Wiecie, czego najbardziej żałuję z dzieciństwa? Że taka była norma, że ojcowie poświęcali dzieciom mało czasu. Mój niestety taki był i to nie kwestia, że nie umiał złapać kontaktu z dziewczynką, bo dla mojego brata też nie miał czasu.
Jedno mnie zaskoczyło. Gdy został dziadkiem, od razu się zaangażował. Nie spodziewałam się po nim kreatywności w wymyślaniu zabaw ani cierpliwości do dzieci. Poświęcał im czas jeszcze przed emeryturą, kiedy miał go naprawdę mało.
Nie zrozumcie mnie źle, bardzo cieszę się, że moje dzieciaki i bratanica mają świetnego dziadka, ale smutno mi trochę, że ja i brat nie mamy z nim takich wspomnień.
Mam 23 lata i nie znam się na zegarku wskazówkowym. Nie potrafię wyczytać z niego nic. Wiele razy próbowałam się go nauczyć, ale na próżno. Jest dla mnie kompletnie nielogiczny. Najdziwniejsze jest to, że przez całą moją edukację i w dwóch pracach nikt tego nie zauważył (na szczęście pracowałam w takich miejscach, że nie było to bardzo ważne typu zagrożenie życia). Z tego, co wiem, w grupie moich znajomych jestem jedyną, która się na nim nie zna. O sytuacji wie tylko moja najbliższa rodzina i dwie przyjaciółki. Wstydzę się, że nie umiem się tego nauczyć.
Mam nietypowe hobby...
Często przeglądam miejsca, gdzie kobiety szukają partnerów na wesele i zgłaszam się z chęcią udziału. Oferty z całej Polski. Średnio co 2-3 tygodnie jestem na jakimś weselu. Robię to, gdyż uwielbiam takie imprezy i mogę się za darmo nażreć. Sam nakręcam imprezę przez spontaniczne śpiewanie biesiad i polewanie „na kolejną nóżkę”.
PS Nie robię żadnego wstydu partnerkom.
Jestem uczniem 8. klasy i ostatnimi czasy mam coś takiego, że nic mi się nie chce. Dosłownie NIC. Nie chodzi tu tylko szkołę. Nawet średnio mi się chce grać w gry (co było moim ulubionym hobby). Koledzy, z którymi gram w gry online, zauważyli, że coraz rzadziej jestem aktywny. Mój zegar biologiczny przez ostatnie tygodnie jest strasznie rozregulowany. Kładę się spać późno, przez co zasypiam na zajęcia. Czasami muszę uczyć się po nocach, bo mam za mało czasu, żeby przerobić cały materiał w dzień, albo zwlekam z nauką do ostatniego dnia. Jedyna rzecz, jaką lubię robić, to oglądanie streamów na twitchu i pisanie z innymi chatownikami, ale wiem, że ciągłe siedzenie w internecie pod postacią „anonimowego” użytkownika nie jest dobrą ucieczką od moich problemów.
Ktoś może powiedzieć, żebym porozmawiał z rodzicami o moim problemie, tylko moi rodzice nie są w stanie tego zrozumieć. „Dziecko powinno się uczyć i nie może mieć swoich własnych problemów”. Mojemu tacie bardzo zależy na moich ocenach, bo nie chce, żebym kiedykolwiek musiał ciężko (fizycznie) pracować, ale czy dobre oceny są w stanie mi to zagwarantować? Mama nie przykłada większej wagi do dobrych ocen, ale do tych złych już tak. Wiele razy słyszałem, że jestem najgorszy, bo śmieci nie wyniosłem etc., ale chyba to jest zagrywka większości matek.
Nie wiem, co mam robić, aby wróciła motywacja do nauki i ogólnie motywacja do życia. Sam nie chcę się teraz opuszczać w nauce, ponieważ niedługo egzamin. Liczę na poradę.
Nie daję rady. Od ponad 5 lat borykam się z anoreksją bulimiczną, obecnie jestem w stanie zagrożenia życia, moje BMI wynosi niecałe 12. Od razu uprzedzę wszelkie porady typu: TERAPIA! Spędziłam na niej ostatnie 3 lata, różni psycholodzy w różnych klinikach, psychiatra, który przepisywał antydepresanty, a nawet pobyt w szpitalu psychiatrycznym – nic to nie dało, problem jak był, tak jest, a wręcz wydaje mi się, że z każdą taką „zmianą” się zaostrzał. Relacje w rodzinie też mam dobre – wspierający i kochający rodzice, z którymi otwarcie rozmawiam o chorobie. Zrobili wszystko, ciągali po lekarzach, już nie wiedzą, co robić.
Ja jestem tym po prostu zmęczona. Nie mam na nic siły, brak pasji, zainteresowań, nie mam znajomych, całe moje życie kręci się wokół kalorii. Od ostatniej wizyty u lekarza schudłam 10 kg, nie jestem w stanie nic zjeść. Nie mogę się na niczym skupić, całą dobę odczuwam niepokój i nieuzasadniony stres, nie mam siły wstać z miejsca i nie mogę spokojnie przespać nawet jednej nocy. Z drugiej strony mam świadomość problemu, czuję nieregularne bicie serca, wypadły mi włosy, bolą mnie mięśnie, mam wiecznie przekrwione oczy i opuchnięte ciało. Widzę w lustrze osobę chorą, która wygląda przerażająco i groteskowo, gdy się uśmiecha... a jednak nie potrafię nic z tym zrobić. Nawet gdy próbuję zrobić sobie „fit zdrowy obiad”, czyli w moim przypadku sałatę z marchewką i pomidorem, i mówię sobie: „Nie ma opcji, że od tego przytyjesz, a jak nie zjesz, to umrzesz!”, to i tak kończy się zwróceniem pokarmu w toalecie. Samo uczucie jedzenia w żołądku obniża mój nastrój, sprawia, że czuję się winna, tłusta.
Chciałabym znowu spotykać się z ludźmi, naprawdę się uśmiechać, nie kłaść się spać z obawą, że mogę się już nie obudzić, bo w nocy stanie mi serce. Chciałabym korzystać z życia na nowo, a tymczasem liczę kalorie z espresso... Brak we mnie jakiejkolwiek motywacji i siły do nauki. Próbowałam wszystkiego, szukałam porad w internecie, czytałam, co mi grozi, przeglądałam wywiady z tymi, którym udało się pokonać chorobę, mimo wszystko wciąż tkwię w martwym punkcie. Wiem, że wzrost wagi to nie wszystko, cały problem tkwi w głowie, ale ja jestem w takim dołku, że najpierw muszę zrobić wszystko, by mój organizm miał w ogóle paliwo, by działać. Nie wiem, kiedy wyzdrowieję, nie wiem w ogóle, CZY wyzdrowieję...
Wszyscy mi mówili: „Nie wkładaj portfela do tylnej kieszeni, bo zgubisz albo ci ukradną”. Tak więc włożyłem portfel do wewnętrznej kieszeni marynarki... i zgubiłem marynarkę.
Mam małego... Dla mnie to największy kompleks, bo boję się, że zbliżenie może dla partnerki nie być satysfakcjonujące. Tym bardziej że to jest w związku bardzo ważne. Kilka moich partnerek nawet nie chciało udawać. Dwie kobiety, które były dla mnie ważne i z którymi była budowana wspólna przyszłość, zrezygnowały, tłumacząc, że boją się zdrady, bo nie daję im tego, czego potrzebują.
Nie mam im za złe, rozstaliśmy się w zgodzie. Bo to rozumiem... Jest mi wstyd i nie potrafię sobie z tym poradzić.
Moja samoocena jest na tak niskim poziomie, że kiedy tylko nadarza się okazja, pożyczam znajomym różne rzeczy. To daje mi (jako tako) gwarancję, że spotkam się z nimi jeszcze przynajmniej raz.
Wszyscy myślą, że jestem taki altruistyczny, a tak naprawdę pobudki mam czysto egoistyczne.
W tym roku Wielkanoc była wyjątkowa: wraz z moją żoną obchodziliśmy pierwsze święta w naszym nowym domu. Żona ozdobiła cały dom zajączkami i kurczaczkami. Na wszystkich roślinach zawisły pisanki-wydmuszki, w oknach pojawiły się kolorowe jajka i bazie, nawet pościel była w kury. Przygotowała też świąteczny koszyk, w którym… siedział nasz prezent świąteczny: królik. I poszła tak do kościoła, z tym gryzoniem w koszyku pod serwetką.
Boję się myśleć, co będzie na Gwiazdkę, nie jestem gotowy na renifera w garażu.
Jak mam owulację, to czuję, że wydziela mi się zapach z pochwy. Nie jest nieprzyjemny. Nazwałabym go specyficznym.
(Swoją drogą zastanawiam się, czy ktokolwiek też go czuje)
Haczyk tkwi w tym, że ten zapach mnie podnieca. Bardzo mocno.
Niewiele wtedy mi brakuje, żeby dojść. Zaciśnięcie ud i już.
Piszę to po matmie, na której parę razy tak właśnie zrobiłam (a w zasadzie utrzymywałam się cały czas w stanie podniecenia, od czasu do czasu mocniej zaciskając zęby). Potrafię bardzo ładnie maskować mój stan, a fakt, że obok siedzą chłopcy, dodatkowo podnieca. Ale i tak nie bardziej niż ten mój zapach.
Jestem nienormalna.
Dodaj anonimowe wyznanie