Wszyscy, którzy to czytacie – błagam, kastrujcie koty!
Parę dni temu przygarnąłem cztery porzucone kociaki. Chore. Koci katar, świerzbowiec uszny. Ale z przyjaciółką myślimy, że uda nam się uratować. Jadły. Były u weta. Wet powiedziała, że wszystko jest OK. Po prostu dostały witaminy i antybiotyk na ropiejące oczki. No i generalnie spokojnie, nic im nie będzie, ale póki co są troszkę za młode na odrobaczenie. Na drugi dzień patrzę, a dwójka z nich leży. Całe zimne, ledwie miauczące. Z przyjaciółką 30 minut robiliśmy im masaż serca. Poprawiło im się... Na chwilę. U weta zmarły. Niewydolność krążeniowo-oddechowa. Udusiły się pasożytami. Dożyły wizyty tylko dzięki, a może i przez, masaż serca. Kotka „w prezencie” dała im pasożyty, które dla takich maluchów w takiej ilości są śmiertelne.
Nie mówcie, że koty na wolności sobie poradzą. Że kastracja im tylko szkodzi. To, co się dzieje z takimi maluchami jest po prostu chore. Nie dałem szczegółowych opisów, chociaż dość dokładnie powiedziałem co im było, ale uwierzcie, że szczegóły nie są one przyjemne i nie chcę traumatyzować co wrażliwszych osób...
Gdy mam na maksa pełny pęcherz, tak, że już nie mogę wytrzymać i siadam na toaletę, to chwilę przed opróżnieniem pęcherza czuję tak duże podniecenie, że aż cała drżę.
Uwielbiam ten stan.
Kilka dni temu były moje 35. urodziny. Przed laty postanowiłem sobie, że jeżeli do tego dnia się nie ożenię, to już nigdy później tego nie zrobię. Dlaczego? Z różnych powodów. Przede wszystkim uważam, że z małżeństwa w tym wieku jest więcej szkody niż pożytku – każdy ma już swoje przyzwyczajenia, poza tym nie jest to też najlepszy wiek na dzieci. Ja cenię sobie spokój, a do tego pracuję w domu i muszę mieć do tego warunki. Jeśli już chodzi o warunki, to trzeba je mieć do założenia rodziny. Nie mam mieszkania, na kredyt mnie nie stać, poza tym w tym wieku to już też mocno ryzykowne. Co prawda mógłbym wygospodarować jakieś miejsce w domu, w którym mieszkam z rodzicami, ale nie sądzę, by takie warunki odpowiadały jakiejś kobiecie – zresztą słusznie.
Koncentruję się teraz głównie na przyszłości. W ciągu najbliższych 5 lat zamierzam rozwiązać 5 życiowych problemów. Przede wszystkim zbieram pieniądze na samotną starość – skoro młodość była samotna, to starość tym bardziej taka będzie. Zresztą, jak wspomniałem na wstępie, nie zamierzam się już z nikim wiązać. Tak będzie lepiej dla wszystkich. W ogóle moja ocena współczesnych kobiet i mężczyzn, a nawet świata, jest – mówiąc bardzo eufemistycznie – druzgocąca. Za cały ten stan rzeczy odpowiadają przemiany społeczne, jakie zachodzą od lat. Są jednak pewnie „macherzy”, którym zależy na tym, aby właśnie tak było, ponieważ robią na tym niemałe pieniądze. Mnie na szczęście to coraz mniej dotyczy.
Kiedyś dziewczyna po stosunku seksualnym powiedziała mi:
- Masz drugiego w kolejności najdłuższego penisa.
Zaintrygowany i podbudowany tą opinią zapytałem:
- To z iloma facetami jak do tej pory spałaś?
- Ty jesteś drugi.
Nie rozumiem, jak można jeszcze rok po rozstaniu obgadywać byłego faceta na całym mieście. Zamiast rozstać się jak ludzie i powiedzieć sobie „trudno, nie udało się nam” moja była dalej rozpowiada o mnie wymyślone historie o których dowiaduję się nie tylko od znajomych, ale też czasem od zupełnie obcych osób. Spotykam się już z nową dziewczyną, która opowiedziała mi, że miała mnie olać na samym początku, bo słyszała, że jestem skąpy, nie dbam o kobiety, jestem kiepski w łóżku, często nudny, mam gówniane ambicje zawodowe i wiele innych (nawiasem mówiąc, dziwne, że była wytrzymała ze mną 4 lata).
Tego jest już za dużo. Tak się wkurzyłem, że złożyłem uprzejmy donos do urzędu skarbowego, że prowadzi niezarejestrowaną działalność gospodarczą i nie odprowadza podatku. Od teraz wszędzie i w jakimkolwiek towarzystwie będę rozpowiadał o niej najgorsze śmieci. Tak się wkurzyłem, że masakra. Już dawno nie jesteśmy razem, a ona dalej psuje mi dobre imię.
Mieszkam z rodzicami. Mój pokój i sypialnia rodziców są na dwóch końcach korytarza, jednak przez brak dywanów pogłos jest spory.
Gdy miałam koło 12-13 lat, pewnej nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam i leżałam, sen nie przychodził. Po jakimś czasie usłyszałam jakieś dźwięki. Jako że nic do roboty nie było, zaczęłam się przysłuchiwać. Szybko połączyłam fakty i wpadłam na to, co robią rodzice... Zdecydowanie nie chciałam tego słyszeć. Słuchawki w uszy i próbowałam dalej zasnąć.
Zdarzało się to jeszcze kilka razy.
Wczoraj studiująca siostra wróciła po długiej przerwie do domu i leżałyśmy w jej dużym łóżku i gadałyśmy do późna. Jej pokój jest dosłownie przy rodzicach. Możecie wyobrazić sobie nasze miny i zażenowanie, gdy usłyszałyśmy rodziców... Rozmowa przestała się kleić i szybko poszłyśmy spać.
Jedno jest pewne – głośne jęczenie odziedziczyłam po mamie.
Mam pewien problem, z którym zmagam się już jakiś czas. Mam 29 lat i jestem od 6 lat w związku, do niedawna wydawało się całkiem szczęśliwym. Jednak od jakiegoś czasu wszystko się między nami psuje i szczerze mówiąc wiem, że w końcu się rozstaniemy. Chyba przestaliśmy się rozumieć. Rzecz w tym, że boję się tego rozstania, ale nie ze względu na sam fakt zakończenia długiego związku, tylko przez strach przed samotnością. Mam tylko jedną przyjaciółkę, która mieszka w innym mieście, jest kochana, ale nie ma jej na miejscu. Mam też dwójkę znajomych, ale urodziło im się dziecko, więc nie mają czasu nawet się spotkać. Boję się, że nie będę miała z kim na co dzień porozmawiać, że będę skazana na samotność, nie wiem nawet jak mogłabym nawiązać jakieś znajomości. Nie mówię od razu o przyjaźni, ale chociaż o kimś, z kim mogłabym pójść na kawę czy wypić lampkę wina w domu. Sprawy nie ułatwia fakt, że jestem nieśmiała i nie umiem zagadać do obcych ludzi w taki sposób, żeby nie było to żenujące.
W dodatku mam ADHD, które też ze swojej natury utrudnia utrzymanie kontaktów, nie do końca wiem jak odnaleźć się w relacjach z ludźmi.
Czy wy też mieliście kiedyś takie problemy? Jeśli tak, to jak sobie z nimi poradziliście?
Tkwię w coraz bardziej toksycznej relacji, ale ciągnę ją, bo boję się, że zostanę całkiem sama...
Będzie o podwójnych standardach i ludzkiej hipokryzji.
Samotnie wychowuję pięcioletnią córeczkę. Kiedy zaszłam w ciążę, ojciec Nelki zrobił się wobec mnie agresywny, głównie dlatego, że nie chciałam słyszeć o aborcji. Zostawiłam go, nie chciałam się z nim szarpać nawet o alimenty. Już wtedy miałam niezłą pracę i dobrze sobie radziłam, a z pomocą rodziny i przyjaciół dałam radę.
Kiedy mała poszła do przedszkola, znalazłyśmy mieszkanie (wcześniej mieszkałyśmy u moich rodziców) i świetnie sobie radzimy we trójkę (licząc Ramseya, naszego kota).
Niestety na mojej klatce mieszkają też dwie moherowe panie, które wygłaszają na mój temat komentarze typu głupia dziewucha rozłożyła nogi byle komu i teraz ma" lub "jeszcze kilka lat i ta mała z brzuchem będzie chodziła".
Trafia mnie kiedy to słyszę, ale mam ważniejsze sprawy na głowie i zazwyczaj je ignoruję. Ostatnio jednak miarka się przebrała.
Trzeba wspomnieć, że piętro niżej mieszka chłopak, który sam zajmuje się kilkunastomiesięcznym synem. Jego dziewczyna ulotniła się z kochankiem kilka tygodni po porodzie.
Nad Rafałem (tak ma na imię ten chłopak) wszyscy wygłaszają same ochy i achy, jaki to zaradny, cudowny ojciec itd.
Ostatnio wracałam do domu z pracy dość późno - córcia pojechała z moim bratem i jego rodziną na wycieczkę, więc ja nadrabiałam zaległości w papierkowej robocie, potem pojechałam na większe zakupy.
Moherowe panie wróciły z kościółka i dyskutowały na korytarzu. W pewnej chwili usłyszałam komentarz:
- Patrz, Jadziu, jaka obładowana. Dziecko z byle kim pewnie zostawiła i na kochasia pewnie czeka. Zobaczysz, chwila i z brzuchem znowu sama zostanie!
- Dokładnie, do tej to koleżaneczki co tydzień przychodzą, chłoptasie też i to jak dziecko jest w domu! A do Rafałka to tylko rodzina przychodzi!
Przegięły. Jestem naprawdę dość opanowaną i uprzejmą osobą, ale teraz miarka się przebrała. Nie wytrzymałam i wypaliłam:
- Szkoda, że cudowny Rafałek nie pomyślał komu wkłada, nie musiałby teraz w domu z dzieckiem siedzieć. - Weszłam do mieszkania, a one stały z rodziawionymi japami.
Wiem, że przesadziłam, ale naprawdę się wkurzyłam.
Do Rafała nic nie mam, ale uważam, że to niesprawiedliwe, że jego chwalą tylko dlatego, że jest mężczyzną, a mnie biorą za patologię.
Owszem, dość często odwiedza mnie rodzina czy ktoś z przyjaciół, ale nie urządzamy żadnych imprez i nie siedzimy do późna, nie hałasujemy, żeby Nelcia mogła spokojnie spać. Sama też raz na jakiś czas gdzieś wyjdę, ale tylko wtedy kiedy wiem, że moi rodzice czy brat będą mogli zająć się małą.
Szanowne sąsiadki dalej mnie obgadują (i nie tylko mnie), ale dalej je ignoruję. Po prostu staram się żyć po swojemu.
Mam problem i nie wiem jak go rozwiązać.
Mam rodziców, brata. Niestety jak to zawsze jest nie ma domu, w którym nie byłoby łomu. Chodzi głównie o mojego brata, który ma 30 lat. Kiedyś próbował popełnić samobójstwo, bo mu się nie podoba życie. Ogólnie rzecz biorąc zamknął się w sobie. Próbowaliśmy go nie raz wyciągać chociażby aby pomógł w jakichś codziennych czynnościach (np. obiad czy umycie podłóg), lecz za każdym razem woli się z nami kłócić, by każdy stracił siły i aby mógł iść do pokoju. Był w szpitalu aby się leczyć, ale lekarz stwierdził, że aby się wyleczyć, trzeba tego chcieć, a on twierdzi, że lekarz ma złe kompetencje. Bierze leki od innego lekarza, które go lekko wyciszają, ale one niewiele pomagają. Ma zbyt dużo siły na kłótnie, po czym pójdzie spać i znowu może się kłócić.
Z racji tego, że jest pełnoletni, nie możemy go do niczego zmusić. Ostatnio nawet pracę stracił i nie szuka nowej (ponad pół roku minęło). Narzeka, że chcemy go wykorzystać, bo musi pomóc zrobić obiad, który sam też zje (trzeba mu mówić co ma zrobić, bo wszystko na odwal robi, więc przy każdej czynności trzeba go sprawdzać i mówić co i jak, przez co się denerwuje, ale choćby ziemia się waliła – jak podłoga jest brudna, to nie powiem, że jest czysta). Co chwila mówi, że czuje się w tym domu jak niewolnik, mimo iż w każdej chwili może się wyprowadzić, wręcz nawet go zachęcamy do tego, aby się usamodzielnił. W dodatku wysyłał innym pieniądze i nadal to robi, tak więc nie ma praktycznie niczego poza pokojem u rodziców w domu. Rodzice już go wyrzucali z domu, ale matka zawsze patrzy na dobro dziecka (mimo iż on już dawno dzieckiem nie jest), więc znowu wrócił i znowu ma pretensje o wszystko, używając przy tym różnych wulgaryzmów i okropnych epitetów.
Serio nie wiem co mam z tym zrobić. Moi rodzice nie są młodzi, za jakiś czas idą na emeryturę i muszą utrzymywać dorosłego faceta, który aby pomógł trzeba się z nim pokłócić, a i tak niewiele pomoże. Siedzi po nocach, budząc wszystkich, by w dzień spać i narzekać, że jest zmęczony. Każdy by był zmęczony, jakby zmienił godziny funkcjonowania. On nie patrzy na to, że my musimy iść spać, bo rodzice mają pracę, ja mam szkołę itp. Czasami jest jeden dzień, w którym da się z nim funkcjonować, ale to jest kropla w morzu. Nie mam pojęcia, co mam zrobić. Rozmowy nie pomagają, wręcz przeciwnie – twierdzi, że to ja z rodzicami jesteśmy źli i wszystko co złe to nasza wina. Nie interesujemy się nim ani nie pomagamy w jego problemach. Jak o cokolwiek pytamy, to powinniśmy się domyśleć i użyć mózgu. On chciałby siedzieć w pokoju non stop i abyśmy przynosili mu jedzenie za free. Niestety tak się nie da. Ja wiem, że niedługo się wyprowadzę, ale boję się o rodziców. Oni sobie z nim nie poradzą. Może wy macie jakieś pomysły co z tym zrobić?
PS To niewielka część tego, co się dzieje. Niestety...
Już piąta osoba powiedziała mi, że przypominam z twarzy pewną sławną celebrytkę. Kiedy pytam o kogo chodzi słyszę, że Angelinę Jolie.
Niby wszystko spoko, ale jestem facetem..
Dodaj anonimowe wyznanie