Jestem sprzedawcą w znanym sklepie odzieżowym na dziale dla dzieci. Często przychodzą do mojego sklepu rodzice z dzieciakami, którzy zbytnio nie potrafią nad nimi zapanować. Rozumiem, wielka galeria handlowa, dzieci rozdrażnione, a to nudno, a to zmęczone. Nie raz zdarzały mi się sytuacje, że rodzice z braku cierpliwości krzyczeli na swoje dzieci, wszystko rozumiem, ALE...
Często słyszę, jak rodzice mówią do dzieci np. „Kamilku, bądź grzeczny, bo dostaniesz od pani lanie”, „bądź grzeczny, bo pani na ciebie nakrzyczy”, „nie rozrabiaj, bo mamusia cię zostawi tu z panią!”.
Drodzy rodzice! Nie używajcie argumentów, które przedstawiłam powyżej. Ekspedientki wcale nie gryzą i nie będą bić Waszych dzieci. Postawcie się w mojej sytuacji, kiedy wpajany jest dzieciom stereotyp złej kasjerki, która bije złe dzieci... Jak chcecie, to nastraszcie dzieciaka, że zabierzecie mu jego srajfon3000, na pewno się uspokoi ;)
W jednej z pierwszych klas technikum znalazł się średnio lubiany bajkopisarz, który swoimi zmyślonymi historiami wciąż musiał udowadniać, jaki to on nie jest spoko gość. Razu pewnego przeszedł sam siebie i od słów przeszedł do czynów. Jego ówczesny plan to miał być ostateczny dowód na to, jaki to on nie jest „śmieszek” poza kontrolą. Oczywiście po fakcie pochwalił się kolegom.
Tego samego dnia mocno wzburzona pani sprzątaczka ćmiła papierosa za winklem przed szkołą.
- Co pani taka zdenerwowana? – spytał któryś z uczniów starszych klas.
- A bo jakiś skończony kretyn nasrał do pisuaru i musiałam to posprzątać. – odparła.
Reakcja była szybka.
Ponieważ „śmieszek” chwalił się na lewo i prawo, co to on nie zrobił w toalecie, chłopaki nie mieli problemu z namierzeniem sprawcy. Załatwili to po dżentelmeńsku. Ukradli mu plecak, nasrali do środka, oddali.
To byłby wystarczająco spektakularny koniec historii, jednak „śmieszek” poszedł do toalety i wytrzepał zawartość plecaka na podłogę… sprawiedliwość musiała zostać wymierzona ostatecznie. Pilnowany przez starszych kolegów dostał przez drzwi małą ściereczkę i polecenie posprzątania tego bajzlu.
W ciągu jednego dnia dowiedział się, że trzeba ponosić konsekwencje swoich czynów i że panie sprzątające trzeba szanować.
Już nie mogłam tego znieść, więc bardzo powoli i bardzo spokojnie tłumaczyłam mojemu znajomemu, że mój blond kolor włosów nie zamienia mnie z automatu w kretynkę.
Nie dokończyłam wywodu, bo weszłam w zamknięte szklane drzwi.
Dokonałem 10 transakcji na jednej z najbardziej nielegalnych stron po ciemnej stronie internetu, bez jakichkolwiek problemów, a nawet z delikatną pomocą ze strony całkowicie anonimowych użytkowników, którzy mogliby mnie bez żadnych konsekwencji ojebać na kasę.
Dokonałem również około 20 transakcji na stronach innych niż allegro, po jasnej stronie internetu, i dwie z nich zakończyły się ojebaniem mnie na kasę.
Ten świat jest dziwny...
Faceci jednak potrafią być romantyczni...
Mój napisał do mnie długi list miłosny. W trakcie czytania z każdą chwilą byłam coraz bardziej w siódmym niebie, a na samym końcu odebrało mi wręcz dech.
Wyznał tam, że spał z moją koleżanką, ale „przez przypadek” i „to nic nie znaczyło”, więc „na zawsze będziemy już razem”.
Mam 18 lat. Od niedawna. Kontaktu z ojcem nie miałam nigdy. Nie mieszkałam z nim, toteż nie czuł obowiązku bycia moim ojcem. Nie brakowało mi tego. Miałam wszystko, czego potrzebowałam, dorastałam w dobrobycie otoczona ludźmi, którzy mnie kochali i o mnie dbali. Ojciec wpadał ze dwa razy w roku... może częściej, przypadkiem, a może i rzadziej. Zazwyczaj w moje urodziny, gdy moja mama mu o nich przypomniała (w 12 urodziny dowiedziałam się, że to robi, co roku przypomina mu o nich). Przychodził, rzucił pięć dych i sprawa z głowy. Nie było mi z tym źle. Przyzwyczaiłam się.
Zbliżał się dzień 18 urodzin, więc postanowiłam zaprosić go na rodzinną imprezę. Nie chodziło mi o kasę, nigdy mi o to nie chodziło, bo mi jej nie brakowało. Uznałam, że pomimo tego jaki jest i że nie szuka ze mną żadnego kontaktu, to nie mam do niego żalu, jest moim ojcem i mógłby wpaść na chwilę. Nie musi siedzieć do nocy, niech przyjdzie i będzie miło. Taki był plan. Dogadał się nawet z moją mamą, że będzie i nawet coś fajnego ma dla mnie itd. Mógł sobie mieć co chciał, nie obchodziło mnie to. Na początku nie wierzyłam nawet, że przyjdzie, jak dostanie zaproszenie. Gdy powiedział, że jednak będzie, to jakoś tak naprawdę po raz pierwszy ucieszył mnie fakt, że przyjdzie. Spędzi choć chwilę ze mną i moją rodziną. Tak po prostu, normalnie, jak to w rodzinach przecież bywa.
No i nastał ten dzień. Czekałam. 10 minut, 30... godzinę... po półtorej przestałam. Oczywiście, że się nie zjawił.
Wiecie dlaczego nie przyszedł, jakie było jego wytłumaczenie, które sam napisał mojej mamie? Wiecie jak ono brzmiało? Nie zgadlibyście. Na pewno. Więc UWAGA: „NIE PRZYSZEDŁEM, BO SKORO ONA NIE PAMIĘTA O MOICH URODZINACH, TO JA TEŻ WCALE NIE MUSZĘ”.
Dobra wymówka, „tato”... Wiem, że pewnie szkoda było mu pieniędzy, choć ja ich nie chciałam. Być może bał się spędzić czas z moją rodziną, choć mi nie zależało, żeby siedział godzinami. Ten jedyny raz zależało mi po prostu, żeby przyszedł chociaż na chwilę. Pierwszy raz mnie to chyba w jakiś sposób zraniło. I wiecie co? Uważam, że nie był gotowy na dziecko, gdy się urodziłam... i dalej nie jest, niestety. Może za kolejne 18 lat będzie. A ja kiedyś spróbuję jeszcze raz. Może nawet go zaproszę w przyszłości na ślub...? Kto wie... Ale dodam na zaproszeniu, że nie oczekuję prezentu. Tak dla pewności.
Aha... Zapomniałabym. 10 STYCZNIA. Ma urodziny 10 stycznia. Mam po nim oczy, włosy i ponoć zdarza mi się mówić tak jak on. Ba, nawet robić te same, głupie miny. Zupełnie nieświadomie, bo nie znam go na tyle. Mama to zauważa. Pewnie on tego nie wie. Może kiedyś mu powiem... Jak nadarzy się okazja.
Moi rodzice pochodzą z biednych rodzin (obaj dziadkowie odeszli, kiedy byli dziećmi). Moje babcie pracowały na 3 etaty, żeby było im jak najlepiej, jednak to nie zawsze wystarczało. Rodzice wzięli sprawy w swoje ręce. Od najmłodszych lat pracowali, żeby odciążyć swoje mamy. Dorobili się. Bardzo. Nie brakuje nam teraz niczego, a w dodatku w naszym pięknym domu panuje bardzo rodzinna atmosfera.
Moje wyznanie działo się, kiedy miałem ok. 10 lat. W klasie miałem pewnego kolegę. Zawsze ubierał się w stare, zniszczone ubrania. Zawsze ze smakiem patrzył, jak jem swojego rogalika w szkole. Był chudy... i biedny. Jego ojciec przepijał wszystko i bił jego mamę. Biedaczyna potrafił spędzić noc na osiedlu i rano przyjść do szkoły. Tak, 10-letnie dziecko. A ja? Ja się z niego naśmiewałem..
Pewnego dnia, kiedy jak zwykle po szkole wyśmiewałem się i poniżałem go, podjechał po mnie tata - który wszystko słyszał.
I wiecie co zrobił? Nie zbił mnie. Nie krzyczał. Kazał mi go przeprosić. Nie chciałem tego zrobić.
Następnego dnia, kiedy chciałem ubrać się do szkoły, w szafie była jedna para starych dresowych spodni i 3 koszulki. Przez pierwsze kilka tygodni byłem nieugięty. Kiedy prosiłem o zakupy, rodzice zabierali mnie do najtańszego lumpeksu. Moi "przyjaciele" zaczęli się ode mnie odwracać. Do szkoły nie dostawałem już rogalika, tylko "wczorajszą" bułkę z masłem. Pewnego dnia wkurzyłem się. Rzuciłem zapakowaną bułkę na ławkę. Wyżej opisany kolega spytał nieśmiało, czy mógłby ją zjeść, bo już nie wytrzymuje. Zgodziłem się. Zaczęliśmy rozmawiać. Niedługo po tym zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi.
Pewnego dnia spytałem rodziców, czy mógłby przyjść do nas na obiad. Ojciec tylko uśmiechnął się, a mama powiedziała coś, czego nigdy nie zapomnę. "Synku, nie chcemy dla ciebie źle, ale mam nadzieję, że poczułeś bezsilność, którą czuje ten chłopiec".
Moje ubrania wróciły na miejsce. Damian stal się naszym częstym gościem. Do szkoły dostawałem już dwa rogaliki. A ja zyskałem szacunek do pieniądza, ale przede wszystkim do ludzi.
Zyskałem też brata. Na nikim nie mogę bardziej polegać. Do dzisiaj jest mi głupio za to, jak kiedyś go traktowałem. Dziękuję moim rodzicom za tę lekcję życia.
Znów parę słów o służbie zdrowia.
Mając 18 lat zaszłam w ciążę, dowiedziałam się o tym w piątym miesiącu udając się na pierwszą w swoim życiu wizytę u ginekologa. Jako, że jest bardzo chwalonym lekarzem i również pracuje w szpitalu w mojej miejscowości, to mimo tego, iż przyjmuje tylko prywatnie, postanowiłam zostać pod jego opieką do rozwiązania. Wszystko było w porządku. Na początku ósmego miesiąca słyszałam pytania od znajomych rodziny "gdzie rodzisz?" Bez wahania odpowiadałam, że w naszym szpitalu, mimo iż wszyscy mi tego odradzali.
Nadszedł dzień porodu, skurcze całą noc, płakałam i z bólu, i ze strachu, rano stwierdzając, że to chyba "już" udałam się do szpitala. Od razu zostałam przyjęta i zabrana na oddział ginekologii, żeby przeprowadzili badanie. Gdy tylko dotarłam na oddział, zobaczyłam swojego lekarza co mnie bardzo uszczęśliwiło, wiadomo jakieś zaufanie było. Badanie, wniosek - porodówka. Od razu zastrzyk z antybiotykiem na GBS i ktg. Poród nie postępuje, skurcze nijakie, rozwarcia pełnego nie ma - wracam na ginekologię. 12 godzin leżę i płaczę z bólu, o 20.00 biorą mnie znów na badanie - rozwarcie większe, skurcze mocniejsze, znów na porodówkę. Lekarze się zmienili i niestety trafiłam chyba na najgorszą zmianę. Kolejna dawka antybiotyku, wody odeszły, skurcze są, lecz nie daję rady. Cały czas na mnie krzyczeli, zamiast spokojnie powiedzieć co mam robić żeby było lepiej, przecież wiedzieli, że jestem młoda i przeżywam coś takiego pierwszy raz.
Po 3 godzinach postanowili - cesarka. Urodziłam córeczkę. Wszystko było dobrze, do czasu. Minęło 10 dni, czas ściągnąć szwy... Rana zaczęła się sączyć, źle zszyta, lekarz przepisał jakieś maści. Wszystko wraca do normy. Po miesiącu moje dziecko trafia do szpitala z gorączką nie do zbicia, wyniki dobre, wszystko dobrze, dostaje przeciwgorączkowe. Na drugi dzień przychodzi lekarz z informacją, że wyniki się pogorszyły i przewożą ją do szpitala ponad 100 km dalej, gdyż tam mają specjalistyczny oddział.
Kolejny dzień, nowe informacje - sepsa, zapalenie opon mózgowo rdzeniowych, nie wiadomo co było przyczyną, po półtorej tyg. okazuje się, że została zarażona po porodzie GBS i to nie przeze mnie, bo dostałam "końska dawkę" leków, tylko przez lekarzy albo położne. Po 2 tyg. wychodzi do domu, jednak to nie koniec, czekają nas ciągłe badania słuchu i wzroku, usg, neurolodzy i rehabilitanci, aby wszystko było dobrze. Po powrocie do domu udaję się do ginekologa na kontrolę, po badaniu stwierdza, że wszystko dobrze.
Wieczorem zauważam, że rana znów się sączy, myślę "pewnie przez naciskanie brzucha przez lekarza", nacisnęłam na brzuch, a z rany wyszedł kawałek zgniłej gazy, którą widocznie zaszyli mi przy porodzie.
Póki co wszystko jest w porządku i mam nadzieję, że tak zostanie.
Jaki z tego morał? Lepiej na takie wydarzenie wybrać lepszy szpital, niż później cierpieć jak ja i moje maleństwo.
Wiecie, moi mili, jak to jest, gdy powoli przestajecie odróżniać sen od rzeczywistości i pewne sceny przeżywacie zarówno śpiąc, jak i będąc ciałem i duchem w naszym świecie?
Od najmłodszych lat miałam niesamowicie realne sny, zwykle o samej sobie. Chodziłam w nich do szkoły, gotowałam, bawiłam się, cierpiałam - zwyczajne życie. Po przebudzeniu byłam w stanie dokładnie taki sen opisać, przytoczyć wszystkie szczegóły jakie zapamiętałam, np. jak ktoś był ubrany czy też jaką minę w danym momencie zrobił. Gdy podrosłam, zaczęłam te sny zapisywać. Dalej mam swój notesik i dalej praktykuję (co prawda była czteroletnia przerwa, ale wróciłam) zapisywanie tego, co mi się śni. Z jakiego powodu? Ano z takiego, że większość z zapisanych snów się spełnia. Początkowo uznawałam to za déjà vu, dopóki nie przypomniałam sobie o notesie. Wiecie jak przerażające jest czytać coś, co napisaliście będąc w drugiej czy trzeciej klasie podstawówki, a co przydarzyło wam się pięć, sześć lat później?
Im starsza się robię, tym snów o mnie jest mniej, zastępują je te, które wiążą się z moimi pasjami - jestem w trakcie pisania własnej książki fantasy, często zdarza się, że zanim jeszcze porządnie przemyślę dany wątek, śni mi się on i przeżywam to, co moi bohaterowie. Czuję ich emocje, żyję ich życiem. Budzę się potem z przerażeniem wypisanym na twarzy, gdy budzik dzwoni w momencie, w którym giną wszyscy, na których danej postaci zależy. Przez kilka godzin po przebudzeniu wciąż odczuwam uczucia bohatera, myślę jak on. Czasami przydatne, nie powiem, jednak to powoli zabija prawdziwą mnie. Ułatwia mi to znacznie pisanie, jednak równocześnie przeraża.
Kolejny przykład - sny o sprawdzianach i kartkówkach. Zawsze na kilka dni przed. Zapamiętuję pytania, czasami dokładniej, czasami tylko ogólnie o czym były. I na właściwym teście są te same. Kartkówki to zgoła inna bajka, nauczyciele w mojej szkole praktycznie zawsze je zapowiadają. Chyba że mi się jakaś śni. Wystarczy, bym po przyjściu do szkoły spojrzała jak ubrani są ludzie i jak się zachowują (czy ktoś przed matmą przypadkiem się nie przewróci, czy nauczycielka nie zwróci komuś uwagi na temat paznokci) i jestem w stanie powiedzieć, czy będziemy pisać niezapowiedzianą, czy nie.
Znajomi śmieją się, że jestem wiedźmą, gdy co do minuty mówię, kiedy ktoś wejdzie do szatni albo że na kartkówce będzie jakieś konkretne pytanie.
Nie wszystko co wyśnię się sprawdza. A mój masochistyczny mózg mnie tym dręczy. Ktoś może powiedzieć, że zmyślam. Ktoś inny może mi zazdrościć. Nie ma czego. Uwierzcie mi, nie chcielibyście przeżywać strachu, który towarzyszy mi, gdy wszystko wydaje się identyczne jak w którymś ze snów o czyjejś śmierci czy jakiejś innej tragedii. Do tej pory żaden z tych koszmarów się nie spełnił, jednak strach mnie nie opuszcza.
"Jeśli kochasz, pozwól mu odejść..."
Kilka słów tak banalnych, a które dla mnie mają zupełnie inny wymiar...
Mieliśmy przed sobą całe życie, plany, marzenia. Tyle do przeżycia. Niedawno świętowaliśmy pierwsze urodziny naszego dziecka. Wszystko było tak, jak sobie wymarzyłam....
Aż do tego jesiennego poranka...
Kolega stojący w drzwiach i słowa, po których wszystko się zmieniło... "Musisz jechać do szpitala".
Najpierw SOR, później Oddział Intensywnej Opieki, kolejne badania, kolejni lekarze i wciąż ta sama odpowiedź: "Nie możemy nic zrobić".
Śpiączka. Stan wegetatywny i praktycznie zero szans na wybudzenie...
Na początku był bunt, złość i ta uporczywa myśl, że muszę zrobić wszystko, żeby do nas wrócił. Przecież to nie może być koniec! W domu czeka na niego ukochana dzidzia! Jest nam potrzebny!
Pięćdziesiąt dni później jadąc do szpitala przypomniałam sobie jego słowa "gdyby coś się stało, pamiętaj, bez względu na wszystko, nie chcę być jak roślina". A tak właśnie teraz było... Leżał w szpitalu podłączony do tej całej aparatury, która pomagała utrzymać przy życiu jego ciało. Ciało, którego stał się więźniem. Nie mogąc nic powiedzieć, wykonać świadomie żadnego ruchu, bo ta najważniejsza część mózgu umarła. Wiedziałam, że jest tam "gdzieś", że mnie słyszy, dlatego każdego dnia powtarzałam, że musi walczyć, że nie może nas tak zostawić.
Dotarło do mnie, że byłam egoistką, że myślałam tylko o sobie i o tym, jak będę musiała żyć, gdy jego zabraknie, a nie myślałam jak on teraz musi żyć, co znosić. Przecież spotkało go właśnie to, czego najbardziej się obawiał, czego nigdy nie chciał.
Jeszcze nigdy niczego nie byłam tak pewna jak wtedy. Weszłam do sali, usiadłam obok na łóżku, złapałam go za rękę i choć z wielkim trudem, powiedziałam to, co powinnam powiedzieć już dawno...
...Wiem, że jest ci trudno, że nie chciałeś nigdy, żeby tak się skończyło... Będę dzielna, dla ciebie, dla naszego dziecka. Zrobię wszystko, żebyś był z nas dumny, wiem, że będzie ciężko, ale dam radę. Więc jeśli to wszystko to zbyt wiele, jeśli nie dajesz już rady, to odpuść. Nie musisz walczyć na siłę. Boję się i będzie mi ciebie brakowało, zawsze będziesz dla mnie najważniejszy, nauczę nasze dziecko pamiętać o tobie i będę mu powtarzać, że kochałeś je najbardziej na świecie... Kocham cię, dlatego pozwalam ci odejść...
Już zawszę będę miała w pamięci ten słaby grymas uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy i dwie łzy, które spłynęły z jego oczu...
Następnego dnia o świcie, kiedy zadzwonił telefon, wiedziałam już, co usłyszę. Zmarł nad ranem...
Dodaj anonimowe wyznanie