#adIFO

Kilka lat temu miałam wspaniałego chłopaka. Prawie ideał. „Prawie”, dlatego że miałam wrażenie, że mimo swojego wieku nie wiedział, na czym polega związek.
Był taki okres w trakcie naszego związku, że wyjechałam na kilka tygodni do pracy w Niemczech. Dosłownie kilka tygodni, ale wróciłam stęskniona jak nigdy. Liczyłam na to, że spotkamy się jeszcze tego samego dnia, max kolejnego, bo mój powrót był dużą niespodzianką i rozumiałam, że ktoś może już mieć coś zaplanowane na dany dzień.
Jednak mój chłopak dopiero po tygodniu stwierdził, że trzeba się spotkać. Byłam na tyle oburzona tym, że przez tydzień miał mnie gdzieś, że skończyło się zerwaniem.

Dzisiaj jest 4,5 roku później. Od pół roku jesteśmy znów razem. Mądrzejsi o doświadczenia z tych kilku lat. Niektórzy się dziwią, że wróciliśmy do siebie, tym bardziej że ja zdążyłam w międzyczasie urodzić synka, którego wychowuję bez jego ojca. Aktualnie zaczynamy planować na nowo ślub, o którym wspominaliśmy kilka lat wstecz, jednak przez naszą wspólną głupotę nie doszło wtedy do bardziej poważnych planów.

#jo3Qp

Kiedy miałem 10 lat padłem ofiarą molestowania seksualnego przez kobietę kilka lat starszą ode mnie. Od tamtego czasu z jakiegoś powodu odczuwam paniczny strach przed kobietami. Wszystkimi. Wystarczy spojrzenie w moją stronę, chwila rozmowy i od razu serce mi bije trzy razy szybciej. 


Kompletnie nie jestem w stanie stworzyć zdrowej relacji z kobietą. Pierwsza dziewczyna, z którą byłem w związku zerwała ze mną bo byłem "zbyt spięty". Za każdym razem czy to na ulicy czy w komunikacji miejskiej odwracam wzrok gdziekolwiek się da byleby nie spojrzeć takiej w oczy. 


Na rozmowie o pracę prowadzoną przez młodą rekruterkę w zdecydowany sposób kazała mi wyjść po kilku minutach. Nie wiem już co mam robić, to jest tak silnie zakorzenione, że w żaden sposób choćbym nie wiem jak się starał nie umiem nad tym zapanować.

#hnJ9p

Pracuję w sklepie z komputerami i codziennie zmuszony jestem obsługiwać setki osób. Przedwczoraj mój szef wziął mnie na stronę i powiedział, że dostał parę anonimowych zgłoszeń od niezadowolonych klientów, którzy twierdzą, że jestem niemiły. Powiedział, że niektórzy ludzie są przewrażliwieni i oczekują od sprzedawcy, aby ten tryskał optymizmem i zagadywał o pierdoły. Wziąłem sobie tę uwagę do serca i dziś, kiedy do sklepu przyszła pewna pani, od razu skomplementowałem jej „niecodzienny akcent”.

Przed momentem dowiedziałem się, że babeczka złożyła na mnie skargę. Powód? Uznała, że mój tekst był próbą wyszydzenia jej niewyraźnej dykcji, którą ma od czasu ostatniego wylewu...

#TGL4x

Było piękne letnie popołudnie. Razem z mężczyzną mojego życia jechaliśmy do jego rodziców na "zapoznawczy obiad". Bardzo się stresowałam, oprócz jego rodziców miały być dwie siostry z mężami i dziećmi. Gdy dojechaliśmy na miejsce, ujrzałam ogromny dom z pięknym ogrodem. Im bardziej zbliżaliśmy się do drzwi, tym bardziej serce mi waliło, a w głowie kłębiło się mnóstwo pytań i wątpliwości: czy pasuję do tego bajkowego świata? Ja, szara mysz z biednego domu. Czy mnie zaakceptują? Czy nie popełnię żadnej gafy? O czym mam z nimi rozmawiać? 

Drzwi otworzyła nam mama mojego lubego. Przywitała nas ciepłym uśmiechem, wyściskała mnie i zaprosiła do środka. W salonie wszyscy siedzieli już przy stole. Nogi miałam jak z waty, ale przywitałam się z każdym i mimo moich obaw zostałam miło przyjęta, a każdy z członków rodziny wydawał się być nastawiony do mnie pozytywnie.
Dom w środku był równie piękny co na zewnątrz. Wszędzie dużo świeżych kwiatów, eleganckich mebli, nakrycie stołu, sztućce... czułam się, jakbym była w jakimś pałacu, a nie w domu. Co chwilę czułam też na sobie spojrzenia przeplecione z uśmiechem. Tematy rozmów były "luźne": o pogodzie, o tym, że ktoś złapał gumę w aucie. Ja przyglądałam się temu wszystkiemu i w duchu błagałam: "nie pytajcie, gdzie pracuję, nie pytajcie, gdzie mieszkam, o rodziców nie pytajcie..." - i nie pytali. 


Jedzenie było pyszne. Po pierwszym i drugim daniu przenieśliśmy się na taras. Ta cisza, spokój, widok na ogród, na staw, rechot żab... coś cudownego. Siedziałam mocno trzymając za rękę mojego lubego i nie wierzyłam, że jestem tu gdzie jestem i że widzę to co widzę. Po chwili mama mojego księcia przyniosła ciasto, za nią szła siostra z tacą, na której był szampan i dużo kieliszków i w pewnym momencie taca wypadła jej z rąk, a wokoło rozległ się huk rozbijającego się o podłogę szkła...


Obudziłam się - a właściwie obudził mnie odgłos tłukącej się butelki w kuchni i krzyki pijanego ojca i matki. Spojrzałam na zegarek, była 3:18. Nadal piją - pomyślałam. Mam 17 lat. Jestem przyzwyczajona do alkoholu i krzyków w domu. Staram się być zaradna, dużo pomagają mi dziadkowie, pracuję roznosząc ulotki, więc mam na swoje "drobne potrzeby". Tamtej nocy już nie zasnęłam, było za głośno. Bajka się skończyła, trzeba wracać do szarej rzeczywistości.


Dużo myślałam i doszłam do wniosku, że jeśli kogoś już poznam, to zawsze będę się wstydzić moich rodziców, mojego brudnego mieszkania i mojej biedy...

#mhkql

Przez 8 lat jeździłam na pewien obóz, gdzie dzięki wspaniałej atmosferze czułam się dosłownie jak w domu. Jaka była też moja radość, gdy po skończeniu 18 roku życia mogłam jechać tam jako opiekun kolonijny.

Niestety grupa dzieciaków w przedziale 7 - 17 lat okazała się niezwykle wymagająca. Starsze dzieciaki (większości moi znajomi) były chętne do różnych aktywności, ale przeważająca większość młodszych dzieci nie chciała dosłownie nic robić.

W jednym domku wymieszane były dzieciaki w wieku 8-13 lat, co już z góry nie wróżyło dobrze, ale nie my o tym mogłyśmy zadecydować, lecz właściciel obozu. W momencie, gdy pewna 12-latka wyzywała nas od najgorszych powinnyśmy zadzwonić do rodziców i poinformować, że mają po córkę przyjechać (była to już n-ta sytuacja, gdzie ubliżała nam i innym dzieciom, a rozmowy nie pomagały). Właściciel obiektu jednak się nie zgodził.

Inna sytuacja, gdy starsza pani - matka właściciela - kazała mi założyć na jednodniowy wyjazd koszulkę promującą biuro podróży. Koszulka ewidentnie nie była wrzucona do prania po poprzednim turnusie, ponieważ śmierdziała i była brudna od podkładu. Odmówiłam, mówiąc, że będzie mi w niej za gorąco (nie chciałam jej sprawić przykrości). W tym momencie pani Alina oburzyła się, twierdząc, że powinnam promować firmę (która należała do jej syna). Grzecznie odparłam, że w umowie mam zapisaną opiekę nad dziećmi, a nie promocję biura podróży. Od tego momentu dokuczała mi cały czas.

Gdy powiedziałam coś do dzieciaków na stołówce i one powtórzyły chórem, to z kuchni słyszałam jej głos: "Zamknij mordę". Spotkanie kończące turnus i jej podziękowania do opiekunek za "lojalność", oczywiście w podziękowaniach pominęła mnie. Także gdy zjeżdżał się następny turnus musiała dodać swoje parę groszy do mojej rozmowy z następnym kierownikiem. Opowiadałam, jaka niesamowita jest opiekunka, która teraz będzie z nim pracować. Tu wtórowała mi pani Alinka mówiąc: "Bo wie pan, są osoby jak Ola (moja koleżanka) na 10, i są osoby na 1" i kończąc to zdanie spojrzała wymownie na mnie.

Okazjonalnie dowiedziałam się, jak bardzo znęcała się nad poprzednimi wychowawczyniami, osobami pracującymi na kuchni, a sztućce jednorazowe kazała dzieciom wrzucać do specjalnego pojemnika, ponieważ następnie zamiast je wyrzucić, kazała je myć. Również gdy chciałam wziąć chętne dzieci do kościoła, to nie pozwoliła mi na to.

Była to patologiczna sytuacja, ponieważ to my - opiekunowie - bierzemy odpowiedzialność za dzieci, ale ze względu na koniugacje rodzinne miałyśmy ograniczone możliwości działania. Miejsce, które niegdyś było moim domem, przestało nim być.

#rS44I

Dużo osób pisze tutaj wyznania o tym, jak to się starało o względy u drugiej osoby, co to miłość robi z człowiekiem, żaliło się, że mimo licznych oznak druga osoba nie odwzajemnia uczuć.
Ja natomiast chcę się z wami podzielić historią opowiedzianą z drugiej strony.

Zaczęło się niewinnie, pocieszał mnie po zerwaniu z chłopakiem, wspierał, kiedy miałam trudną sytuację w domu, wyciągał z domu i rozśmieszał. Jako że nie byłam w dobrej kondycji psychicznej, od razu na wstępie zaznaczyłam, że nic oprócz znajomości nie chcę od niego. Związki i bliższe relacje nie wchodzą w grę, bo nie mam na to siły, a robienie drugiej osobie nadziei jest dla mnie okrutne kiedy wiem, że nic z tego nie będzie.
Na początku zgadzał się ze mną, sam twierdził, że też nie jest jeszcze gotowy na związek. I tak trwała nasza znajomość, wychodziliśmy na piwo, rozmawialiśmy przez telefon, pisaliśmy o różnych sprawach. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że z czasem zauważyłam, że wśród jego znajomych, z którymi wychodziłam krąży opinia, że jesteśmy parą, a on nic z tym nie robi. Czasem nie reagowałam na to, jednak później próbowałam prostować błąd, w którym wszyscy tkwią i uświadamiałam ich, że z moim kolegą nie łączy mnie nic więcej oprócz zwykłej znajomości.

Z tygodnia na tydzień chłopak stawał się coraz bardziej natarczywy, codzienne telefony, milion wiadomości, błaganie wręcz o spotkania. Próbowałam zachowywać do tego dystans, nie odpowiadać na wszystkie jego prośby, wykręcać się brakiem czasu, jednak kiedy zaczął nachodzić mnie pod szkołą czy przejeżdżać niby to "przypadkiem" pod moim domem, zaczęłam się bać. Jednocześnie mówił ciągle, że jeśli nie chcę się z nim spotykać już więcej, to mam mu powiedzieć żeby wyp***ał i już go nie będzie. Wiedział doskonale, że jestem zbyt delikatna i tego nie zrobię.

W międzyczasie poznałam swojego obecnego chłopaka, którego niestety ten koszmar nie ominął. Zaczął dostawać różnego rodzaju wiadomości, w których mój niby to "najlepszy przyjaciel" obrażał mnie i pisał upokarzające teksty na mój temat. Ludzie na wsi gdzie mieszkał i którzy nigdy mnie nie widzieli na oczy opowiadali sobie o mnie historie, o których ja sama nawet nie miałam pojęcia, że brałam w nich udział.
Apogeum nastąpiło, gdy podczas spotkania ze znajomymi przyjechał pijany wraz ze swoimi kolegami i próbował pobić mojego chłopaka. Na szczęście nic nikomu się nie stało, ale uznałam, że sprawy zaszły za daleko i całą sprawę zgłosiłam na policję. Dostał zakaz zbliżania się do mnie i jakiegokolwiek kontaktu.

Teraz minął rok od tego zdarzenia, a ja mimo terapii u psychologa boję się odebrać połączenia od nieznanego numeru, a kiedy jestem sama w domu i ktoś puka do drzwi, zaczynam wpadać w panikę i chowam się udając, że nikogo nie ma

#X4oNH

Z domu rodzinnego wyprowadziłam się na studia z ulgą, bo moi rodzice byli alkoholikami. Niestety moja młodsza siostra, zbyt zapatrzona w rodziców, została. Od kilku lat walczyła z depresją i m.in. fobią społeczną, przed wyprowadzką słyszałam wiele razy jak w nocy płakała w poduszkę, jednak nie pozwalała sobie pomóc.

Wszystko zmieniło się rok temu, kiedy przez internet poznała X. Kiedy mi o tym powiedziała byłam wściekła na nią, na siebie i na niego, ponieważ miała dopiero 16 lat, a on 24. Jednak zmieniłam zdanie, kiedy ich zobaczyłam razem, on był w nią zapatrzony jak w obraz, a u niej pierwszy raz od dawna widziałam szczery uśmiech i błysk w oku, kiedy o nim opowiadała.

W ciągu kilku miesięcy związku zaczęła w końcu się otwierać. Kiedy dowiedziałam się, że udało mu się przekonać ją do psychologa, płakałam ze szczęścia. Jednak moja matka nie była zadowolona. Kiedy nie było go mówiła o nim per "zbok" i namawiała siostrę do rozstania, ale kiedy przyjeżdżał uśmiechała się i przymilała, w grudniu nawet zaprosiła go do nas na tydzień, bo "zawsze marzyła o rodzinnych świętach" (?!).
Jednak coś zaczęło się psuć między nimi, siostra zaczęła się zamykać w sobie. Martwiłam się o nią, a kiedy dowiedziałam się, że się rozstali, byłam w szoku. On totalnie się załamał, siostra jak mantrę powtarzała, że był nieodpowiedni dla niej i zasługuje na kogoś lepszego, dopiero przez przypadek od matki dowiedziałam się co się stało... Była dumna z siebie kiedy powiedziała mi, że to dzięki niej. Okazało się, że kazała Ani wybierać: albo rodzina i dom, albo chłopak, który "na pewno znajdzie sobie inną, normalną". Powtarzała jej to tak długo, aż ta uwierzyła.

Happy endu nie ma. Siostra po paru dniach "wolności" znowu zamknęła się w sobie, poddała w kwestii relacji z X i terapii. On nie może nic zrobić, ponieważ siostra rzucając go zablokowała jego numer, a niezapowiedziana wizyta nie wchodzi w grę przez fobie Ani. Nie potrafię spojrzeć matce w oczy, nie przypuszczałam, że może być do czegoś takiego zdolna. Przeraża mnie, że ona wciąż uważa, że dobrze zrobiła i że Ania nawet nie próbuje już walczyć o ten związek, mimo że tak naprawdę X przybiegłby do niej z uśmiechem na pierwszą próbę kontaktu z jej strony

#BjFqK

Gdy byłam mała, mieszkałam z rodzicami w kawalerce. Łóżko miałam naprzeciwko Łóżka rodziców. Oni bez skrępowania uprawiali seks w nocy, puszczali cicho pornosy. Dowiedziałam się co to jest seks dosyć wcześnie, nie pamiętam już skąd. Ale problem był taki, że miałam problemy z zasypianiem i wszystko słyszałam i chwilami widziałam. To było okropne, do dzisiaj mam traumę. W tamtym czasie bałam się o tym z nimi porozmawiać, więc jak przyszło co do czego, to robiło mi się niedobrze, chciało mi się płakać, zasłaniałam uszy, błagałam w myślach, żeby to już skończyli. Przez to jeszcze bardziej nie mogłam zasnąć, a rano miałam okropny humor. Chwilami czułam do nich odrazę.
Potem, gdy byłam starsza, wiek nastoletni, już miałam swój pokój, ale był przedzielony tylko cienką ścianą i w dalszym ciągu wszystko słyszałam. Na domiar złego mój ojciec jest alkoholikiem i okropnie traktuje matkę. Po ciągu picia i wyżywania się na niej jest chwila trzeźwości i dobierania się do niej, a ona mu na to pozwala. Rozmawiałam z nią wielokrotnie, że nie chcę tego słyszeć, że się nie szanuje pozwalając się tak traktować, a potem udając, że jest OK. Nie poskutkowało. Pozostało nakładać słuchawki na uszy, muzyka na full. Ale sama świadomość, że w tej chwili to robią wywołuje u mnie mdłości. Czy to jest nienormalne?

#F5bMA

Jestem 24-letnią dziewczyną. Życzliwą dla ludzi, dobrą dla zwierząt i roślin. Nigdy nie zrobiłam nikomu nic złego czy przykrego, pomagam wszystkim jak tylko potrafię, zawsze służę radą albo dobrym słowem. O co w takim razie chodzi? O moją wiarę i brak tolerancji do niej.

Moi rodzice, chociaż w Boga wierzą, nigdy nie pielęgnowali tej wiary jakoś szczególnie. Ot, święta, więc wypada do kościoła pójść, księdza po kolędzie przyjąć, raz na jakiś czas się wyspowiadać. Od swoich dzieci, czyli mnie i mojej siostry, nie wymagali, żebyśmy wierzyły. Doskonale wiedzieli, że to kwestia indywidualna i podchodzili do tego na zasadzie "Będzie co będzie". Gdy w końcu odkryłam swoją prawdziwą wiarę, nie musiałam się przed nimi ukrywać. Pewnego razu poinformowałam ich wprost - macie w domu pogankę. Wyznawczynię sił natury i starych, już zapomnianych, europejskich bogów z różnych panteonów. Żaden problem, moje życie, moja wiara, ja mam się czuć dobrze. Najbliżsi przyjaciele też nie mieli z tym problemów. Ot, parę pytań w kogo w takim razie wierzę, jak wyglądają moje święta - zwykła ludzka ciekawość.

Niestety, ktoś, nie mam pojęcia kto ani kiedy, musiał powiedzieć o tym komuś niezbyt tolerancyjnemu. Jak nie chciałam się z tym afiszować, w końcu po co, tak zaczęli wiedzieć wszyscy: dalsi znajomi, nauczyciele, reszta rodziny, sąsiedzi, itd. Po 2 tygodniach wiele osób przestało mi odpowiadać "dzień dobry". Po miesiącu nauczyciele zaczęli mnie traktować z rezerwą, a ci dalsi znajomi starali się ograniczyć i tak niewielkie kontakty aż do zera. Po dwóch miesiącach zdarzało mi się widzieć na ulicy starsze sąsiadki, które na mój widok dyskretnie, acz z wielką gorliwością, wykonywały znak krzyża. Nagle przestałam być dobrą osobą, która pomoże nieść siatki, zakupy zrobi, jak ktoś starszy i nie da rady wyjść, a to pieska wyprowadzi, a to grządki na działce podleje, bo tak kocha rośliny. Zaczęłam być traktowana jako ktoś gorszego sortu. Doszło do tego, że pewien starszy pan, co to mu nie raz okna myłam, żeby rodziny nie fatygował z drugiego końca kraju, krzyknął za mną, że jestem "kurewką szatana". Dwoję się i troję, żeby przekonać ludzi, że poganin nie oznacza złego człowieka. Bo czy fakt, że wierzę w Peruna, Mokosz, Afrodytę czy Odyna jest naprawdę taki istotny? Żyję w zgodzie z moralnymi wytycznymi, nie szkodzę społeczeństwu, wręcz przeciwnie, zawsze do każdego podchodzę z otwartym i szczerym sercem. Nie morduję, nie porywam małych dzieci, nie składam rytualnie zwierząt w ofierze, ani nie uprawiam satanistycznych orgii na cmentarzach, jak zaczęli uważać niektórzy.

Wiecie co jest najsmutniejsze?

Ten jad i nienawiść sączone są głównie przez ludzi, którzy regularnie, co niedziela, siedzą w kościele i są "wzorcami" pełnego miłosierdzia chrześcijaństwa. Co za paskudna obłuda...
Dodaj anonimowe wyznanie