Zapewne słyszeliście o tekście, że lepiej być grubym, bo takich ciężej porwać.
Mieszkam na wsi. Siedzę sobie z siostrą na tarasie. Kury spacerują dziwnie jak zawsze. Nagle atakuje jastrząb i siada kurze Grażynce (imię zmienione) na grzbiecie. Walczy, walczy i jej nie podniósł.
Grażynka otrzepała się z piór i poszła dalej żreć ziarna kilogramami, jak gdyby nigdy nic.
Jak byłem mniej więcej w połowie podstawówki, modny zrobił się temat nadciągających zmian klimatu i katastrof klimatycznych. Mieliśmy na ten temat dwugodzinną lekcję z filmem. Potem musieliśmy napisać kartkówkę. Napisałem, że przykładem katastrofy klimatycznej jest Tomek Kowalski, który tak się spierdział na lekcji historii, że aż musieliśmy wyjść na korytarz.
Nauczyciel jak to przeczytał tak się zaśmiał, że kto wie, czy nie doszło do katastrofy innego rodzaju. I chyba tylko to uchroniło mnie od konsekwencji.
Pracuję w brytyjskim domu spokojnej starości. Moimi podopiecznymi są seniorzy powyżej 75 roku życia. Naszym obowiązkiem jest zapewnienie im jak najlepszej opieki, do której również zaliczają się interakcje personalne (czyli głównie rozmowy, zachęcanie do integracji z grupą itp.) obok codziennej rutyny, takiej jak posiłki, poranna/wieczorna toaleta. Chciałabym zaznaczyć, że jestem tam jedyną pracującą Polką (co dla historii będzie ważne).
Zeszłego roku wypadł mi dyżur na całe Święta - Wigilia i dwa dni Bożego Narodzenia miałam spędzić po 12h w pracy. Kilka dni przed Wigilią "dołączyła" do nas trójka podopiecznych - dwie kobiety (ok. 80-letnie) na pobyt tymczasowy i jeden mężczyzna (ok. 90-letni) na stałe. Kierownik pokazał panu Johnowi ( w skrócie PJ - przyjmijmy, że tak ma na imię) ośrodek, pokój i zapoznał z resztą personelu i podopiecznych. PJ był introwertykiem - nic nie mówił, siedział w kącie, kiwał tylko głową na "tak" lub "nie".
Pewnego dnia "dostałam" skrzydło budynku, w którym znajdował się pokój staruszka.
Pukam, słyszę ciche "come in" i wchodzę do pokoju, mówię po angielsku wesoło "dzień dobry, jak się czujesz" i przygotowuję PJ na kolejny dzień. Wchodząc do łazienki nuciłam polską piosenkę pod nosem i wtedy zauważyłam, że jestem obserwowana - od tamtego dnia bardzo uważnie mi się przyglądał, jak byłam w zasięgu jego wzroku.
Nadeszła Wigilia - przyniosłam tego dnia opłatek do pracy (koledzy z pracy bardzo chcieli poznać polskie zwyczaje świąteczne). Nadchodzi czas kolacji wigilijnej - dzielę się opłatkiem z załogą oraz seniorami (większość i tak nie wiedziała, co to jest :)). Podchodzę do PJ. On bierze opłatek i nagle po policzkach płyną wielkie łzy. Pyta po angielsku "Jesteś Polką, prawda?", odpowiadam, że tak. A on mnie znów po angielsku prosi, żebym złożyła mu życzenia po polsku. W ich trakcie widzę, że staruszek zalewa się łzami. Spanikowałam, ale PJ do mnie mówi bardzo łamaną polszczyzną przeplataną angielskim, że po raz pierwszy od 40 lat słyszy życzenia wypowiedziane po polsku i pierwszy raz od niepamiętnych czasów ma w ręce opłatek.
Tak się wzruszyłam, że i mi poleciały łzy.
Od tamtej pory często z nim rozmawiałam po polsku (na ile pozwalały warunki). Dowiedziałam się, że był pilotem podczas II wojny światowej, o jego życiu w małej wiosce w górach, że od 40 lat był wdowcem i nie miał dzieci. Zrozumiałam, skąd brak styczności w językiem ojczystym i rodakami.
Pan John zmarł tuż po Nowym Roku. Byłam na jego pogrzebie, a kiedy wróciłam do pracy, kierownik wręczył mi kopertę adresowaną do mnie, a w niej była piękna kartka z napisem:
"Dziękuję. Dzięki Pani to były najpiękniejsze Święta Bożego Narodzenia od 40 lat. Z poszanowaniem - John X". Bardzo się wzruszyłam czytając to krótkie i treściwe zdanie.
Z tego miejsca chcę napisać:
To był dla mnie zaszczyt Pana poznać, Panie John.
Od początku swej kariery zawodowej jestem związany z bankowością i niemal od początku z kredytami. Pamiętam czasy, gdy kazano nam namawiać ludzi do zaciągania kredytów we frankach. Argumentem było to, że kurs franka był znacznie stabilniejszy od polskiej złotówki wrażliwej na inflację. Klient miał przez to zyskać. A bank miał zarobić mniej. Już wtedy dziwiłem się, że bank działa niejako na swoją niekorzyść. Że bank podpowiada klientom rozwiązanie, wręcz namawia do rozwiązania korzystniejszego bardziej dla klienta niż dla banku. Nie umiałem tego pojąć, lecz skoro kazali namawiać, to namawiałem. W końcu miałem prowizję od każdej podpisanej umowy.
Traf chciał, że potem frank nagle poleciał na łeb, na szyję i frankowicze obudzili się z długami dwa razy większymi niż mieli. Jeśli do tego dodamy niezgodne z prawem przewalutowania dokonywane przez banki, to już w ogóle... mogiła.
Współczułem frankowiczom. Ale wówczas w swej naiwności sądziłem, że perturbacje frankowe są czystym przypadkiem. Że to po prostu pech i już.
Wróćmy teraz do czasów współczesnych. Na początku pandemii banki obniżyły oprocentowanie kredytów hipotecznych. Bardzo obniżyły. I znowu my pracownicy mieliśmy namawiać ludzi, aby brali takie właśnie kredyty. Dziwne, bo na kredytach gotówkowych jest większe oprocentowanie (czytaj: większy zarobek dla banku). No więc jak to jest, że bank zamiast starać się zarobić na kliencie jak najwięcej, podsuwa mu kredycik hipoteczny, na którym zarobi mniej? Czyżby banki zostały nagle miłosiernymi samarytanami?
Nie.
Nagle wojenka i inflacja strzeliła w górę jak rakieta. Ludzie z rzekomo niekorzystnymi dla nich kredytami gotówkowymi o stałej stopie oprocentowania mają to gdzieś, bo ich inflacja w tym momencie nie dotyczy. Ale kredytobiorcy hipoteczni siedzący na zmiennej stopie oprocentowania, która miała być tak szalenie dla nich korzystna, nagle mają raty po dwa razy większe, niż mieli dotychczas.
Przypadek?
Nie, Szanowni Państwo. Ja za długo siedzę w bankowości, by nie zacząć orientować się, że o wszelkich kryzysach, czy to na rynkach walutowych, czy na działaniach militarnych, banki muszę wiedzieć na minimum dla lata wcześniej, bo już wtedy szykują sobie grunt do niezłego zarobku. Coś, co ma być korzystne dla klienta okazuje się potem być dla niego niekorzystne. Coś, na czym klient miał rzekomo zyskać, a bank stracić, okazuje się być czymś dokładnie odwrotnym. To klient traci, a bank zyskuje. Dużo zyskuje. Dwa, trzy razy tyle niż było to pierwotnie planowane.
Moja rada. Rada tym razem nie jako pracownika banku. Tym razem będzie to rada jako zwykłego Polaka, który widzi, że międzynarodowe kartele finansowe grabią moich rodaków. Otóż gdy bank Wam coś proponuje, to za cholerę mu nie wierzcie. Kiedy bank przekonuje, że na czymś bardzo zyskacie, to znaczy, że właśnie tam najwięcej stracicie. I tyle.
2 lata temu moja Mama zmarła na raka. Przed Jej śmiercią często załatwiałam jej sprawy, chciała bardzo wszystko dopiąć na ostatni guzik - banki i inne instytucje - a także podziękować znajomym i przyjaciołom za to, że byli w Jej życiu.
Jako że leżała w hospicjum, a z każdym dniem Jej stan się pogarszał prosiła mnie o to, by te sprawy właśnie załatwić. Tak też robiłam, a kiedy przychodziłam do Niej codziennie, zazwyczaj rozmawiałyśmy właśnie o tym, co jeszcze trzeba zrobić.
Pamiętam, że kiedy odeszła, strasznie żałowałam, że tych momentów nie spędziłyśmy na takich głębokich rozmowach, o życiu, o naszych relacjach. Obie przecież zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że czasu jest coraz mniej. Mimo to cieszyłam się, że mogłam choć trochę pomóc w tych "formalnościach".
W dniu kiedy zasnęła na zawsze, płakałam, a pielęgniarka, która miała wtedy dyżur powiedziała coś, co wtedy wydało mi się okrutne: "Nie masz teraz co płakać. Zobaczysz za rok, dwa, wtedy dopiero będzie bolało". Niestety, miała rację.
Jej śmierć długo do mnie nie docierała. Najpierw głowę zajęłam tymi wszystkimi rzeczami, które trzeba wykonać po czyjejś śmierci, akty zgonu, pogrzeb, notariusz. Później rzuciłam się w wir zmian: remont, zmiana mieszkania, wyprowadzka, eksperymenty z wyglądem, staże i nauka, korzystanie z życia, jakby miało się ono skończyć jutro, jakbym miała z czymś nie zdążyć. Robiłam wszystko, by o tym nie myśleć.
Pewnego dnia (niecały rok po śmierci Mamy) udałam się na rozmowę kwalifikacyjną do mojej pierwszej pracy w zawodzie. Okazało się, że zostałam przyjęta, strasznie się cieszyłam! Wyszłam z biura, a przez głowę przeszła mi jedna myśl: "Tak bym chciała teraz do ciebie zadzwonić, mamo, i ci o tym powiedzieć...". Nie minęła minuta, a usłyszałam dźwięk telefonu. Dostałam wiadomość od swojego brata ze zdjęciem Mamy. Nogi się pode mną ugięły, ale podziękowałam mu w SMS-ie za zdjęcie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy zapytał, o co mi chodzi? Okazało się, że zdjęcie wysyłał, ale jakieś pół roku temu, a doszło ono akurat w tamtym momencie, kiedy tak bardzo chciałam zadzwonić do Mamy! Stanęłam na ulicy i płakałam i śmiałam się na przemian. Ludzie patrzyli na mnie jak na wariatkę, a ja poczułam, że Ona jest cały czas i czuwa.
Mój ówczesny chłopak zgasił mnie mówiąc, że to przecież przypadek. Możliwe. Ja mimo wszystko od tamtej pory czuję, że mam swojego osobistego Anioła.
Wyznanie z tych naprawdę anonimowych.
Ostatnio w moim mieście zaczęły się juwenalia, toteż jak wiadomo, okres imprez rozpoczęty. Po jednej z takich imprez ruszyłam ze znajomymi na kluby. Zabawa była przednia, a szalona noc poprowadziła nas do jednego z większych krakowskich klubów. Nie owijając w bawełnę, poznałam tam faceta. Był przystojny, dobrze zbudowany (mówił, że coś tam trenuje), zabawny, dobrze nam się rozmawiało, a co najważniejsze, tańczyło. No ideał. Bawiliśmy się przednio, ale też wypiliśmy naprawdę dużo i czułam się już mocno podchmielona, a większość znajomych już poszła. Sama stwierdziłam, że powoli trzeba myśleć o wyjściu, ale jeszcze trochę pod wpływem chwili, a trochę po to, by zachęcić późnego chłopaka na wspólne wyjście, zdecydowałam się zaciągnąć go na szybką akcję do toalety. Nie były to może komfortowe warunki, ale czułam, że taka okazja może się nie powtórzyć. Miałam jego przyjaciela w ustach i wydawało mi się, że jest mu naprawdę dobrze, bo słyszałam, jak wzdycha, gdy nagle... zesikał się. A ja myślałam, że dochodzi...
Nie mam pojęcia, czy specjalnie, czy nie mógł wytrzymać, bo praktycznie od razu stamtąd wybiegłam z potężną traumą i niesmakiem do dzisiaj.
Tak że morał chyba taki, że nawet jak ktoś wydaje się na pierwszy rzut oka perfekcyjny, to faktycznie różnie z tym bywa.
Pamiętam jak byłam w podstawówce, z wielka chęcią nosiłam sukienki, spódniczki, krótkie spodenki. Jeśli dobrze pamiętam, to w 5 klasie okazało się, że ważę 60 kg. To był dla mnie szok. Przecież to niemożliwe. Nie objadałam się słodyczami ani nic z tych rzeczy. Rodzina ciągle powtarzała, że nie jestem gruba, że jestem w sam raz. A ja nic z tym nie robiłam, no bo po co? Jestem przecież w sam raz. W gimnazjum ludzie zaczęli się ode mnie odwracać. Rozmawiałam głównie z dziewczynami z klasy, nie szukałam nawet osób do bliższej przyjaźni, bo kto by się chciał ze mną zadawać – z grubą dziewczyną. Przestałam ćwiczyć na WF-ie, bo się po prostu wstydziłam. Poszłam do technikum, ciężko było mi się tam zaaklimatyzować, ale dałam radę. Lecz dalej nic nie robiłam ze swoją nadwagą. Rodzice z rodzeństwem zaczęli lekko dogryzać, że koleżanek nie mam, że chłopaka nie znajdę, a ja stwierdziłam, że po co schudnąć? Wtedy zaczną sobie o mnie przypominać, zwracać uwagę na mnie, może znajdzie się ktoś ,kto pokocha mnie taką jak wyglądam. I dalej nic nie robiłam.
Teraz mam 160 cm wzrostu i jakieś 35 kg nadwagi, może nawet więcej, nie wiem, bo się dawno nie ważyłam. I dziś ukończyłam drugi trening. Obiecałam sobie, że dam radę, choćby skały srały, ale ja schudnę, zrzucę to.
Tak że trzymajcie za mnie kciuki!
Kilka miesięcy temu przeprowadziłem się za granicę. Kumpel obiecał mi pomoc w ogarnięciu wszystkiego. Miałem pomieszkać chwilę u niego, zanim znajdę jakiś pokój na wynajem, ale tak się złożyło, że akurat mój przyjazd pokrył się z wyjazdem jego przyjaciółki na miesiąc do Polski, więc zaproponowała, że mogę zatrzymać się u niej, skoro mieszkanie i tak stałoby puste. Nie chciała nic w zamian, miałem tylko dbać o jej roślinki i odbierać pocztę. Nie znałem tej dziewczyny, więc miło mi się zrobiło, że jednak Polacy za granicą nie są tacy źli, jak słyszałem. Gdy przyjechałem, jej już nie było, więc nie miałem okazji jej nawet spotkać, klucze przekazał mi kolega.
Mieszkanie bardzo mi się spodobało, było małe, przytulne, bardzo minimalistyczne. Niewiele było tam przedmiotów, brak telewizora czy radia, jedynie mnóstwo książek.
Dość szybko zaczęło mi się nudzić, nie mogłem pooglądać telewizji, nie miałem swojego laptopa, nie znałem miasta, więc postanowiłem sobie poczytać. Zacząłem grzebać wśród wielkiego stosu książek i tak trafiłem na jej pamiętnik. Wiem, że nie powinienem go czytać, ale ciekawość wzięła górę. To nawet nie był pamiętnik, bardziej notatnik, pełen jej przemyśleń, wierszy i opowiadań. Erotycznych opowiadań. Tak bardzo się w to wkręciłem, że nie mogłem się oderwać przez całą noc. Nawet nie wiem kiedy zacząłem się do tych opowiadań masturbować. Jej przemyślenia i notatki również mnie zafascynowały, były głębokie i mocno zamieszały mi w głowie. Przejrzałem każdy kawałek jej mieszkania. W jednej z szuflad znalazłem kilka wibratorów, co podkręciło mnie jeszcze bardziej.
I wiem jak głupio to może zabrzmieć, ale zakochałem się. W osobie, której nigdy nie widziałem na oczy i nigdy nie zamieniłem słowa.
W końcu dostałem pracę i wynająłem pokój. Wyprowadziłem się i do dziś tej dziewczyny nie poznałem. Miałem okazję, gdy już wróciła i zaprosiła mnie i naszego wspólnego znajomego do siebie, ale stchórzyłem. Bałem się, że nie będę potrafił ukryć swoich uczuć i ona od razu domyśli się, co zrobiłem.
I tak to już trwa. Nie ma dnia, żebym o niej nie myślał. Wiem, gdzie mieszka, wiem o czym myśli, co czyta, o czym fantazjuje, jaką pije herbatę i jakich używa perfum. Nie wiem, jak wygląda, jaki ma głos, nie znam jej charakteru. Ale wpadłem w jakąś straszną obsesję. Mój kumpel co jakiś czas proponuje, żebyśmy spotkali się we trójkę, podobno ona sobie żartowała, że chciałaby poznać faceta, który spał w jej łóżku. A mi coraz trudniej znaleźć wymówki, w końcu mieszkamy w tym samym mieście. Ale boję się, że spotkanie jej na żywo zniszczy całą moją wizję jej osoby i złamie mi serce (wiem, jak irracjonalnie to brzmi). Albo wręcz przeciwnie, okaże się idealna i tym bardziej nie będę w stanie zwalczyć tej chorej obsesji. Czuję się jak idiota.
Siedzisz sobie spokojnie na religii, leniwie wpatrując się w księdza. Inni robią to samo. Temat o alkoholizmie, więc wszyscy są ciekawi, co powie ksiądz. Na dźwięk jego słów drgasz, coś w tobie pęka. Ksiądz mówi „Kto pije codziennie przez tydzień, jest alkoholikiem. Alkoholik jest nikim, nie powinien żyć, nie powinien istnieć, trzeba się go pozbyć”...
Próbujesz zaprotestować, mówiąc, że alkoholizm to choroba, że takim ludziom trzeba starać się pomóc. Ale ksiądz ciągnie dalej, przekrzykując cię i nie pozwalając dokończyć. Dlatego pakujesz się i nie zważając na proboszcza, wychodzisz i idziesz do domu.
Do domu, w którym czeka na ciebie pijany ojciec. Ojciec, który według księdza nie ma prawa żyć i powinien umrzeć.
Mieszkam w akademiku, a co się z tym wiąże mamy łazienkę na jedno skrzydło budynku.
Zawsze korzystałam z tradycyjnej szczoteczki do zębów, ale dostałam pod gwiazdkę swoją wymarzoną elektryczną szczoteczkę, trochę hałaśliwa, ale jak zęby czyści! Jako że jest jedna łazienka na skrzydło, są ciągłe walki kto pierwszy i ile będzie korzystał. Rzecz miała miejsce, kiedy to już po kąpieli postanowiłam umyć zęby. Czyszczę zęby, mija około minuty i nagle słyszę:
- Do jasnej cholery, to jest łazienka, a nie miejsce do ruchania!
Chciałam zobaczyć kto taki śmieszek, więc otwieram łazienkę jednocześnie czyszcząc zęby, uwierzcie mi, pierwszy raz w życiu widziałam żeby twarz ludzka przybrała czerwony kolor ze wstydu, a bieg do pokoju zajmował mniej niż rekord świata na 100 m. No cóż, dziewczyna pomyślała, że moja hałaśliwa szczoteczka to wibrator.
Dodaj anonimowe wyznanie