Moja babcia, odkąd pamiętam, nigdy nie przekroczyła progu kościoła. Była bardzo wierząca, codziennie się modliła, obchodziła wszystkie święta, ale księdza po kolędzie nigdy nie przyjęła... Kiedy byłam młodsza zastanawiałam się, czy jakiś ksiądz jej czasem nie uwiódł albo nie daj Bóg zgwałcił. Z czasem zebrałam się na odwagę i spytałam babcię wprost o co chodzi.
Babcia się otworzyła po kilku kieliszkach domowej „chabróweczki”...
Jako młoda mężatka, matka mojej mamy poszła do spowiedzi w swej parafii. Od słowa do słowa ksiądz zapytał ją, jak długo jest po ślubie i ile ma dzieci. Kiedy odpowiedziała, że jedno i więcej mieć nie zamierza, bo jej sytuacja materialna na to nie pozwala, ksiądz się wręcz na nią wydarł. Krzyczał, że to marnotrawstwo ludzkiego ciała, które jest stworzone do rodzenia. Że babcia jest jak piec zbudowany do pieczenia chleba, w którym upiekł się tylko jeden bochenek i że to obraza dla twórcy tego pieca.
Moja babcia zawsze była wrażliwą osobą, nic więc dziwnego, że uciekła od konfesjonału z płaczem. Od tamtej pory nikt jej w kościele nie widział...
Nawet nie wiecie, jaka jestem z niej dumna!
Zastanawiam się, dlaczego w życiu jest tak, że wyrachowane, zimne, cwane baby mają fajnych mężów, którzy latają za nimi jakby były ósmym cudem świata, a te prawdziwe, normalne, ciepłe kobiety mają za mężów nieudaczników.
Kilka przykładów z życia. Koleżanka ze studiów, zainteresowana bardziej tym jak się ustawić w życiu niż tym, jaką osobą być dla innych, poznała fajnego faceta. Mężczyzna na poziomie, z kasą, z poczuciem humoru, inteligentny. Zrobiła go jak chciała, ożenił się z nią. Jak już się ustawiła, zaczęła mieć coraz większe wymagania różnego rodzaju, zaczęła nim poniewierać. Im bardziej traktowała go jak wycieraczkę, tym bardziej za nią latał. Mają pomoc domową, bo ona nie sprząta, nie gotuje, zainteresowań nie ma, pracy też już szuka zbyt długi czas, bo nie ma dla niej odpowiedniego zajęcia. I trwa to do tej pory, więc widocznie relacja im odpowiada.
Podobnie jest u mojej teściowej. Męża ma pod kapciem do tego stopnia, że ten nie jest w stanie podjąć najmniejszej decyzji bez niej, nawet dotyczącej kupna pieczywa, nie wspominając o poważnych sprawach. Pantofel pierwsza klasa. W towarzystwie zawsze wychwala żonę i jej dokonania kulinarne (ona w ogóle nie gotuje), jak również inne wyimaginowane zalety.
Podobnych przykładów mam jeszcze kilka z otoczenia. Facet fajny, miły i przystojny z dobrą pracą versus jego antypatyczna wyniosła kobieta, wampir z wymaganiami, bez wyższych uczuć, nastawiona na branie, nie ma mowy o kiwnięciu palcem w domu. Urodę pomijam, to kwestia gustu, bardziej chodzi o sposób bycia w związku. A raczej NIE bycia partnerką, żoną, przyjaciółką. Bez serca.
O co chodzi w tym, bo po prostu nie rozumiem. Czy w tym świecie jest miejsce dla kobiet prawdziwych, z krwi i kości, współczesnych westalek? Ciepłych i po prostu dobrych? Dbających o dom, potrafiących sprzątać, gotować, łączyć to z pracą i opieką nad dziećmi i własnym rozwojem? Czy to już nie jest dziś wartością?
Dawno temu, gdy mieszkałem jeszcze w Trójmieście, mój kumpel spotykał się z pewnym dziewczęciem. Rozumkiem ono może nie grzeszyło, ale trzeba przyznać, że miała wszystko na miejscu - długie nogi, ładny biust, no i przerośnięte ego. Laska marzyła o tym, aby zostać modelką, ciągle poprawiała sobie makijaż, z zachwytem zerkała w każdą szybę, w której mogła dostrzec swoje odbicie i zachowywała się jak rozkapryszona księżniczka Niedopchnęcja.
To była pierwsza miłość mojego przyjaciela, więc mimo wszystko chłopak bardzo się zaangażował. Biedny, nawet nie zdawał sobie sprawy, że dziewczyna intensywnie zdradzała go z różnymi facetami, którzy w jej opinii mogli jej się kiedyś "przydać". Możecie sobie wyobrazić, jak ciężko wiadomość tę przeżył mój kolega. Aby nieco złagodzić mu ból męskiej dumy, postanowiłem zrobić mu niespodziankę.
Mój starszy brat jest fotografem. I to takim ekstremalnym, co to jeździ po świecie i pakuje się w prawdziwe tarapaty, aby tylko zrobić upragnioną fotkę. Pogadałem z nim. Chciałem, aby pomógł mi w realizacji mojego głupiego pomysłu. Tak jak się tego spodziewałem - braciszek aż pisnął z radości. Zgodził się.
Eksdziewczyna mojego zrozpaczonego kumpla właśnie wracała z pracy, gdy na jednym ze skwerków, które mijała, podszedł do niej gość w garniturze (mój braciszek). Powiedział, że jest fotografem z czołowej agencji mody w Warszawie i bardzo by chciał zwerbować ją do pracy. Dał jej wizytówkę i poprosił o kontakt.
Zgodnie z naszymi oczekiwaniami, dziewczę zadzwoniło po niecałej godzinie. Przez telefon rozmawiałem z nią ja - udając zastępcę właściciela agencji. Powiedziałem, że potrzebujemy nowych twarzy i że cieszę się, że zadzwoniła. Zaproponowałem, że nasz fotograf, który w Trójmieście akurat spędza urlop, zrobi jej próbną sesję zdjęciową gdzieś na plaży i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Dalej poszło już z górki. Mój brat podjechał pod jej blok. Wziął ze sobą kumpla i moją ówczesną dziewczynę. Kolega miał udawać oświetleniowca, natomiast moja dziewczyna - makijażystkę.
Pojechali na plażę oddaloną dobre kilkanaście kilometrów od miasta. Nasza modelka została umalowana, uczesana i zrobiona na bóstwo. Po pierwszej serii zdjęć, mój brat poprosił ją, aby zdjęła bikini i położyła się brzuchem na piasku przy samej wodzie. Zgodziła się od razu. "Zamknij oczy i uśmiechnij się tajemniczo" - poprosił fotograf.
Kiedy dziewczyna podniosła powieki zorientowała się, że na plaży nie ma nikogo poza nią.
Z tego co wiem, to część drogi przeszła na golasa po piasku. Kiedy doczłapała do jakiejś wioski, to rozbawiła grupę lokalnych rybaków. Jeden z nich zlitował się nad golasem i podrzucił ją do miasta.
Kumpel do dziś ma zrobione z ukrycia fotki swojej nagiej eks biegającej w panice po dzikiej plaży. Faktycznie - humor mu się wtedy poprawił.
Mam 31 lat i ostatnio stwierdziłem, że nie umiem się bawić.
Ostatnio patrzyłem na uśmiechniętych ludzi na obozie w lesie, w moim wieku, starszych i młodszych – uśmiechnięci, szczęśliwi, a mi się płakać chciało jak na to patrzyłem. Takie same reakcje mam, kiedy patrzę na ludzi bawiących się na weselu, bo nie umiem tańczyć i źle się czuję tańcząc, co dodatkowo mnie wyklucza z zabawy.
Pamiętacie może tę historię o facecie, który zakochał się w swojej uczennicy? (#X7xKW)
Tak, to ja.
Przeczytałem jeszcze raz niektóre komentarze i pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie napisanie ciągu dalszego.
Kilka dni po wstawieniu wyznania postanowiłem wziąć się w garść i pójść do szpitala. Zamierzałem po prostu dowiedzieć się w jakim jest stanie, pokazać, że zwyczajnie się o nią martwiłem i naprawdę głupio mi było z powodu dotychczasowego milczenia. Nic więcej.
Z ulgą zauważyłem, że ucieszyła się na mój widok i nie miała mi za złe zwłoki. Po krótkiej rozmowie o jej stanie zdrowia znów zaczęliśmy dyskutować o projekcie, zdążyliśmy wprowadzić także kilka niewielkich poprawek i rozplanować dalszą pracę.
Myślałem, że wszystko jest w porządku.
Kompletnie nie wiedziałem, jak mam się zachować, gdy w pewnym momencie znacznie ucichła. Subtelnie próbowałem wydobyć z niej powód tego nagłego pogorszenia samopoczucia, ona jednak uparcie zarzekała się, że wszystko jest w porządku. W końcu kilka łez spłynęło jej po twarzy.
Wreszcie przyznała, że czuje do mnie coś więcej niż powinna i po tym wypadku uświadomiła sobie, że gdyby sprawy przybrały nieco inny obrót, mógłbym się o tym nigdy nie dowiedzieć.
Zaczęła mnie prosić, żebym nie wychodził, że niczego ode mnie nie oczekuje.
Może zwariowałem, ale gdy tylko upewniłem się, że mogę liczyć na inną pracę (co prawda sporo oddaloną od mojego domu, ale to nie grało roli), zacząłem ubiegać się o rozwiązanie umowy za porozumieniem stron.
Udało się.
Od tamtej chwili minęło już trochę czasu i śmiało mogę stwierdzić, że to była najlepsza decyzja w moim życiu. Jej rodzice zaakceptowali nasz związek po długich przemyśleniach i uświadomieniu sobie, że tak właściwie to dla miłości rzuciłem robotę.
Ja i moja narzeczona nie mieszkamy jeszcze razem. Oboje pracujemy od poniedziałku do soboty, więc nasz wspólny weekend zaczyna się od soboty po południu, a najczęściej w sobotę wieczorem. Zdarza się, że gdzieś wyjdziemy, do kina czy na jakiś fast food, ale zwykle nasz weekendowy relaks składa się z filmu, jakiegoś alkoholu, chipsów i seksu, w różnej kolejności.
Często jest tak, że po całym tygodniu pracy jesteśmy tak wykończeni, że naprawdę wystarczy tylko spojrzeć na poduszkę, żeby się oczy zamykały, a w połączeniu z jakimś drinkiem to już w ogóle, a mimo to na palcach jednej ręki (maks dwóch) można policzyć, kiedy taki sobotni wieczór skończył się bez cimci-rymci. No i znajomym o tym nie opowiemy, ale już obojgu z nas przydarzyło się zasnąć w trakcie. Ja leżąc na plecach podczas lodzika, a ona w pozycji na boku, a to jej ulubiona pozycja do spania.
PS Nikt się nie obraził, nikt się nie złościł, za to w obydwu przypadkach mieliśmy rano niezły ubaw. Ja miałem gorzej, bo mi przydarzyło się to pierwszemu.
Miałem może z 5 lat, słoneczny dzień, wiosna, tata siedzi przy komputerze, mama w pracy, krzyczę „Tata, czy mogę?!”. Tata bez zbędnego drążenia „Tak, synek, tylko daj mi spokój!”.
Tak oto mama wraca do domu, widzi nowe prześcieradło, które zmieniło kolor z białego na „asfaltowy grafit o poranku”, mnie w podobnych barwach, stojącego wraz z plastikową taczką pełną ziemi i doniczkami, przy czym w jednej siedział (już nie) śnieżnobiały kot, obsypany dookoła, równiuteńko, ziemią z ogrodu. Tata zapytany przez mamę co tu się stało, nawet nie wychodząc z biura, rzucił „No jak to co, dziecko się przecież musi bawić”.
>Mama wynajęła opiekunkę
>Tata dostał taki opieprz, że kot myśląc pewnie, że to jego wina, gdzieś się schował
>Prześcieradła nie dało się uratować, zostało wyrzucone
>Ojciec przez tydzień spał na kanapie
Jestem motorniczą i chciałam skierować kilka słów do rodziców, którzy wsiadają z dziećmi. Niestety sytuacja, która dziś miałam nie była miła dla mnie, a tym bardziej dla mamy i dziecka.
Obowiązuje mnie czasówka. Kiedy widzę, że jestem po czasie, nie czekam na biegających pasażerów albo takich, którzy zapatrzyli się w telefon czy robili jeszcze inne rzeczy. Dziś na przystanku jak już zamykałam drzwi, doskoczyła z boku pani, próbując wciskać guzik, żeby jeszcze wsiąść. Zobaczyłam, że jestem po czasie i pojechałam... Kiedy byłam gdzieś w połowie drogi, zobaczyłam dziewczynkę na samym końcu tramwaju, patrzącą jak przystanek i najprawdopodobniej jej mama zostają coraz bardziej w tyle. Po chwili zobaczyłam, że jakaś pani nachyla się do dziewczynki, a więc pomyślałam, że mi się zdawało. Pani z dziewczynką wysiadły na kolejnym przystanku. Obstawiam, że była to pani, która zajęła się dziewczynką. Gdyby jednak dziewczynka została sama, to podeszłabym do niej, zrobiła zatrzymanie i poczekała, aż mama przyjedzie kolejnym pojazdem... Myślę, że dziecko wskoczyło do tramwaju, a mama cofnęła się, żeby coś wyrzucić. Nie wiem, tak obstawiam...
Emocje we mnie ciągle siedzą. Nie wiem jak wsiadacie ze swymi pociechami do pojazdów komunikacji miejskiej, ale proponuję żeby zawsze trzymać je za rękę albo na rękach, albo ogarnąć tak, żeby wsiadać razem.
Mam 24 lata, a tego lata bałem się jak mała dziewczynka. Ale od początku.
Dostałem premię w pracy, więc aby to uczcić postanowiłem zrobić domówkę. Pogadane z sąsiadami, czteropak i kwiaty rozdane, wszystko umówione. W dzień imprezy zawiozłem mojego futrzastego przyjaciela do rodziców, żeby się zbytnio nie stresował grupą pijanych osób.
Impreza jak impreza. Popite, pośmiane. Wszyscy koło rana pojechali do domu, no to ja w kimę. Budzę się koło 1, słysząc hałas z kuchni. Pierwsze co myślę, że to mój pies hałasuje, więc chciałem jeszcze pospać. Wtedy doszło do mnie, że psa nie ma w domu, więc odważnie wstaję i idę pomału sprawdzić co się dzieje. Otwieram drzwi od mojego pokoju i słyszę przerażający dźwięk. Nie mam pojęcia co to. Otwieram drzwi do kuchni i dźwięk tak jakby dobiegał z szafki na naczynia. Wtedy szafka otworzyła się i wypadło z niej kilka garnków. Ja przerażony (przede wszystkim na kacu), nie wiem co robić, więc szybko wybiegam z mieszkania. Po chwili ochłonąłem i zdałem sobie sprawę, że wybiegłem z bloku mieszkalnego w samych bokserkach, w dodatku dziurawych. No więc opanowałem się i wracam do mieszkania. Słyszę tylko ciszę, ale wchodzę do kuchni i wiecie co? Na środku leży telefon obok garnka. Nie mój. Okazało się, że dnia wcześniejszego kumpel chciał mi zrobić żart, w którym poprzestawiał garnki, tak że małe były na dnie, a duże na nich. Miało to spowodować dużo hałasu, kiedy rano otworzę szafkę w poszukiwaniach kubka. Ale był tak pijany, że w jednym z garnków zostawił telefon. Pech również chciał (a może kolejna część pranka), że zawiasy były bardzo poluzowane i całe drzwiczki spadły na ziemię pod naporem garnków przewróconych wibracjami telefonu.
Byłbym pierwszym na świecie człowiekiem, który umarł na zawał w dziurawych bokserkach z powodu zgubionego telefonu.
Właśnie się dowiedziałem, że umarł facet z mojej firmy. Pomyślałem sobie: fajnie, zazdroszczę mu.
Dodaj anonimowe wyznanie