Pracuję w szkole jako pedagog. Sama szkołę średnią skończyłam prawie 10 lat temu, jestem w miarę na bieżąco.
Mamy multum niepełnoletnich uczniów, którzy chodzą do szkoły raz na 3 miesiące, ich frekwencja woła o pomstę do nieba, większość z nich jest zwyczajnie nieklasyfikowana.
Moim obowiązkiem jest dzwonienie do rodziców i motywowanie ich, aby dzieciak zaczął do szkoły uczęszczać, bo dopóki dzieciak nie ma 18 lat, ma zasmarkany obowiązek uczęszczania do szkoły.
Wydzwaniam do rodziców w październiku, grudniu, marcu, kwietniu, że ich pociecha nie realizuje obowiązku szkolnego, uprzedzam, że będą tego konsekwencje w postaci pisma do sądu i ewentualnie kuratora.
Wiecie jakie są odpowiedzi rodziców, których 16-letnie dziecko opuszcza 600 godzin w ciągu roku szkolnego?
- No Michaś nie wstaje rano, nie mam na to wpływu.
- Maciuś powiedział, że nie ma się w co ubrać, więc nie chodzi do szkoły.
- Kacperek obiecał, że będzie już chodził! (a Kacperka nie ma kolejne 3 miesiące)
- No bo on zasypia, wstaje o 11 i już nie opłaca mu się iść na lekcje.
- No bo on gra po nocy, zasypia o 5 rano, nie wysypia się.
- Ja nie mam wpływu.
- Nie wiem co robić.
- On mnie nie słucha.
No mówcie co chcecie, ale w moim życiu, całkiem niedawno, gdybym przez 3 miesiące nie chodziła do szkoły, to matka by mnie rozniosła.
Godziny szczytu, wracam do domu przepełnionym autobusem. Słychać charakterystyczny sygnał, który oznacza, że drzwi niedługo się zamkną. Ucieszona, bo już przystanków do domu coraz mniej i nagle.... Słyszę przeraźliwy huk.
Biedna babeczka z wielkimi siatami biegła do autobusu, ale niestety nie zdążyła wsiąść. Mało tego, wpadła nogą w przerwę między krawężnikiem a autobusem. Rozpłaszczyła się na drzwiach, zakupy się porozsypywały, twarz jak glonojad, powoli zaczęła zsuwać się po szybie. Patrzę na nią, ona patrzy na mnie i nagle widzę samotne jabłko, toczące się po chodniku.
Bardzo chciałam jej pomóc, ale przez kolejne 10 minut nie mogłam opanować śmiechu.
Jestem okropnym człowiekiem...
O tym, jak trauma może zablokować człowieka i odebrać mu czerpanie radości z konkretnych rzeczy.
W podstawówce nie byłem zbyt dobry w piłkę nożną, a w to zazwyczaj graliśmy na WF-ie. W ogóle nie lubiłem gier zespołowych, bo wszyscy mieli do mnie pretensje, jeśli dałem sobie odebrać piłkę. Mógłbym całą lekcję robić gimnastykę albo skok przez kozła, byle nie gry zespołowe. Często zanosiłem nauczycielowi lewe zwolnienia albo kitowałem, że noga mnie boli. (Z tego miejsca chciałem przeprosić pana, nazwijmy go Marek. Panie Marku, przepraszam, że unikałem Pana lekcji, ale miało to związek z tym, co zafundowali mi „koledzy” z klasy, Pana bardzo lubiłem i nawet fajnie się rozmawiało, siedząc na ławce). Pan Marek i tak przez 3 lata na koniec wystawiał mi 5, bo o dziwo ze sprawdzianów miałem takie oceny (rzut piłką lekarską, skok przez kozła, bieganie na czas itp.)
Teraz kilka komunikatów do dawnych chłopaków z klasy. To nie moja wina, że nie jestem Lewandowskim, ja się nie pchałem do tej gry. Nie byliśmy na mistrzostwach świata, a wy zafundowaliście mi traumę, jakby przeze mnie drużyna odpadła z eliminacji. Bałem się, bałem się każdego dnia, kiedy były zajęcia sportowe, modliłem się, żeby się przeziębić, wtedy dostałbym zwolnienie, dzień, w którym odwoływano WF był dniem najpiękniejszym.
Teraz prawidłowa część wyznania.
W gimnazjum było zupełnie inaczej. Na początku też nie byłem jakiś dobry, ale tam trafiłem na porządnych ludzi, którzy nie wyśmiewali mnie, bo nie umiałem przyjąć piłki. W tym czasie zacząłem grać dużo lepiej i zaciekawiłem się tym sportem. Nawet zacząłem oglądać z tatą Ligę Mistrzów i mecze lig krajowych (a, no tak, dziękuję wam za popsucie mojej relacji z ojcem, bo zawsze gdy oglądał mecze, ja kłóciłem się z nim, żeby tego nie robił).
Zacząłem zgłębiać wiedzę o piłce nożnej i w liceum byłem już niezłym ekspertem. Na studiach dołączyłem do uczelnianej drużyny piłkarskiej. Co prawda na pozycji obrońcy, ale zawsze coś. Ciągle studiuję i w międzyczasie robię licencję trenerską i mam nadzieję, że jakiś klub da mi angaż. Po studiach i jak będę miał stabilną pracę, zamierzam założyć własny klub piłkarski, a kasę zebrać z crowdfunding. Żałuję, że nie pokochałem tego sportu od początku.
Teraz wiem, że ci ludzie po prostu leczyli swoje kompleksy, ale w tamtym czasie to nie było oczywiste.
Mój znajomy cały czas jest pijany. Weekend, dzień powszedni, święta, rano, wieczorem. Nie dawało mi to spokoju, byłem ciekaw, czy miał problemy w dzieciństwie, jest alkoholikiem czy się nudzi? Zapytałem jego matkę, ale takiej odpowiedzi nigdy bym nie oczekiwał.
Okazuje się, że gość jest niesamowicie inteligentny, w topowym procencie na świecie. Gość po prostu nie jest w stanie znieść tego, że jest ponadprzeciętny, ciągle czuje, że nie pasuje do społeczeństwa, że otaczają go ludzie mniej inteligentni. Ratunek odnalazł w alkoholu, dzięki któremu się ogłupia, gdy jest pijany może chociaż trochę poczuć się normalnie.
Gdzieś kiedyś słyszałem, że mądrość jest przekleństwem, a głupota błogosławieństwem...
Pierwszy rok studiów. Rozmowa z moją dziewczyną:
- Ej, Jurek, a wiesz jaka litera najczęściej występuje w nazwach rzek?
- No nie wiem, ale to spółgłoska czy samogłoska?
- ...
- Spółgłoska czy samogłoska?
- Wiesz co, ty to wszystko musisz zepsuć.
- No nie mów mi, że nie wiesz, co to jest samogłoska.
- Wiem przecież, jasne, że wiem. Już nie rób ze mnie kretynki.
- Okej, no to słucham, co to jest samogłoska?
- Samogłoska to jest... eee... yyy...
Widzicie? Skubana była blisko, jeszcze a, i, o, u.
Gdy byłam w podstawówce, jako zadanie domowe otrzymaliśmy napisanie wypracowania (opowiadania) pt. "Świat w przyszłości". Większość dzieci pisało o szczęściu, latających autach i innych pierdołach od zarzygania cudownością. Ja posiliłam się o opowiadanie fantasy w formie dziesięciodniowego pamiętnika (opisującego wydarzenia w pewnym odstępie czasu) - świat po wojnie z kosmitami, ludzie schodzą do podziemia, żywią się szczurami. Sam George Lucas byłby pod wrażeniem. A przynajmniej ja, 10-letnia wówczas dziewczynka, czytając wypracowanie kilka razy i sprawdzając błędy, czułam się niczym nowo odkrywany pisarz SF.
Gdy prace zostały sprawdzone i nauczycielka rozdawała zeszyty powiedziała, że jedno wypracowanie chciałaby przeczytać. Skoro nie dostałam zeszytu, byłam podekscytowana myślą o szóstce, bo skoro pani będzie moją pracę czytać, musiała okazać się wspaniała! I co? Nauczycielka owszem, pochwaliła formę pamiętnika i po odczytaniu treści nie kryjąc zniesmaczenia, zapytała klasy, czy chcieliby tak żyć? Bo jej ta wizja przyszłości się nie podoba i dlatego stawia za tę pracę jedynkę... Nie za błędy, nie za brak spełnienia warunków zadania - BO SIĘ JEJ WIZJA NIE PODOBA! Na koniec dodała, że by nie robić autorowi przykrości, nie powie czyja to praca... po czym na oczach wszystkich oddała mi zeszyt.
Płakałam całą przerwę w toalecie, wstydząc się wyjść. Jeśli ktoś zrobi coś podobnego mojej córce (która obecnie jest w 3 klasie SP i wdając się w mamę już pisze fantastyczne opowiadania i ma bujną wyobraźnię), to ja im w szkole zrobię taki armagedon, że nawet szczury będą spierniczać z podziemi.
Kiedy miałem 9-12 lat, na podwórku wraz z bratem znalazłem pod iglakiem rannego młodego wróbla, wzięliśmy go do rodziców i z ich pomocą zaczęliśmy się nim opiekować. Jako że już wcześniej posiadaliśmy papugi, mógł się kurować w całkiem sporej klatce wraz z jedzeniem i wodą. Było lato, więc klatka była wystawiona na balkonie. Przez kilka dni można było zaobserwować, że przylatywał do niego inny wróbel się z nim spotkać. Pewnego chłodniejszego wieczoru wnieśliśmy klatkę do środka, ja miałem odrabiać lekcje, ale jak to każde dziecko, robiłem wszystko, żeby tego uniknąć – moje zainteresowanie przeszło na wróbla. Chciałem go tylko pogłaskać, więc otworzyłem klatkę. Ptak koślawo zaczął latać po pokoju, widać było, że jeszcze nie był w pełni sił. Przeleciał z pokoju prosto do kuchni, w której stał garnek z gotującą się zupą, na którego brzegu usiadł ptak. Chcąc go stamtąd przepędzić, szturchałem go lekko z dala od zupy, jednak biedak wpadł prosto do niej... Zaczął krzyczeć, a ja zaniepokojony nie wiedziałem co robić, więc tylko krzyczałem i stałem w miejscu, myśląc, że coś zdziałam. Wtedy przybiegł ojciec, ale było już za późno. Ugotowałem wróbla żywcem w garnku zupy...
Po tym, jak truchło zostało wyłowione, jedyne co usłyszałem od ojca, pomiędzy moim płaczem, było „no i teraz będziesz musiał to jeść, nie będzie się zupa marnowała” z gniewem w głosie.
Mimo że od tego czasu minęła ponad dekada, to wspomnienie nadal wraca przed snem.
Wczoraj zadzwonił do mnie obcy numer, odebrałam, nawet nie zdążyłam powiedzieć „halo”, a tam koleś mówi „Hej kochanie, nie mogę gadać, będę za 10 minut” i się wyłączył.
Nie mam chłopaka, to była pomyłka.
A ja przez pół wieczoru czekałam na miłość mego życia.
Nie wiem kim jesteś – ale się spóźniasz.
Mam serdecznie dość "szufladkowania" osób, które chcą lub nie chcą posiadać potomstwa... Ostatnio w sieci jest mnóstwo sfrustrowanych osób, które żalą się, że są dyskryminowane przez to, że nie chcą mieć dzieci. Ja mam wręcz odwrotnie, jestem "dyskryminowana" przez to, że je posiadam.
Pytanie koleżanki: "Co u ciebie?". Odpowiadam: "Dzieciaki się pochorowały, więc..."(przerwane). Koleżanka: "Ja nie pytam co u dzieci, tylko u ciebie!". No przepraszam bardzo, ale jak mam dzieci, to co u mnie się dzieje ma związek z moimi dziećmi, takie jest po prostu życie. Albo pytania o wycieczki... Z "mojej strony o "miejsca przyjazne dzieciom'', a ona coś w stylu "Góry Skaliste" i zdziwko, dlaczego w "takie nudne miejsca chodzimy" (cytat dosłowny). Relacje z weekendów podobnie... Ja: "Pograliśmy w kosza, potem maraton Disneya i gry na Nintendo". Ona: "Impreza w barze, dyskoteka i melanż do rana".
Nie mam nic do tego stylu życia, ale wszystko to powiedziane w sposób mówiący "JA MAM ZAJEBISTE ŻYCIE, A TY JESTEŚ FRAJERKĄ, BO URODZIŁAŚ DZIECI".
Nie rozumiem tego podejścia (najlepszą obroną jest atak?). Dlaczego osoby, które zdecydowały się nie posiadać dzieci, krytykują osoby, które je posiadają? Zachowują się (nie jedna ani dwie, tylko więcej), jakbym zrobiła coś złego, że zdecydowałam się i urodziłam dzieci.
Chciałbym przedstawić wam moją historię.
Ponad 1,5 roku temu miałem wypadek. Cóż, niewiele mówiąc - ledwie przeżyłem. Byłem przez 27 tygodni w śpiączce, urazy głowy, kręgosłupa. Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że nie wywodzę się z bardzo biednej rodziny, ale nie należę również do tych bogatszych, dlatego utrzymanie mnie i mojego leczenia bardzo obciążyłoby moją rodzinę. Wielu spisywało mnie na straty, gdyż bez odpowiednich rehabilitacji, utrzymania przez szpital nie miałem szans.
Byłem i dalej jestem w związku z pewną dziewczyną. Do dziś do końca nie wiem dlaczego mnie tak pokochała. Jej ojciec ma firmę, dzięki której zapewnił stabilność jej rodzinie, ona sama studentka prawa, jest naprawdę pogodną dziewczyną, która przy okazji jest piekielnie piękna i inteligentna, cóż, nie doszukałem się w niej wad. Gdy dowiedziała się o moim wypadku, poprosiła rodziców o pożyczkę dla mnie. Napędem finansowym mojego gospodarstwa domowego jest mama, ojca nie mam, dlatego ten cały wypadek zmusiłby nas do popadnięcia w długi.
Niestety, ojciec dziewczyny nie zgodził się, rozkręcał wtedy nowe przedsięwzięcie i sam potrzebował pieniędzy. Moja dziewczyna poszła do pracy, rzuciła studia, przez co zaczęła mieć problemy z rodzicami. Niestety, pensja mojej ukochanej nie starczała na wiele, początkowo moja mama nie chciała przyjąć pieniędzy, jednak po pewnym czasie była już do tego zmuszona. Kiedy mój stan zdrowia zaczął się pogarszać, w pewnym momencie nawet datki od mojej dziewczyny były niewystarczające.
Zrobiła ona coś, co do dziś sprawia, że ma ona problemy z patrzeniem w lustro. Zaczęła być panią do towarzystwa. Początkowo nie mogła znaleźć klientów, jednak po pewnym czasie miała ich wielu. Nie była zwykłą dziwką, chodziła na bankiety, rozmawiała, promieniała na zawołanie. Z dnia na dzień ze zwykłej, lubianej dziewczyny, stała się topową plotką w miejscowości: że ona, z takiego dobrego domu, jest zwykłą szmatą.
Te pieniądze uratowały mi życie, dzięki temu wracam do zdrowia, opłacone były tym rehabilitacje. Gdy dowiedziałem się o tym zwyzywałem ją, kazałem jej znikać, powiedziałem, że się nią brzydzę. Moja mama płakała, gdy się dowiedziała, oczywiście nie pochwalała tego co wyrabiała moja dziewczyna i myślę, że w głębi serca też nią gardziła, jednak wiedziała, że bez poświecenia mojej dziewczyny moja sytuacja wyglądałaby inaczej.
Nie potrafiłem patrzeć na moją ukochaną, ona co jakiś czas mnie odwiedzała ,a ja w tym czasie obserwowałem jak marnieje. Gdzieś w głębi serca ciągle ją kochałem. Zrozumiałem, że tylko dzięki jej poświeceniu wracam do zdrowia. Błagałem, by mi wybaczyła gorzkie słowa - zrobiła to. Kocham ją i wiem, że to ta jedyna. Do dziś słyszę, że pewnie jej płacę czy że powinienem ją zostawić, ale nie mam zamiaru.
Dzięki niej mogę chodzić.
Dodaj anonimowe wyznanie