Czasy nastoletnie już dawno minęły, mam dzieci (sztuk: 3), męża i nadwagę. Jakoś szczególnie tragiczne to wyznanie nie będzie, ale mi osobiście robi się przykro. Po ostatniej ciąży trochę mi się przytyło, a tak naprawdę to żarłam w ciąży, a nie jadłam. Po porodzie, zanim ogarnęłam najmłodszego robala (karmienie itp.) plus pozostałą dwójkę, to zrzuciłam trochę nazbieranego tłuszczu, ale tylko trochę, może połowę, opona została...
Teraz gdy już nie karmię, starsze dzieci podrosły, postanowiłam wziąć się za siebie! Wprawdzie nie mam możliwości uczęszczać na siłownię, ale mam dietę (dobraną przez specjalistę) i ćwiczenia... I tu mogłoby być tak pięknie (bo zaczyna działać), a nie jest... Ciągle słyszę od w sumie bliskiej rodziny (oprócz męża, który mnie wspiera) teksty typu:
- i tak nie schudniesz
- i tak przytyjesz z powrotem
- nie będziesz mieć siły, bo tylko grubi mają siłę
- czekam aż zachorujesz po tym odchudzaniu, bo wyjdzie na moje
- ciekawe kto zajmie się dziećmi, jak już będziesz chora
- fanaberie, baba po 3 porodach ma być gruba
- to nie przystoi (!!!!) matce dzieci
- trafisz do szpitala
- będziesz mieć anemię.
W ogóle tragedia, koniec świata, że jak JA matka dzieci mogę myśleć o sobie i starać się coś zmienić, bo skoro matka, to teraz tylko wór pokutny na grzbiet i umartwiać się w kącie na worku ziemniaków. A najlepsze jest to, że mówią to same słonie, które tłumaczą swój stan problemem z przemianą materii, brakiem czasu na dietę/ćwiczenia i w ogóle wszystkimi plagami świata. I choćby teraz ..uj na ..uju stawał, to schudnę do rozmiaru 38...
W piątek w nocy koleżanka napisała do mnie na fejsie, czy nie pójdę z nią w sobotę na wesele i będę udawał na nim jej faceta, bo przed chwilą rozstała się z obecnym, a nie może jechać sama. Dziwna prośba, ale pomyślałem sobie, że popiję, pojem, pobawię się i może na koniec nawet pociumkam.
Po drodze już zaczynałem rozumieć, że to nie był najlepszy pomysł, a na miejscu doszło to już do mnie całkowicie. Zakazy i nakazy, czego mi nie wolno, a co wolno. Tak oto nie mogłem rozmawiać z jej rodziną, kiedy ona nie słyszała, żeby wiedziała o czym mówię, mogłem pić tylko kiedy ona mi pozwoli, buzi tylko w policzek, nie mogłem wyciągać telefonu, miałem unikać dawania robienia sobie zdjęć. Dodatkowo, jako że łóżko było wspólne, chciała żebym spał na podłodze na jakimś kocu. Tak mnie w pewnym momencie zdenerwowała tym truciem tyłka, że pokłóciliśmy się, ona mnie wyzwała, więc ją olałem i poszedłem pić z jej rodziną i opowiadałem wszystkim, że opuszczam wesele, bo wygadała się, że mnie zdradziła w kiblu w klubie z jakimś studentem z wymiany i nie mogę sobie z tym poradzić. Opinię już ma zszarganą i jak by się nie tłumaczyła, tej łatki się nie pozbędzie. Straciłem tylko pieniądze i czas.
Wychowałam się w bardzo religijnej rodzinie. Wręcz fanatycznej. Pacierz rano i wieczorem, codzienny różaniec o 20 i koronka o 15, codzienna msza. Śpiewałam też w chórze. Radio Maryja leciało u nas 24/7, spaliśmy przy włączonym radiu. Później i telewizja Trwam. Zasypialiśmy przy modlitwach i budziliśmy się przy nich. Do tego obowiązkowo wszystkie majówki, wrześniowe różańce, roraty, gorzkie żale, drogi krzyżowe, piątkowe spowiedzi, czuwania, rekolekcje i pielgrzymki. Codzienna nowenna, anioł pański, modlitwa przed każdym posiłkiem. Pewnie nietrudno się domyślić, że dość szybko mi to zbrzydło. A im bardziej byłam zmuszana, tym bardziej tego wszystkiego nienawidziłam. Gdzieś w okolicy 13 lat zaczęłam po prostu kłamać. Nadal odmawiałam z rodzicami wszystkie dzienne modlitwy, ale przestałam chodzić do kościoła. Wykorzystywałam moje śpiewanie w chórze. Oni szli do środka, ja udawałam, że idę na chór (osobne wejście), a potem zawracałam i szłam na godzinny spacer. Wracałam tuż po komunii, wchodziłam na chór i po wszystkim spotykaliśmy się przed kościołem. Zapisywałam się też na wszystkie możliwe zajęcia dodatkowe, żeby nie mieć czasu na msze w tygodniu.
Po szkole średniej wyjechałam za granicę. A raczej uciekłam. Zaczęłam zupełnie nowe życie. Życie, jakiego wcześniej nie znałam. Imprezy, alkohol, narkotyki, randki, seks, chłopaki, dziewczyny, trójkąty, eksperymenty. Chyba nie ma takiej rzeczy, której bym nie spróbowała. Bywały orgie rodem z filmów pornograficznych, wypróbowałam większość narkotyków, chłonęłam ten dziki świat.
Obecnie trochę przystopowałam, ale wciąż prowadzę bardzo luźne życie. Odwiedzam rodziców raz w roku, choć niechętnie. Jest sztywno, bo muszę udawać. Aż ostatnim razem po prostu pękłam. Powiedziałam im wszystko. Jak bardzo nienawidzę kościoła i religii. Co robiłam i jak żyłam po wyjeździe. Że nie wierzę w boga i chcę dokonać apostazji. Moja mama się popłakała. Powiedziała „nie tak cię wychowaliśmy”. A ja odpowiedziałam „dokładnie tak mnie wychowaliście”.
Rodzice długo to przetwarzali. Nie odzywali się do mnie przez dwa dni. A potem przyszli i przeprosili. Za wszystko. Długo razem płakaliśmy i rozmawialiśmy. Powiedzieli najważniejsze dla mnie słowa. Że nie akceptują moich wyborów, ale kochają mnie pomimo wszystko. Jestem ich jedynym dzieckiem i nie chcą mnie stracić. A ja im powiedziałam, że bardzo mnie skrzywdzili, ale kocham ich pomimo tego. I chyba o to chodzi w miłości. I w życiu ogólnie.
Moja dziewczyna zawsze mi mówiła, żebym nie wyrzucał petów przez balkon, bo to nieładnie i w ogóle niebezpiecznie. Oczywiście ja miałem swoje zdanie.
Ostatnio stałem na balkonie i sąsiad z góry wyrzucił peta. Pet spadł mi na głowę i spalił część włosów.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że muszę przyznać się do błędu! :D
Jestem przedsiębiorcą, tak jak mój mąż. U mnie obecnie jest bardzo ciężko, boję się, że u mojego męża najgorsze przed nami (budowlanka). Ostatnie 2 lata wyczyściły nas z oszczędności. Nie mamy dużych firm. U męża ostatnio jest koszmarnie z terminowymi płatnościami, nikt nie płaci w terminie. Musimy zarobić na siebie i 5 osób.
Moje usługi są premium. Ostatnio pomyślałam, żeby wypuścić produkt tańszy, bardziej skalowalny. Napisałam maila z moim pomysłem do klientek, którym wiem, że by się przydał, z prośbą o wypowiedzenie się, żeby nie robić w ciemno. Na razie nikt nie odpisał. Możliwe, że jeszcze po prostu nie miały czasu, ale strasznie mnie to dołuje.
Mam dwoje dzieci, w tym jedno z problemem, które wymaga terapii. Przestaje nas na to być stać. Na państwową pomoc czekamy od roku w kolejce i nie zapowiada się, żeby coś miało się zmienić w tym zakresie. Dziecko przedszkolne i tak zdiagnozowane z rok za późno, przez co wymaga także psychoterapii, na którą nie chodzi, bo nas nie stać. Wniosek o WWR się przetwarza. Dziecko niezdiagnozowane wcześniej, bo pediatra w pandemii przez telefon stwierdzał na wszystkie moje wątpliwości, że ma jeszcze czas, to samo w wychowawczynie w przedszkolu i przedszkolny psycholog. Ufałam specjalistom.
W końcu pocztą pantoflową dowiedziałam się gdzie szukać pomocy i faktycznie coś się ruszyło. Zmieniliśmy też przedszkole na prywatne, nie stać nas na nie, ale alternatywą jest przeładowane państwowe, gdzie nikt nie reaguje na śmiech dzieci z mojego dziecka. Nikt nie reaguje na zwiększone potrzeby w danym aspekcie. Dziecko jest normalne, ma jeden problem do wyprowadzenia. Intelektualnie jest powyżej swojego wieku, ruchowo przeciętnie. Kontaktowe, chętne do zabawy, komunikatywne.
Jestem w strasznym dołku. Wiem, że jako przedsiębiorca powinnam wziąć sprawy w swoje ręce i walczyć, ale strach mnie paraliżuje. Boję się każdego nieprzewidzianego wydatku, a jednocześnie pod koniec dnia, gdzie nic nie zarobiłam, czuję ogromne poczucie winy.
Idą wakacje, dziecko z prywatnego przedszkola chce jechać za granicę na wakacje, jak koledzy. Nie stać mnie. Kombinuję wyjazdy po babciach. Nie stać mnie na wyprawienie wymarzonych urodzin. Nie mam się komu wyżalić. Boję się.
Mam 28 lat i jestem kanarem :D Nie powiem, czasami jest nudno, wesoło, bądź groźnie. Dzisiaj powiem wam o kilku sytuacjach z mojej pracy.
1. Sprawdzałem bilety. Doszedłem w końcu do dość ładniutkiej dziewczyny, na oko 18-20 lat. Okazało się, że nie ma biletu. Już sięgałem po długopis, jej kata, gdy dziewczyna zaczęła się rozbierać :D Nie powiem, była hojnie obdarzona, ale jednak sumienie nakazało mi zatrzymać tę machinę rozkoszy. Ja - trzymający ją za ramiączka stanika, czerwony jak burak, i ona - próbująca mnie "przekonać", by nie wlepiać jej mandatu. Po chwili tej ciekawej akcji podszedł do nas mężczyzna, zwracając się ku niej. Odpowiedziała, ładnie mówiąc, "idź sobie, członku".
Cóż... pożałowała tego trzema mandatami - za obrazę funkcjonariusza, nagość i brak biletu. Ale przynajmniej się starała.
2. Tańczyłem belgijkę z panną młodą, przy akompaniamencie akordeonu pana Mietka i klaskaniu sebixów.
3. Pewna osoba zaczęła mnie wyzywać od kutasów i bezdusznych kurew. Tak się zagalopowała, że przywaliła w oszklone drzwi, myśląc, że są otwarte.
4. Pomagałem wyjść dziewczynce, która zaklinowała się pomiędzy słupkiem a harmonijką w podwójnym autobusie. Problem w tym, że żeby tam wejść trzeba naprawdę się nagimnastykować.
5. Pomagałem odrobić pracę domową z francuskiego jakiejś parze nastolatków.
Tak że całkiem ciekawie mam w robocie :')
Pierdnęłam tak mocno, że aż się obudziłam.
W samochodzie.
Z rodziną mojego chłopaka.
Razem z mamą postanowiliśmy adoptować psa – Barneya. Bokser, praktycznie jeszcze szczeniak, a trafił do schroniska, bo okazał się nieodpowiednim kompanem dla starszego małżeństwa, które nieposłuszeństwo karali laską. Tata był przeciwny, zapierał się rękami i nogami, byle nie brać żadnego psa do domu. Odkąd tylko pojawił się Barney (nazwany na cześć Barneya z „How I met your mother”), tata wprowadził dla niego rygorystyczne zasady. Żadnego spania w łóżku, żadnego siadania na kanapie, żadnego ludzkiego jedzenia.
Koniec końców, tata i Bar to najlepsi przyjaciele, codziennie razem biegają, śpią też razem, oglądają mecze piłki nożnej i uwielbiają jeść kurczaka z rożna.
A mówią, że to kobieta zmienną jest.
Opowiem wam moją historię, która w sumie wciąż trwa.
Zaczęło się parę lat temu. Praca, wyprowadzka na swoje. Jako młody mężczyzna byłem wniebowzięty – imprezy, zioło... Żyć nie umierać. Ale z czasem zacząłem się zatracać. Powrót z pracy, zioło, zjeść byle tylko „zapchać kichę”, granie, spanie i znowu praca. I tak w kółko. Zacząłem się izolować od znajomych i rodziny. Widywałem się z nimi tylko z okazji jakichś imprez (urodziny, chrzciny itp.), a i tak wpadałem tylko na chwilę, zawsze miałem jakąś wymówkę, żeby zbyt długo nie siedzieć. Trwało to kilka lat. Kontakt ograniczał się tylko do krótkich rozmów przez telefon lub wiadomości. Aż pewnego dnia stanąłem przed lustrem i zobaczyłem, co się ze mną dzieje. Skóra i kości, zapadnięte policzki, wielkie cienie pod oczami... Sam się przeraziłem. Stwierdziłem, że nie mogę dalej tak żyć.
Zacząłem od pracy – dogadałem się z szefem i od tamtej pory pracuję tylko na nocną zmianę. Jest to dla mnie dobre, bo ograniczyłem palenie zioła. Zacząłem ćwiczyć – w piwnicy zrobiłem sobie siłownię. Gotowanie jest na porządku dziennym. Świeży, ciepły posiłek każdego dnia. Remont mieszkania, zaadoptowałem nawet psa ze schroniska, żeby nie siedzieć w domu samemu i mieć pretekst do wyjścia na zewnątrz.
Od tego czasu minęło półtora roku. Przytyłem 15 kg, zioło zniknęło z mojego życia na dobre, gotowanie stało się moją pasją, a siłownię w piwnicy zamieniłem na profesjonalną siłownię, na której poznałem kilku ciekawych ludzi. Odnowiłem kontakt z rodziną. Jestem częstym gościem, coraz lepiej się z nimi dogaduję. Ze znajomymi jest niestety gorzej – trochę czasu minęło, ale staram się odnowić kontakt. W międzyczasie poznałem dziewczynę. I chociaż nam nie wyszło i nie skończyło się to zbyt dobrze, to nie złamałem się, chociaż było ciężko i mało brakowało, a wróciłbym do starych nawyków.
Czasem czuję się samotny i za ten stan mogę winić tylko siebie, utraconego czasu nikt mi nie zwróci. Wierzę, że wszystko się ułoży.
Tak jak pisałem na początku – moja historia wciąż trwa, wciąż się pisze. I choć mam wzloty i upadki, nie poddaję się. Wy też się nie poddawajcie.
Moja córka przyprowadziła swojego chłopaka do domu.
Teraz już wiem, dlaczego mówiła, że boi się, że go nie zaakceptuję.
Kolesia w ogóle bardzo lubię, problem w tym, że zdawaliśmy razem maturę.
Dodaj anonimowe wyznanie