#uNq8F

Kiedy byłam młodsza i uczęszczałam do gimnazjum, wychowawczyni wzięła nas na wycieczkę do pobliskiego muzeum. Na koniec pani pozwoliła nam iść do sklepu z pamiątkami, więc udałam się z koleżanką, żeby je pooglądać. Zaciekawiła mnie ładna figurka, która znajdowała się za szybką. Gdy tak się jej przyglądałam, stwierdziłam, że koleżanka stoi tuż obok, bo chwilę wcześniej jeszcze rozmawiałyśmy, więc nie odwracając się po prostu zrobiłam szybki ruch ręką w tył żeby ją zaczepić i uszczypnąć w tyłek.
Wtedy poczułam pośladki. Ale szybko się zorientowałam, że nie są jej, bo były... wielkie.

Mina mojej wychowawczyni i stwierdzenie, że nie znała mnie od tej strony była bezcenna :)

#6HoY4

Każdy chyba miał w dzieciństwie znienawidzoną koleżankę lub kolegę. Takiego diabła wcielonego, którego bały się wszystkie dzieci na osiedlu. Moje osiedlowe zło wcielone nazywało się Gruba. Tzn. inaczej miała na imię, ale Grubą wymyślił jej brat i tak się jakoś przyjęło... Była starsza o dwa lata, potwornie gruba i jeszcze bardziej złośliwa. Nie było dnia, żeby komuś nie podłożyła nogi, nie dała kuksańca albo wręcz nie napluła w twarz. Nikt jej nie lubił, bo się po prostu nie dało. Któregoś wakacyjnego dnia 6-letnia ja bawiłam się z koleżankami w piaskownicy. Przyszła Gruba i już było po zabawie. Rozwalała zamki z piasku, połamała komuś łopatkę, wiecie, takie wredne dziecięce zagrania. Wzięliśmy ją na przetrzymanie. Im więcej ona nam dokuczała, tym bardziej dzieci ją ignorowały. Psuje jedną zabawę? OK, wynosimy się za blok i gramy w klasy. Przylazła i popychała innych? OK, idziemy grać w chowanego. Mówiła szukającemu, gdzie się kto schował? OK, idziemy na trzepak. Wreszcie, trzęsąc się ze złości, Gruba dała za wygraną i poszła na ławeczkę poskarżyć swojej mamie. Traf chciał, że na tej samej ławeczce siedziała też moja mama i akurat opowiadała zmartwiona, że zgubiła gdzieś ulubiony złoty pierścionek z czerwonym oczkiem i nigdzie go nie ma od kilku dni. Gruba w zemście powiedziała, że widziała go, jak się nim bawiłam i chwaliłam koleżankom w piaskownicy. Oczywiście, moja mama jej uwierzyła...
Co ja się wtedy napłakałam, zarzekałam, że nieprawda, i tak mi nie uwierzyła. Lanie oczywiście też dostałam. A Gruba tylko się śmiała. Poprzysięgłam zemstę.

Okazja do niej nadarzyła się dopiero po ponad 20 latach. Byliśmy z mężem w ogródku piwnym, ciepły, letni wieczór, siedzimy, mąż sączy piwko, ja soczek, kulturka. W pewnej chwili patrzę i oczom własnym nie wierzę – Gruba!!! Choć powinnam napisać raczej Grubsza... :P Po cichu opowiedziałam mężowi sytuację z pierścionkiem. Ten zachichotał szatańsko i wskazał niebieskiego Peugeota, stojącego w dość oddalonym miejscu „Tym przyjechała, widziałem. Poczekaj, tylko skończę piwko”... Zniknął na jakiś czas. Kiedy wrócił, jak gdyby nigdy nic zamówił sobie kolejne piwo, a dla mnie kolejny soczek. Gdy dopytywałam gdzie był tak długo, tylko się tajemniczo uśmiechał. Minęło kilkanaście minut, Gruba idzie do auta. Rusza, zatrzymuje się, wysiada i patrzy z niedowierzaniem. Po chwili słyszymy wrzaski i przekleństwa. Spojrzałam na męża – „Spuściłem jej powietrze z dwóch kół, tych, których nie widać od strony ogródka”...

Mała rzecz, a cieszy ;) Kocham go!

PS Pierścionek się znalazł w tym samym roku, w grudniu, podczas porządków świątecznych. Mama zdjęła go do wyrabiania ciasta drożdżowego i wpadł za szafkę w kuchni :)

#ngx3s

Od dłuższego czasu jestem singielką, mój stan w zasadzie mi nie przeszkadza. Przeciwnie, póki takowy jest, mocno z niego korzystam. Stąd każdy grill, impreza czy wyjazd jest po prostu mój. Mam przyjaciela, którego znam od 10 roku życia. Już dawno zaczęłam go traktować bardziej jak rodzinę, ale od jakiegoś czasu, kiedy dziewczyna go rzuciła, daje mi małe sygnały. Nie mam pojęcia, czy sobie to wmawiam czy nie. Tylko dopiero w ostatnim czasie zaczął mi mówić o tym, jak lubi moje oczy czy mój uśmiech, gdzie kiedyś prędzej by powiedział, że widać krzywe zęby, jak się uśmiecham. Ostatnio mówiłam mu, że jest naprawdę moim najlepszym przyjacielem, a on powiedział, że może kimś więcej. Nie chcę stracić przyjaciela, ale też nie mam pojęcia jak mu powiedzieć, że nigdy nie patrzyłam na niego jako kandydata na chłopaka.

#BIYjf

Zdarzenie miało miejsce parę lat temu, kiedy jeszcze indeksem studenta była zielona książeczka, nie portal internetowy.

Po zaliczonej sesji letniej, z gotowymi już planami na najbliższe trzy miesiące, udałam się na wydział, coby zebrać autografy szanownych doktorów i psorów. Plan był prosty: dziś dwa wpisy, jutro jeszcze jeden od psora X i wakacje! Tak więc zadowolona, bogatsza o dwie piąteczki, wymaszerowałam z wydziału i wskoczyłam do pobliskiej Pierdonki po zakupy. Wyposażona w dwie (jakże stylowe) pierdonkowe siaty ze spożywką i zestaw srajkorolek pod pachą idę na autobus, który zawiezie mnie pod sam dom, kiedy właśnie dostaję telefon od kolegi z roku: „Zmiana planów, na gabinecie X napisane jest, że wpisy daje dziś do 14:00 i jutro go nie ma”. Cholera! Jest dosłownie za siedem druga! Pędzę jak debil z tymi siatami (choć już chciałam je podrzucić ochroniarzowi do pilnowania), wpadam na wydział i truchcikiem pomykam na pięterko. Przed drzwiami X przystanęłam jeszcze, żeby złapać oddech, a tu nagle w drzwiach psorek. Stoję z tymi siatami, ten odwraca się i pyta: „Pani do mnie?”, kiedy spod pachy wypada mi kibelkowy zestaw przetrwania i z głośnym plaskiem spada na podłogę. Facet spojrzał na srajtaśmę, spojrzał na mnie, znów na srajtaśmę. Zawstydzona przykucnęłam podnosząc zgubę, kiedy pękła mi reklamówa z prowiantem... Masakra. Po korytarzu potoczyły się pomidory, pokulała się kiełbasa salami, rozsypała się ziemia z doniczki z bazylią. Zaczęłam w panice wszystko zbierać, nawet nie chciałam patrzeć mu w twarz, kiedy sam przykucnął i mi pomógł. Podniosłam głowę i zobaczyłam jak trzyma moją bazylię i listek po listku, z niewinnym uśmiechem pięćdziesięciolatka ją zjada :D

Za chwilę zorganizował mi płócienną torbę z logo wydziału, wstawił ocenę o połowę wyższą niż się spodziewałam i życzył smacznej pizzy, jako że sam jest ogromnym fanem tej domowej :)

PS W swoim nieogarnięciu zapomniałam go zaprosić na obiad :(

#xTh3K

Chciałem dziś opisać, jakim byłem gnojem.

Kiedy miałem 20 lat, poznałem świetną dziewczynę. Ładna, mądra i dobra. Dwa lata młodsza ode mnie, dziewica. Po roku poszliśmy do łóżka i też było super. Po czasie zawsze kiedy się nie zgadzaliśmy zacząłem jej wypominać, że jest głupia. Mówiłem, że jak dorośnie, to zrozumie, że mam rację. Jak czegoś nie rozumiała, to mówiłem jej, że nie szkodzi, że przynajmniej jest ładna. Zamieszkaliśmy razem po dwóch latach. Zacząłem być agresywny, nigdy jej nie uderzyłem, ale często krzyczałem, rzucałem przedmiotami, ale zawsze uważałem, żeby w nią nie trafić. Nie byłem całkiem zły, czasem pomagałem jej w domu, dawałem kwiaty itd. Mówiła mi, że czasem się boi, że rani ją moje zachowanie. Zawsze ją wyśmiewałem za histeryzowanie. Zaczął się temat ślubu. Znów ją wyśmiałem. Powiedziałem, że jak wystarczająco długo pomieszkamy razem i zasłuży, to się zastanowię. Po czasie zaczęła mi wypominać, że zbyt rzadko się myję, zęby itd. Że musi mnie do tego zmuszać. Po dziewięciu latach powiedziałem, że ma mi dać spokój, wyszaleję się i zastanowię się, czy się z nią ożenię. Odeszła. Byłem pewny, że wróci. Ostrzegałem ją wtedy, że musi czekać, bo zaprzepaści szansę na małżeństwo. Nie wróciła. Walczyłem, nie chciałem oddać jej rzeczy. Rozpowiedziałem wszystkim, że mnie zdradziła, że to kurwa.
Minął rok. Nawalony napisałem jej, że mam nadzieję, że umrze.

Teraz minęło już 5 lat, ona sobie żyje beze mnie, a ja nie mogę nikogo znaleźć. W życiu nikomu nie powiem, że nadal ją kocham i zrobiłbym wszystko, żeby wróciła. A ona nie chce mnie znać.

#aahHS

Od przedszkola miałam przyjaciółkę, Dorotkę. Mieszkałyśmy koło siebie, nasze mamy razem pracowały i też bardzo się lubiły. Byłyśmy więc niemal nierozłączne.
Dostałam od dziadków w prezencie adapter, takie ustrojstwo na winylowe płyty. Do tego z dwoma wypasionymi głośnikami. Dorotka takiego nie miała, więc godzinami przesiadywała u mnie i słuchałyśmy bez końca trzech płyt, które dostałam – Presleya, Rosiewicza i Natalki Kukulskiej. W tym czasie obie zakochałyśmy się na amen w Lambadzie zespołu Kaoma. Oglądając w telewizji puszczane od czasu do czasu teledyski marzyłyśmy, że uzbieramy kiedyś tę magiczną kwotę dziewiętnastu tysięcy złotych i kupimy sobie taką...
Nadszedł czas komunii i oto w prezencie dostałam wymarzoną, wyczekaną przez nas obie płytę Kaomy z naszą ukochaną piosenką. Kiedy następnego dnia pobiegłam pochwalić się Dorotce, ta się rozpłakała. Stwierdziła, że ponieważ nie ma adaptera, będę słuchała Lambady bez niej i przez to nasza przyjaźń się rozpadnie.
Jak myślicie, co zrobiłam?
Oddałam mojej przyjaciółce płytę. Podarowałam ją jej z przykazaniem, żeby zawsze kiedy do mnie przychodzi zabierała ją ze sobą. Wtedy będziemy mogły zawsze razem jej słuchać...

Dorotka odeszła od nas w czwartej klasie... Zabrała ją poważna wada serca, na którą cierpiała od urodzenia.
Dorotko... Gdziekolwiek jesteś, właśnie słucham naszej ukochanej piosenki... I tak bardzo mi Ciebie brakuje...

#wWkvV

Były to początki mojej nauczycielskiej kariery, drugie praktyki studenckie, lekcja angielskiego w 1 klasie szkoły podstawowej. Początek zajęć, a że lekcja odbywała się w godzinach popołudniowych około 14, mój starszy brat zaczął do mnie wydzwaniać, jako że chyba zapomniał, że mam lekcje. No dobra, wszystko ładnie, telefon wyciszony z włączonymi wibracjami leżał na biurku. Byłam zajęta pisaniem czegoś na tablicy, toteż nie zwróciłam uwagi na charakterystyczne „burczenie” dzwoniącego telefonu.
Nagle któreś z dzieciaków:
- Oo, ale coś buczy...
- Pewnie to duchy!
Wtedy zorientowałam się, że to dźwięk telefonu, który mało z tego biurka nie spadł po dobrych kilkunastu sekundach wibrującego tańca na biurku.
- Spokojnie, to tylko mój telefon tak buczy, żadne duchy.
Na to odzywa się taki spokojny Krzyś i z powagą mówi:
- Jak moja mama sobie wieczorem włączy wibrator, to dopiero buczy!

Zamarłam i w duchu modliłam się, żeby dzieciaki nie podłapały zaraz „a co to takiego ten wibrator”. Swoją drogą nurtuje mnie to do dziś, czy maluch mówił o telefonie, czy o no właśnie... :D

#c0rCr

Kilka lat temu miałem mały wypadek. Poślizgnąłem się na schodach, uderzyłem głową o stopień i straciłem przytomność. Gdy obudziłem się w szpitalu, okazało się, że z mojej pamięci uleciało ładnych kilka lat wspomnień. Dosłownie czarna dziura. Pamiętałem rodziców, kilku dobrych kumpli. Moją dziewczynę o dziwo również, bo znaliśmy się przelotnie już kilka ładnych lat. Ale oprócz tego nic.
Kilka dni po wyjściu ze szpitala szedłem z bratem do sklepu. I wtedy ją zobaczyłem. Moją byłą. Nie mam z nią zbyt dobrych wspomnień. Dopiero po czasie okazało się, jak jest jebnięta. Zakończyłem ten toksyczny związek. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że na jej widok od razu wróciła mi pamięć. Normalnie jak z bicza strzelił. Wszystkie wspomnienia, sytuacje, relacje z ludźmi, ich twarze, plany. Dosłownie wszystko. W jednym momencie.
Do tej pory myślałem, że ten chory epizod w moim życiu powinienem wymazać z pamięci. Ale jak widać, mój mózg postanowił zrobić mi psikusa i wykorzystać go do przywrócenia mi pamięci.

No cóż, zastanawiam się, czy nie podziękować mojej szurniętej byłej dziewczynie za przywrócenie mi wspomnień.
Dodaj anonimowe wyznanie