#GbnUv

Witam. Mam 25 lat i jest taka sprawa. Nie jestem zbyt przystojny, właściwie brzydal i mam świadomość tego. Do czego zmierzam? A więc tak: lubię być poniżany przez kobiety zwłaszcza gdy komentują moją aparycję - że masz krzywy ryj, jesteś brzydki, załóż worek na głowę etc.

Nie wiedzieć czemu bardzo mnie to jara i wykorzystuję to wysyłając zdjęcia swojej twarzy dziewczynom na różnych portalach, ostatnio też pokazuję się też na czatach z kamerkami. Lubię to uczucie gdy dziewczyny patrzą na mnie i komentują mój wygląd, zwłaszcza gdy dość negatywnie wypowiadają się na ten temat. Czy to normalne? Czy powinienem to leczyć? Proszę o odpowiedź. Pozdrawiam.

#dZwmd

Mieszkam w starym bloku, obok mnie sami studenci, bo standard raczej nie najlepszy.
Pewnego dnia wstałam i zajęłam się sporządzaniem śniadania. Jakoś tak się stało, że łokciem przetrąciłam patelnię z olejem i trochę poleciało na stopę. Oczywiście w reakcji na ból wydałam z siebie pisk.

Po kilku minutach słyszę pukanie do drzwi. Otwieram w szlafroku, bo studenciaków już znam i czasem wpadają coś pożyczyć. Za drzwiami, jak przypuszczałam, stoi mój sąsiad.
- Ma pani problem z pająkami? - pyta prosto z mostu.
- Pająkami?
- Aaa no boo... Piszczała pani.
- A nie, tylko mały wypadek w kuchni. A czemu?

Widocznie skrępowany student spuścił wzrok i wyjaśnił:
- Noo ten... Pająk nam tak jakby uciekł... Taki trochę pomarańczowy... Szybko biega.
- ... pająk?
- Ptasznik taki, słoneczny... Jak pani znajdzie, to proszę wołać. Tylko proszę samej nie łapać, bo to szybkie i lubi kąsać... Mogłaby pani tego nigdzie nie zgłaszać? Nazywa się Franio...

No więc, nie zgłosiłam nigdzie. Po cichu szukam nowego mieszkania. Jak powiedział biolog google, słoneczny Franio nie tylko pomyka jakby miał motorek w tyłku, ale jeszcze jest agresywny i lubi rzucać się na wszystko.
:(((

#REkAG

Dwa lata temu skończyłam studia, po których ciężko się wkręcić do zawodu, ale gdy już znajdzie się stałą pracę, zarobki są naprawdę świetne jak na nasze realia. Od skończenia studiów też ciągną się za mną niepowodzenia właśnie związane ze znalezieniem tej pracy. Po skończeniu studiów od razu szukałam pracy w zawodzie. W trakcie studiów pracowałam w sklepie i nie chciałam tam zostać na zawsze.

Znalazłam pierwszą pracę w zawodzie, za nędzne pieniądze, ale sporo się nauczyłam. Potem redukowali etaty i odpadłam po 4 miesiącach.

Druga praca była całkiem OK, ale otworzono nowy oddział, który nie utrzymał się na rynku. Po 3 miesiącach musiałam zakończyć współpracę.

Trzecia praca była świetna, renomowana firma, po okresie próbnym świetne pieniądze. Ale załoga była okropna, w drugim tygodniu od zatrudnienia złapałam koronę, która trwała aż 2 tygodnie (non stop testy pozytywne i same dolegliwości uciążliwe). Między innymi dlatego wypowiedzieli mi umowę po miesiącu.

Czwarta praca była jeszcze lepsza, mała firma, byliśmy tylko we dwie na stanowisku, pełno szkoleń, całkiem niezły hajs, ale zapotrzebowanie spadło i zwolnili osobę z najkrótszym stażem, czyli mnie. Została dziewczyna, która pracowała tam 7 lat. Po 3 miesiącach znowu musiałam szukać pracy.

Piąta praca na papierze wyglądała OK, ale zwlekano z podpisaniem umowy. Po  pierwszym miesiącu zbuntowałam się więc i wyleciałam z pracy, oczywiście, bez pensji.

I tak przez dwa lata zaliczyłam pięć robót, teraz jestem w trakcie szukania szóstej. Jestem już tak zniechęcona, że zazdroszczę koleżankom, które nie chcą robić kariery, tylko dzieci.

Taka ciągła zmiana pracy mocno uszczupliła moje oszczędności. W trakcie doszło jeszcze leczenie dwóch zębów, więc wydałam krocie.

Chłopak ma do mnie pretensje, że nie mam oszczędności nawet na wakacje. Z tym że naprawdę nic na to nie poradzę. W tym roku mamy jechać z jego rodziną i z tego co widzę, to mają być bardzo drogie wakacje (ok. 3 tys. za osobę). Do wakacji zostały trzy miesiące, a ja jestem goła i wesoła. Chciałam nie jechać, ale chłopak zaczął naciskać, że jak to tak, cała jego rodzina leci.

Ryczeć mi się chce, bo jestem w okropnym finansowym dołku. Chodzę w dziurawych butach, bo przecież muszę się dokładać do mieszkania, płacić za jedzenie i ogólnie jakoś żyć. Dzisiaj mija pół miesiąca, odkąd jestem bez pracy. Już się martwię jak zapłacę za czynsz w przyszłym miesiącu. Ręce już mi opadają. Próbowałam się dostać dorywczo do pracy do marketu, ale nikt nie odpowiada. Jestem na skraju załamania, bo nie wiem co zrobię jak przyjdą rachunki, jak buty mi się rozwalą do końca, albo jak za trzy miesiące przyjdzie mi wybulić na wakacje. Po stracie tej ostatniej pracy byłam tak załamana, że zastanawiałam się, czy nie rzucić się pod auto.

Jeszcze rodzice mają okrągłą rocznicę ślubu i wymagają jakiegoś super prezentu, typu pobyt w hotelu :/

#tau0w

Niedawno ktoś opisywał tu swoje przeżycia z grą The Sims. Chyba większość z nas przynajmniej raz miało okazję się nią pobawić.

Moja gra w simsy skupiała się raczej na budowaniu, przebudowywaniu i wyposażaniu budynków. Mówienie simom co mają robić, sterowanie ich życiem szybko mnie nudziło. Chyba że zaczynałem eksperymentować :)

Byłem całkiem kościelnym chłopakiem i w ramach jednego z eksperymentów postanowiłem zadbać o stronę duchową społeczności Simów. Zbudowałem im więc kościół wraz z przylegającą do niego plebanią z dwoma księżmi.

Jak to przy budowaniu Kościoła początki były bardzo trudne - znaleźć wystarczająco dużą parcelę, a przy tym taką na moją kieszeń, następnie przystąpienie do budowy. Tu na szczęście znaleźli się hojni sponsorzy (patrz: kody). O ile bez przeszkód udało się postawić samą bryłę pięknej, nowoczesnej świątyni wraz z plebanią, to nie tak łatwo było ją wykończyć. Niestety zamysł twórców The Sims nie obejmował moich planów i brakowało mi wyposażenia. Na ołtarz wybrałem najdłuższy z możliwych stół, prezbiterium wyposażyłem w najpiękniejsze fotele, zadbałem o to by na ścianie znalazł się duży wymalowany krzyż, a ściany były utrzymane w ciepłych kolorach. Natomiast by wierni mieli gdzie siedzieć, do mojego kościółka wstawiłem ławki ogrodowe. Wszystko było pięknie podświetlone, łącznie z nocną iluminacją budynku. Zadbałem nawet o elektronicznego organistę!

Wkrótce proboszcz z wikarym zaczęli organizować Msze, tzn. przyjęcia. Przychodziło na nie trochę wiernych, ale lud ten był o twardym karku, bo zaraz uciekali. Może dlatego, że w kościele nie było jedzenia, a ci simpoganie przychodzili się zabawić zamiast pomodlić, choć niektórzy tańczyli do muzyki mojego organisty.

Problem się zaczął, gdy mój eksperyment wszedł w dalszą fazę- zacieśnianie relacji między proboszczem i wikarym. Mimo osobnych mieszkań, zaczęli mieć się ku sobie i jak to głupie simy... no cóż domyślacie się co dalej.

By uniknąć zgorszenia wśród społeczności simów, wikarego zamurowałem w jego mieszkaniu. "Niech pości i pokutuje" - stwierdziłem, a za jakiś czas zabrała go opieka społeczna.

PS. Drodzy Anonimowi, nie życzę sobie pod tym wyznaniem jakiś obelg w kierunku Kościoła Katolickiego czy Księży, wpis ten nie miał na celu obrażenia nikogo, a jedynie ukazania moich badań nad duchowością Simów. No cóż. Simy to tylko Simy. To od nas zależy co z nich wyrośnie.

#drbdF

Wyznanie będzie o tym, jak zdać egzamin z bardzo trudnego przedmiotu praktycznie nic nie umiejąc. A jednocześnie nie wykonując żadnej czynności, za którą by mogło cokolwiek grozić.

Mój kolega ze studiów, leser i obibok, każdy rok zaliczał w dwa lata, ale jakoś się prześlizgiwał. Aż w końcu trafił na przedmiot, z którego nie dało się prześliznąć – biochemię.
Biochemię wykładał starszy profesor, wyjątkowy dziwak, który osobiście przeprowadzał egzamin ustny. Zestaw pytań losowało się z wielu kartek rozłożonych na stole, odwróconych drugą stroną.
Kolega poszedł na pierwszy termin i oczywiście kompletnie nic nie umiał, ale zapamiętał pytania i dyskretnie zaznaczył zestaw, żeby go „wylosować” na drugim terminie.
Liczył na swój sokoli wzrok, ale się przeliczył, bo profesor za bardzo patrzył na ręce i nie mógł losować zbyt długo. Znowu nic nie umiał, ale oznakował drugi zestaw.

Na egzaminie komisyjnym udało mu się znaleźć jeden z zaznaczonych zastawów i dostał czwórkę...

#Tm4X5

Dzisiaj przeglądałam biblioteczkę mojej babci. W jednej z książek znalazłam garść zasuszonych kwiatów, więc poprosiłam babcię, żeby opowiedziała mi co to za kwiaty i czy zachowała je z jakichś specjalnych powodów.

Ona w jednej chwili posmutniała i z powagą w głosie powiedziała: „Wiesz, kochanie, te kwiatki dostałam od mojej pierwszej miłości. Później on zmienił szkołę i nasz kontakt się urwał. Potem to już poznałam twojego dziadka, ale nigdy nie zapomnę, jak bardzo kochałam Kazika...”.

Wzruszyłam się i kiedy chciałam się odezwać, babcia nagle uśmiechnęła się szeroko od ucha do ucha i dodała: „Żartowałam, malutka. Te kwiatki kiedyś ukradłyśmy razem z koleżankami z cmentarza”.

#CRWFD

Mam 24 lata i niedługo kończę studia informatyczne na dość dobrej uczelni. Dodatkowo pracuję już w zawodzie za dobre pieniądze.

W dzieciństwie zawsze lubiłem chodzić na wesela, głównie dlatego, że bardzo dobrze bawiłem się do biesiadnych i tanecznych piosenek. Widziałem też jak weselnicy świetnie się do tej muzyki bawią i zawsze jest pełny parkiet. Moim marzeniem było założenie takiego zespołu i granie na weselach. W wieku 14 lat byłem na ostatnim weselu, na następne musiałem czekać 10 lat. Przez ten czas o tym marzeniu się „zapomniało”, gdyż inne sprawy miałem na głowie.

Po 10 latach przytrafiła się impreza u kuzynki. Wiejskie wesele, 250 osób, zespół starszych facetów, którzy śpiewali klasyki jak „Wódko ma”, „Wesele, hej wesele”, „Ja do lasu nie pojadę” czy „Cyganeczka Zosia”. Do tego granie przy stołach biesiad i przyśpiewek. Zespół robił przerwy tylko jak nie było nikogo na parkiecie.

To była najlepsza impreza, na jakiej kiedykolwiek byłem, zostawiając w tyle imprezy klubowe i inne tego typu. Spore grono gości również podzielało moją opinię. Po poprawinach ciężko było ustać na nogach, bo to była powtórka z rozrywki. Jednocześnie zauważyłem, jaką satysfakcję ma zespół z tego, że zapewnił dobrą zabawę gościom.

Po imprezie przypomniało mi się moje marzenie... postanowiłem, że muszę coś z tym zrobić. Skończę studia, ale nie zamierzam pracować w zawodzie. Założę zespół weselny, wzorując się na starszych panach pod względem podejścia i repertuaru.

Kupiłem już keyboard i w wolnym czasie ćwiczę grę oraz śpiew.

#PsBUw

Zdarzyło się to, gdy miałem 14 lat. Końcówka roku szkolnego, gorący czerwiec. Zbyt zmęczony, aby pójść pieszo do domku, postanowiłem podjechać kilka przystanków autobusem. 


Trafił mi się starego typu pojazd, do którego wchodzi się po schodkach, a w środku niesamowity tłok. Stanąłem więc na szczycie schodów przy drzwiach.
Na następnym przystanku wsiadło kolejnych kilka osób, w tym dwie dziewczyny w podobnym do mnie wieku. Jedna z nich stanęła tuż obok mnie na samym dole i tak jakoś wyszło, że jej głowa znalazła się na wysokości mojego przyrodzenia. Na moje nieszczęście autobus jechał po wertepach, a kierowca omijał dziury, więc co jakiś czas dziewczę stukało we mnie ramieniem. Będąc posiadaczem bardzo wybujałej fantazji, w ciągu kilkunastu sekund uzyskałem pełen wzwód, kolejny raz dziewczyna obraca się w moją stronę, a ja dźgnąłem ją prosto w twarz sztywnym wackiem...

Całkowicie zawstydzony uciekłem z autobusu na następnym przystanku.
Nigdy więcej jej nie widziałem.

A za autobusami nie przepadam :)

#M037U

Mam dziecko 1,5-roczne, przeważnie śpi całą noc. Kto jest rodzicem wie, że to niesamowity skarb. Niestety potrafi czasami się obudzić nawet na 3 godziny, bo „już się wyspał”.
Dodatkowo ze względu na remont śpi w swoim łóżeczku w naszej sypialni obok naszego łóżka.

Akcja właściwa. Wchodzę po cichu do sypialni, już w piżamie, ostrożnie, aby mały się nie obudził. Wchodzę na łóżko od przodu, idę i odsuwam kołdrę, kiedy słyszę ruszające się dziecko, więc niczym ninja padam plackiem na łóżko i nasłuchuję. Przynajmniej tak mi się wydawało, że „zlewam się z łóżkiem niczym kameleon”. Coś na zasadzie: nie widać mnie, to dziecko się nie obudzi.

Stłumiony chichot ukochanego uświadomił mi, że jednak nie ukrywam się jak kameleon... Wyobraźcie sobie dorosłą kobietę, która kuli się jak kamień, albo raczej jak bardzo wystająca skała, która udaje, że jej nie ma, ale tak naprawdę widać ją jeszcze bardziej przez wystający do góry kuper...

Żaden ze mnie ninja.
Dodaj anonimowe wyznanie