Lubię wspierać ludzi.
Co w tym anonimowego? Wewnętrznie czuję, że robię to po to, żeby samemu poczuć się dobrze. Jak spotykam osobę, która potrzebuje wsparcia, to poświęcam się jej w pełni, staram się naprawdę zrozumieć problem i pocieszyć jak umiem, szukać artykułów i publikacji, które mogą takiej osobie pomóc, organizować zbiórki, być dla niej w dzień i w nocy, jak tego potrzebuje... A jednocześnie czuję do siebie obrzydzenie, bo wiem, że część mnie robi to tylko po to, żeby poczuć, że jestem „dobrym człowiekiem”.
Chciałbym być klasycznym altruistą i boli mnie fakt, że pomagam głównie sobie.
Historia będzie o moim znajomym ze studiów, dajmy na to Karolu.
Karol od dziecka jest na wózku. Niepełnosprawność nadrabia inteligencją, co rok udaje mu się dostać stypendium naukowe. Całkiem nieźle się dogadywaliśmy. Jedyne co nas w nim drażniło (zresztą nadal drażni), to jego przesadzone poglądy na dziewczyny, za bardzo trąci średniowieczem.
Ale do rzeczy. Studiuje z nami pewna bardzo sympatyczna dziewczyna, Alicja. Ona ma o wiele trudniej niż my - studiuje, wychowuje sama synka (na szczęście może liczyć na pomoc swojej mamy), wieczorem i w weekendy pracuje. Chociaż jej ciężko, jest świetną osobą i nigdy nie prosi o taryfę ulgową.
Od jakiegoś czasu bardzo zbliżyła się z Karolem, pomagała mu jak tylko mogła. W końcu zdobyła się na odwagę i powiedziała mu, że go kocha. Karol jednak powiedział, że mogą być tylko przyjaciółmi. Sytuacja jakich wiele, gdyby nie to, jak Karol uzasadnił swoją decyzję. Stwierdził, że nie mogą być razem, bo... "on nie byłby w stanie być z dziewczyną, która wcześniej dała się w liceum rozdziewiczyć i w dodatku zaciążyć" (jego słowa).
Karol był niezmiernie zdumiony tym, jak nasza koleżanka poczuła się tymi słowami zraniona, przecież chyba "nie oczekiwała, że on zwiąże się z kimś takim". Reakcja znajomych też mocno go zadziwiła - zwłaszcza to, że moja dziewczyna dała mu z liścia i nazwała skończonym dupkiem (są z Alą bliskimi przyjaciółkami). Reszta też nie kryje, że jego zachowanie mocno nie przypadło nam do gustu. Traktujemy teraz Karola z bardzo chłodną uprzejmością.
Koleś kompletnie tego nie rozumie. Nie rozumie też, czemu Ala go ignoruje i nie chce mieć z nim do czynienia.
Cóż, powodzenia w samotnym życiu, Karolku.
Mieszkam w Łodzi. Chodziłem do podstawówki w dość mrocznej części Bałut. W latach 90. sporo kręciło się tam meneli i ówczesnych „rycerzy ortalionu”, którzy zaczepiali kogo się dało, aby zapytać, czy ma się jakiś problem albo za jakim klubem się jest. W Łodzi, jak wiadomo, zarówno na murawie, jak i na ulicach panują dwa kluby, więc dużego wyboru nie ma i szansa na zarobienie w kły była 50/50.
Pamiętam dwóch rosłych Sebastianów o twarzach nieskażonych myśleniem jaskiniowców. Goście najwyraźniej zawiedzeni byli faktem, że w wypadku zaczęcia rozmowy od słów „E, koleżko! Za kim jesteś?” istnieje zaledwie połowiczna szansa na wyłomotanie komuś facjaty. Wzięli się więc na sposób i znaleźli pomysłową metodę na „oszukanie systemu”. Paradowali w koszulkach Widzewa. Gdy kogoś dopadli i zadali swoje pytanie, to naturalną reakcją było wyrażenie przez tę osobę hurraoptymistycznej opinii na temat klubu z koszulek. Wówczas panowie szybko ściągali t-shirty i okazywało się, że pod nimi mają drugie – tym razem z logo ŁKS-u. Pierwsze słowo do dziennika... – wiadomo. Perfidnie zmanipulowana ofiara dostawała w kiełek, a zadowolone z siebie habany odmaszerowywały w poszukiwaniu kolejnego łosia.
Pieprzeni mistrzowie dresiarskiego marketingu!
Dostałam zaproszenie na chrzest do córki mojej dobrej koleżanki. Często się widywałyśmy, pisałyśmy prawie cały czas, ale odniosłam wrażenie, że od momentu zaproszenia nasz kontakt znacznie się polepszył. Odwiedziła mnie z córeczką w domu i nawet w pracy (jestem kelnerką w kawiarni). Byłyśmy na wspólnych zakupach. Chrzest i po chrzcie... A po imprezie znajomość się urwała. Koleżanka nie odpisywała, nie odbierała i nie oddzwaniała. Sporadycznie wysłała wiadomość typu „Nie mam czasu”, „Karmiłam”, „Jestem zajęta”. Zapytałam w końcu, kiedy znajdzie dla mnie chwilę. „Jak będziesz miała małe dziecko, to zrozumiesz, że czasem nie ma czasu nawet, żeby zjeść coś ciepłego”.
Mam ochotę pojechać do niej i zapytać wprost, czy dałam za mało w kopertę i czy się obraziła, bo liczyła na więcej. Niestety, ale na to mi wygląda jej zachowanie.
Zacznę od tego, że wychowałam się w katolickiej rodzinie w małym miasteczku. Ja też byłam mocno wierząca – każda niedziela w kościele, wszystkie święta i tak dalej. Młodo wyszłam za mąż, był wspaniałym człowiekiem. Szybko zaszłam w ciążę i urodziłam dwie słodkie córeczki. Byliśmy bardzo szczęśliwi, ale... do czasu. Mój mąż spowodował wypadek, w którym umarł jego młodszy brat. Dostał wyrok w zawieszeniu i wrócił do domu (jak się okazało, na moje nieszczęście). Pocieszałam go, że to nie jego wina itd. Czym mi to odpłacił? Zaczął mnie bić, rzucił pracę, a jak mu nie dałam na piwo czy wódkę, katował. Poszłam do kościoła po radę. Proboszcz nakazał mi wybaczyć mu i próbować wysłać go na terapię. Tak też zrobiłam. Co się okazało? Pieniądze na terapię wydawał na wódkę. I dalej bił.
Miarka się przebrała, gdy uderzył nasze dziecko. Tego nie umiałabym mu wybaczyć. Na pogotowie z dzieckiem, policja itd. Znowu poszłam do kościoła. Co mi powiedział proboszcz? Że to moja wina i jeśli się z nim rozwiodę, to nie mam wstępu do jego kościoła, a moje dzieci nie otrzymają sakramentów i nie mogą chodzić na lekcje religii. Rodzina także się ode mnie odwróciła, ale wiecie co? Nie żałuję. Może ledwo wiążę koniec z końcem, ale wiem, że moje dzieci są bezpieczne. Jestem w trakcie rozwodu i postanowiłam, że pozbawię go wszelkich praw do dzieci i wyjadę zacząć wszystko od początku. :)
W trakcie kłótni z moją dziewczyną używałem tylko i wyłącznie jej „argumentów” z poprzedniej kłótni.
Teraz już nie mam dziewczyny.
Wychodzę z porannego prysznica, zakładam jedynie dresy i idę do kuchni. Zaznaczam, że na co dzień nie mam na torsie żadnego odzienia. Wstawiam wodę do czajnika i włączam toster do prądu. Do pracy mam jeszcze jakieś 4 godziny, więc zbytnio się nie śpieszę. Tak mój poranek wygląda, a raczej wyglądał codziennie.
Był poniedziałek, godzina ok 6 rano. Po wykonaniu wyżej opisanych czynności z nieznanych mi powodów coś podkusiło mnie założyć bluzę, założyłem więc tę grubą, moją ulubioną. Wracam do kuchni i do szklanego dzbanka wlewam wrzącą wodę, zalewając herbatę.
W tym momencie dzbanek pękł, szkło rozdrobniło się i razem ze wrzątkiem rozrzuciło po całej kuchni. Uwierzcie lub nie, ale gdyby nie bluza, którą tego dnia wyjątkowo założyłem, skończyłoby się to zupełnie inaczej. Fakt, mimo grubego materiału kawałki szkła poharatały mi brzuch, po czym zostało mi kilka większych blizn na brzuchu i rękach. Większych uszczerbków na zdrowiu nie miałem.
Dzięki Ci Ty, który podsunąłeś mi myśl o bluzie :)
PS Mimo że to zdarzenie było ok. 4 lata temu, zrezygnowałem z robienia herbaty do dzbanka. W ruch poszedł litrowy kubek :)
Historia, kiedy miałem siedem lat. Przeprowadziliśmy się z bloku do kamienicy obok, nasze mieszkanie kupiło jakieś młode małżeństwo.
Jak każde dziecko lubiłem pójść na dwór i bawić się do wieczora. Na podwórku było fajnie, ale nadszedł czas powrotu do domu. Idę więc do klatki, wklepuję kod i wchodzę do mieszkania. Kładę się na łóżku, ale ale... coś jest nie tak. Po powiedzeniu „cześć” nie usłyszałem żadnej odpowiedzi! Idę więc szukać mamy do salonu... a tam śpi kobieta, która kupiła wraz z mężem mieszkanie od moich rodziców. Szybko chcę iść do swojego domu, ale po cichu, żeby nie budzić tej pani, już dochodzę do drzwi, a tu wchodzi jej mąż z dzieckiem... Byliśmy tak samo zszokowani. Szybko wydukałem „Przepraszam” i wybiegłem.
Wróciłem do domu, jakby nic się nie stało. Niby nic, ale jednak coś. :D
Było to kilka lat temu. Mieszkałam ze swoim chłopakiem i jego siostrą. Nam przysługiwał większy pokój, pełniący rolę salonu.
Był środek dnia, prawdopodobnie weekend, skoro mieliśmy czas o tej godzinie na chwilę namiętności. Byliśmy sami w domu, więc z niczym się nie szczypaliśmy. Namiętne uniesienia przerwał nam odgłos otwieranego zamka. Cholera! Chłopak zdążył się ubrać, ja jedynie bluzkę...
I tak siedziałam na rozbabranym łóżku, z gołą dupą, przykryta kocem, rozmawiając z jego ojcem, babcią i siostrą, którzy jak gdyby nigdy nic weszli, usiedli w naszym pokoju i zaczęli ze mną rozmawiać...
Znacie takie butelki zamykane korkiem na drutach? Dziś spotykane na piwach, ale kiedyś były powszechne nawet na butelkach z oranżadą.
Koło naszej wiejskiej chałupy był Klub Rolnika, do którego przywożono skrzynki owej oranżady, a gdy nikogo nie było (a w lecie wszyscy byli w polu), to składali toto na podwórku. Nasza zgraja (4 chłopaków) podkradała zawsze kilka butelek i wypijała nieco oranżady z każdej. Smakowało podwójnie, bo kradzione. A potem oddawaliśmy butelki na miejsce. I aby nikt nie zorientował się w zaborze mienia, musieliśmy uzupełnić zawartość... A jakiż to płyn, powszechnie dostępny, miał kolor podobny do gomułkowskiej żółtej oranżady? Tak, sikaliśmy do butelek...
Co do smaku – nie wiem, nie mogę się wypowiedzieć, ale przynajmniej kolor oranżada trzymała, a nas nikt na tym niecnym procederze nigdy nie przyłapał.
Dodaj anonimowe wyznanie