Ubieram się w ciuchy, które teoretycznie przypisane są do innej płci. Będąc kobietą, bardzo lubię kupować ubrania (spodnie również) w dziale męskim – moim zdaniem są lepszej jakości i po prostu wygodne. Łączę je z kobiecymi dodatkami. Jestem też szczęśliwą mężatką :).
Przyjaźnimy się blisko z pewnym małżeństwem. Na ostatniej imprezie ona, będąc pod wpływem, wyznała mi miłość. Płacząc, poinformowała, że kobiety woli „od zawsze”, a że jej rodzina tego nie akceptuje, wyszła za swojego przyjaciela z dzieciństwa. Jest szczęśliwa, widząc inną „kryjącą się”... Delikatnie wytłumaczyłam jej, że... cóż, pomyłka.
Od tamtej pory uważa mnie za tchórza, co to się boi ostracyzmu społecznego (przyganiał kocioł...) i nie zamieniła ze mną ani słowa. Nasi mężowie, skołowani, co chwila pytają, o co chodzi. Ech...
Do niedawna myślałam, że Milan oraz Mediolan to dwa osobne miasta. Uświadomiła mnie dopiero mama, gdy byłam w drugiej klasie liceum.
Z perspektywy czasu cieszę się, że nigdy nie miałam parcia na chwalenie się moim znajomym swoją błyskotliwością....
Odkąd pamiętam, nigdy nie miałem z ojcem dobrych relacji. Zawsze kłócił się z matką, która nie miała pracy – ojciec utrzymywał ją, mnie i mojego młodszego brata. Mamy spore mieszkanie, dosyć dużo pieniędzy i wiele osób ma mi za złe, że tak go nie lubię. Ale mam swoje powody.
Zaczęło się, kiedy w wieku 15 lat ujawniłem się jako gej. Nie znalazłem w nim wsparcia – w sumie to ani w nim, ani w matce. Ale to on zrobił to, co zrobił. Dał mi w twarz, złapał za włosy i popchnął przez cały pokój. Wpadłem na lustro z takim impetem, że całe się roztrzaskało. Wykrzyczał mi w twarz chyba wszystkie obelgi, jakie znał. Od tamtego czasu jest tylko gorzej. Wyzywa mnie i robi wszystko, żeby mnie udupić. Próbował wysyłać mnie do różnych pseudo psychologów i do kościoła, ale w zawsze mówiono mu to samo – że tego nie da się wyleczyć ani też nie jest to grzech (mam bardzo tolerancyjną parafię, ale mój ojciec wie swoje). Kiedy zapuściłem włosy, dostał białej gorączki i zmusił mnie do nocowania u mojej przyjaciółki, która jako jedyna wie o tym, co się dzieje.
To nie był mój wybór. Nie wstałem pewnego dnia i nie stwierdziłem „Och, zostanę gejem!”. Ja się taki urodziłem. Taki jestem. Nie „wyrosnę” z tego. Czy tak trudno to zrozumieć?
Noszę tunele w uszach.
Dzisiaj, w tłoku na dworcu, jakiś pajac (delikatnie rzecz ujmując) zapiął mi na jednym kłódkę.
Chciałabym podzielić się z Wami moim największym problemem, który spędza mi sen z powiek. Może ktoś miał/ma podobnie i będzie w stanie mi jakoś pomóc.
Na moim ciele pojawiły się okropne rozstępy, takie jak po porodzie. Na nogach, brzuchu, ramionach, dosłownie prawie wszędzie. Przez to nie jestem w stanie nawiązać normalnej relacji z żadnym facetem, gdyż perspektywa pokazania mu się nago jest dla mnie wręcz paraliżująca. Wstydzę się podzielić tym z kimkolwiek, dlatego piszę do Was, drodzy Anonimowi, żeby się trochę wyżalić.
Dwa miesiące temu moja dziewczyna zerwała ze mną i kazała mi się wyprowadzić. Byłem załamany, ryczałem w poduszkę jak baba. Błagałem ją, żeby tego nie robiła, ale była zdecydowana.
Wyprowadziłem się i ku mojemu zdziwieniu już po tygodniu jakoś stanąłem na nogi – w końcu mam studia i pracę, muszę jakoś żyć i przede wszystkim mieć za co żyć. Ale co najważniejsze – odnalazłem spokój, bez ciągłych kłótni, pretensji z jej strony, bez krzyku. W końcu nie muszę brać tabletek na uspokojenie trzy razy w tygodniu. I choć to boli, to mimo wszystko cieszę się, że zakończyła ten destrukcyjny związek.
Napisałem jej dziś SMS-a z podziękowaniami: dzięki jej decyzji wróciłem do siebie, jestem znów zrelaksowany i w pewien sposób daje mi to szczęście. Czasem trudne decyzje potrafią obrócić się w dobro, które na pierwszy rzut oka trudno dostrzec.
Jako nastolatka miałam zerowe poczucie własnej wartości. Dzieciaki w szkole ciągle mnie wyśmiewały, co przełożyło się na moje samopostrzeganie. Postanowiłam jakoś temu zaradzić, więc w myśl zasady „jak siebie postrzegasz, tak postrzegają cię inni” oraz „kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą”, dzień w dzień stawałam przed lustrem, patrzyłam sobie w oczy i mówiłam: „jesteś super, jesteś ładna, masz ładny uśmiech...”. Codziennie, przez długie miesiące, powtarzałam sobie te słowa jak mantrę. Na początku czułam się jak idiotka, jednak z czasem to uczucie minęło.
Pewnego dnia obudziłam się i nagle, jak grom z jasnego nieba, dotarła do mnie myśl, że ja NAPRAWDĘ jestem super. Miłość do siebie, poczucie własnej wartości, świadomość, że jestem coś warta i że już nigdy nikt mi nie wmówi, że jestem do kitu, walnęły we mnie niczym kij baseballowy.
I to uczucie niezmiennie trwa do dziś.
Owszem, miewam gorsze dni, ale się nimi nie przejmuję, bo wiem, że mam do nich pełne prawo.
Polecam, to naprawdę działa.
Kiedy mieszkałam jeszcze z rodziną w centrum miasta i chodziłam do liceum, do mieszkania w kamienicy na rogu (na parterze, z wyjściem na spory ogródek), które latami stało puste, wprowadziła się jakaś rodzina. Zauważyłam to przez to, że gdy szłam do szkoły, zaczepiała mnie jakaś baba. Stara, jeszcze nie siwa, z wybrakowanymi zębami, zgarbiona, w jakichś łachmanach. Stała na tarasie i wołała w stylu: „Widzę pani elegancko ubrana! A gdzie to się wybiera?”. Sytuacja się powtarzała, a mnie to irytowało. Kilka razy z okna widziałam, że stoi na chodniku i zaczepia praktycznie każdego przechodnia.
Któregoś dnia po drodze ze szkoły przystałam i zaczęłam z nią rozmawiać. Normalnie byłam w szoku, bo była to kobieta naprawdę inteligentna, może ekscentryczna, ale naprawdę dobrze mi się z nią gadało – o życiu, o tym, jak ludzie pragną coś ciągle mieć, o potrzebie wiary. Przyuważyłam, jak zaczepiła studenta po angielsku, zagadywała idealnie z akcentem. Raz opowiadała, jak była w Bangladeszu, innym razem o pobycie w Stanach Zjednoczonych. Cieszyłam się, że mogę z panią Wiktorią pogadać też o maturze czy o zerwaniu z chłopakiem. Pamiętam, jak zimą o 7 nad ranem pani Wiktoria czekała i witała się, a ja przystawałam na te przysłowiowe 5 minut.
Nic jednak nie trwa wiecznie. Od paru lat rodzice próbowali sprzedać mieszkanie i wynieść się za miasto i w końcu się udało. Wyprowadzaliśmy się tuż przed świętami, dlatego też chciałam coś dać pani Wiktorii z tej okazji. Pamiętam, jak mama była zdziwiona.
Najpierw weszłam na taras od ogrodu i pukałam w szybę – bez odzewu. Klatka schodowa była bez światła, wszędzie ciemno, a dzwonek nie działał. Typowa stara kamienica. Zapukałam kilka razy. Otworzyła mi jakaś kobieta koło trzydziestki, obok partner. Powiedziałam, że przyszłam do pani Wiktorii. Widać było, że niezbyt zamożni ludzie. Przeszłam przez drzwi do osobnego pokoiku, gdzie była pani Wiktoria. Podarowałam jej paczkę ze słodyczami, a ta rozkleiła się, wychwalając, że jestem patriotką, bo przyniosłam toruńskie pierniki i że czekolada taka droga. Zaczęła opowiadać o swoim życiu, pokazała zdjęcie ze ślubu i zdjęcie z Wałęsą podczas pobytu w Ameryce. Nagle zaczęła pakować do torby jakieś bibeloty – elegancki stojak na słodycze, kartkę świąteczną, jakiś wisior, stary zegarek, złocisty talerz. Podziękowałam i szczęśliwa jak nigdy wróciłam do domu.
Oczywiście rodzice stwierdzili, że to śmieci i wyrzucili wszystko razem z torbą. No, może poza wisiorem i zegarkiem – to schowałam i mam do dzisiaj.
Od wyprowadzki niestety nie widziałam pani Wiktorii. Pęd życia, który krytykowała, nie pozwala mi nawet do niej zajść...
Mam stalkera i nie wiem, co robić. Chłopak nigdy nie wyrządził mi krzywdy, ale ta „przepychanka” trwa już 3 lata, a ja już jestem kłębkiem nerwów. Policja bagatelizuje sprawę, mówiąc, że przecież nic nie robi, a oni nie mają podstaw do interwencji.
Zaczęliśmy pracować w jeden firmie i od tego czasu nie odstępuje mnie na krok, robił mi zdjęcia z ukrycia, bombardował wiadomościami, w końcu nawet mnie zwyzywał. Ale nic nie robi, nie robi krzywdy, nie możemy zareagować!
Zmieniłam pracę i zobaczyłam, że mnie śledzi. Kręci się pod oknami w nowej firmie, ciągle przychodzi do sklepu obok mojego domu (mieszka na drugim końcu miasta).
Najgorsze jest to, że ten chłopak jest opóźniony w rozwoju, ma do tego dużo zaburzeń psychicznych i ja naprawdę nie wiem, co mu może go głowy strzelić. Boję się wychodzić z domu, żeby go nie spotkać. W poprzedniej firmie cały czas za mną chodził, nie odstępował mnie na krok i ciągle próbował mnie dotknąć. Brzydzę się tego człowieka i zaczynam brzydzić się siebie.
Co ja mam robić? Nagrania, które mam, nic nie dają, policja nie chce interweniować, a ja się po prostu martwię, że któregoś dnia mi coś zrobi.
Uwielbiam swoje urodziny. Już dwa miesiące przed nimi rysuję mały torcik w kalendarzu, cieszę się jak dzieciak, odliczam dni, przeglądam sklepy internetowe z myślą, co by tu sobie jako prezent sprawić. Lubię je organizować. Tworzę wydarzenie na Facebooku, zamawiam porządny tort (bo choć piec lubię, moje wypieki do jedzenia się raczej nie nadają), liczę, ile balonów będzie mi potrzebnych do udekorowania mieszkania, a ile żeby goście mogli nawdychać się helu. W głowie mam już przygotowane menu z przekąskami, kanapeczkami, słodyczami. Nigdy nie wymagam prezentów, wolę poprosić, żeby znajomi sami zaopatrzyli się w alkohol.
Moje urodziny wypadają (zazwyczaj) idealnie w sam środek Pyrconu – popularnego zjazdu fanów fantasy wszelkiej maści, na który moi znajomi wybierają się regularnie, więc wybieram po konsultacji z zaproszonymi datę raczej okoliczną (w tym roku padło na 30 kwietnia) i zawsze upewniam się po trzy razy, że każdy ma czas i przyjdzie. I cóż, wydaje mi się, że to dosyć dobry sposób na organizację – zaplanować, skonsultować, potwierdzić. Zostaje tylko dobra zabawa, czyż nie?
No właśnie nie.
Znajomi nagle przypomnieli sobie o majówce, rodzice jadą na jakiś zlot motocyklowy,
rodzeństwo kręci nosem nawet nie za bardzo wiadomo na co. Trudno, zadzwoniłam do cukierni, odwołałam mój tort z Batmanem. Został mi chłopak, z którym mieszkam od trzech lat i propozycja, że w takim razie oboje bierzemy wolne 29-30 i jedziemy gdzieś na jakiś wypad na cztery dni.
No kurczę, jakoś też nie, bo jednak praca, bo szef, bo nie mamy pieniędzy. Co najdalej pojedziemy na jedną nockę na weekend, zjemy coś w innym mieście, zwiedzimy muzeum i wypijemy urodzinowego drina.
To będzie już &#^$%! mać piąty rok z rzędu, gdy spędzę je sama...
I szybkie posłowie – to będą moje 21 urodziny. „Osiemnastki” też nie miałam. A na pozostałe urodziny po prostu nikt nie przyszedł, mimo zaproszeń i potwierdzeń obecności. Uwielbiam swojego chłopa i urodzinowe spacery z nim to czysta przyjemność, ale cholercia, ja bym chciała po prostu takie zwykłe przyjęcie z tortem i balonikami i grupką znajomych...
Dodaj anonimowe wyznanie