam jakoś 6 lat, siedziałam z siostrą w kuchni przy stole i jak to dziewczynki w wieku 6-8 lat rysowałyśmy, wycinałyśmy (typowe takie artystyczne rzeczy). W pewnym momencie stwierdziłam, że w sumie znudziło mi się już rysowanie i chciałam wyjść, ale niestety Asia siedziała przy wyjściu i nie chciała mnie wypuścić.

Na szczęście (albo i nie) do mojej główki wpadł pomysł, że przecież można przejść po stole. Jak pomyślałam, tak zrobiłam... Pech chciał, że źle ustawiłam stopę i rozkrokiem (?) wpadłam na klej, który przebił moją błonę dziewiczą... Oczywiście bez krzyku, płaczu i histerii nie mogło się to skończyć... Nigdy nie zapomnę przerażonej miny mamy, kiedy mnie zobaczyła i musiała wyciągnąć mi ten klej...

Ciągle trochę głupio mi o tym mówić, chociaż minęło już sporo czasu.

#G31eh

Siedzę i wspominam moje pierwsze w życiu obchodzone urodziny. Mam takie szczęście, że obchodzę je w wakacje i przypadają tydzień przed wypłatą obojga rodziców (sama nigdy nie miałam pracy, bo wiadomo, 14-latki nie przyjmą). Siedzę sobie zastanawiając się, co bym dostała, gdybym miała urodziny w tym samym dniu, co moja rok starsza siostra, która zawsze dostaje to, co najlepsze.

Była szesnasta, a każdy był zajęty sobą. Nagle druga starsza siostra (22 lata) wraca z pracy i podchodzi do mnie „Chodź, dzieciaku, idziemy się przejść”. Kazała mi spakować się na plażę, co zrobiłam. Po zabawie w wodzie powiedziała, że teraz idziemy na wesołe miasteczko i potem na pizzę. Na koniec dnia wracamy do domu, ona wyciąga jakąś torbę z kryjówki i zaczyna mi śpiewać sto lat. Okazało się, że dostałam słuchawki, o których zawsze marzyłam.

Wieczorem powiedziała mi, że chciała zapewnić mi rewelacyjne urodziny chociaż ten jeden raz. Nie mówiła mi, że jest zmęczona i nie ma siły, mimo że było to po niej widać. Mówiłam jej, żebyśmy poszły do domu, ale wolała spędzić ze mną cały dzień.

Teraz, rok później, siostra szuka pracy, bo tamtą straciła, więc ponownie nie miałam urodzin. Mimo to cieszę się z tego, że chociaż raz mogłam zaznać czegoś takiego jak  „impreza urodzinowa”.

#Nsrhd

Spaliłam go...
Kilka lat temu, gdy byłam mała, moja babcia pracowała na fermie. Marudziłam, że bardzo chciałabym mieć małego kurczaczka, więc moja babunia wzięła jednego i przywiozła mi go w kartonie...
Pewnego dnia, gdy bawiłam się z nim, chciałam go ogrzać, a mój dom ogrzewał duży kaflowy piec. Nie wiem jak to się stało, ale przypadkiem wrzuciłam go tam.
Do teraz ciężko to wspomnieć.

#EBrj7

Słyszeliście o rodzicach celowo robiących dzieciom obciach? Mój był w tym mistrzem.
Wieczorem o 19 wołał mnie przez okno na dobranockę. Miałem jakieś 17 lat, mieszkałem w blokowisku, bardzo często z chłopakami na boisku graliśmy w koszykówkę, a na ławkach kibicowały nam dziewczyny.
Mistrz.
Dodaj anonimowe wyznanie