#ktOoP

Wyznanie, które nadaje się tylko dla Anonimowych.

Prowadzę wykłady i ćwiczenia na prywatnym uniwersytecie. To moja dodatkowa praca – dojeżdżam tam na jeden dzień w tygodniu na zajęcia od rana do popołudnia, mam około 50 studentów w małych grupach.

Jest tam taka studentka, absolutnie zwyczajna, niczym niewyróżniająca się, nie wpadła mi w oko ani nic z tych rzeczy. Niedawno ni z gruszki, ni z pietruszki miałem erotyczny sen z nią w roli głównej, w klimatach delikatnego BDSM, gdzie ona była tą dominującą i wyprawiała ze mną różne bolesne rzeczy. Sen był z rzędu tych, które tak zapadają w pamięć, że pamięta się każdy szczegół.

Od tego czasu jak prowadzę zajęcia z nią na sali, nie mogę patrzeć w jej stronę, bo co na nią spojrzę, to wyobraźnia podsuwa mi scenki z tego, co ona tam ze mną wywijała i od razu tracę wątek: już kilka razy zdarzyło mi się podczas wykładów zawiesić w pół słowa i zapomnieć języka w gębie. Raz podczas zajęć zadała mi pytanie, a ja wręcz się zaciąłem, odpowiadając, i zrobiłem czerwony jak burak.

Żeby nie zostać pochopnie ocenionym: jestem statecznym gościem w średnim wieku, moje dzieci mają prawie tyle samo lat co ci studenci, nigdy nie miałem najmniejszej ochoty na żadne flirtowanie albo fantazjowanie ze studentkami – dziewczyny młodsze ode mnie o połowę to stanowczo nie mój temat. BDSM to też nie moja bajka, nie mam zielonego pojęcia, skąd ten sen się wziął – pewnie pora dzwonić po psychologa.

#9GltK

W rodzinnej wsi pod Krakowem był do kupienia w okazyjnej cenie dom, wiadomo, że do remontu. Kupiłem, zacząłem remontować, masa czasu na to schodzi.
W tej wsi mieszkają moi rodzice oraz dwójka rodzeństwa, wybudowali domy. Pozostała dwójka rodzeństwa mieszka w promieniu 15 km, też w domach jednorodzinnych.
Mam dość, ciągle chcą, żebym u któregoś pomógł przy czymś – a to elewacja, a to ogrodzenie, a to działka... Niekończąca się historia.
Pomóc muszę, przecież to rodzeństwo, u rodziców też ciągle jest coś do pomocy, mają gospodarstwo. Oni oczywiście też mi pomagają przy remoncie, choć wolałbym robić wszystko sam i nie musieć chodzić do nich.
Żałuję, że kupiłem dom tak blisko nich, rodzina rodziną, ale spokój cenna rzecz.

#khB96

Chyba jestem potworem, bo mam problem z zaakceptowaniem swojego synka takiego, jakim jest. Nie chodzi o chorobę czy niepełnosprawność, tylko o to, że Michaś (5 lat), kolokwialnie mówiąc, jest beksą. Wiem, że to okrutne mówić tak o własnym synu, ale nie tylko ja to widzę. 
Mały nie wyjdzie na podwórko, jeśli pies sąsiadów (zwykły kundelek) jest na swoim podwórku. Nieważne, że nasze posesje dzieli płot, a sąsiedzi zamykają bramę, kiedy wypuszczają psa na dwór. Kiedy Michał widzi Maksa, kurczowo trzyma się barierki i nie zejdzie ze schodów, chyba że go zniosę, a i tak wtedy histeryzuje, jakby pies miał go zaatakować. 
Na huśtawce bujamy go, jakby był niemowlęciem, bo inaczej panikuje, że spadnie. Na karuzelę ani na najmniejszą zjeżdżalnię za nic nie wejdzie. 
Ostatnio sąsiadów odwiedził syn z żoną i córką. Jakoś namówiliśmy z żoną syna, żeby się razem pobawili, ale gdy tylko Maja lekko kopnęła piłkę w jego stronę, uciekł z płaczem. Zawsze, gdy ktoś nas odwiedza, albo gdy my gdzieś jedziemy, Michał za nic nie schodzi nam z kolan.
Psycholog stwierdził, że po prostu musimy nad małym pracować. Michał niedługo pójdzie do przedszkola, ale ja sobie tego nie wyobrażam. Chcielibyśmy mieć z żoną jeszcze jedno dziecko, ale na razie nie wygląda na to, żeby dało radę przy zachowaniu syna. Nie ośmieszamy go, chwalimy, zachęcamy – wszystko na nic. Żona zajmuje się domem i małym, widzę, że ma dosyć. Próbowaliśmy z opiekunkami, żadna nie wytrzymała dłużej niż miesiąc.
Patrzę na inne dzieciaki, jak bawią się, biegają i śmieją, nie płaczą z byle powodu i cholernie zazdroszczę ich rodzicom. I czuję się z tym okropnie.

#dGOhH

Mam obraz taty, który potrafi naprawić wszystko w domu, który sam wybudował, i w którym nie siedzi po pracy z nosem w telefonie lub telewizorze, ale zamiast tego zajmuje się czymś pożytecznym. Konfrontuję go z obrazem chłopaka, z którym mieszkam od kilku tygodni i który przy przybijaniu młotkiem gwoździa do ściany rozwala sobie palec, a po pracy musi odpoczywać, bo jest zmęczony. 
Coraz bardziej dostrzegam, że on nie jest tym, kogo oczekuję. Mam wrażenie, że prawdziwi faceci gdzieś się pochowali, a ja potrzebuje takiego, który nie musi odpoczywać dwie godziny po pracy, a zamiast grać w durne gry, zorganizowałby nam jakoś czas albo chociaż zrobił coś pożytecznego. Ponad tydzień leżała w kartonie szafka do poskładania. W ciągu tygodnia był zbyt zmęczony po pracy, w sobotę i niedzielę do popołudnia był skacowany i też nie miał siły. W końcu doprosiłam się o tę szafkę, to składał ją cały dzień z przerwami i jeszcze źle to zrobił. Najzabawniejsze jest to, że faceci koleżanek wcale nie są lepsi, dwie lewe ręce do wszystkiego, a jedna moja koleżanka ma takiego, który powiedział, że nie będzie pracował w weekendy i odrzucił lepiej płatną pracę.

#D92XX

W domu nigdy się nie przelewało, tata, który po zmianie ustroju podjął się ciężkiej pracy, jedynej, która była w zasięgu jego kompetencji, skończył na rencie z plecami i kolanami w stanie agonalnym. Mama pracowała, gdzie się dało. Na to wszystko ja, młodsza siostra i starszy brat, który po kłótni z tatą opuścił nas, gdy miał 18 lat. Słuch o nim zaginął na kolejne lata i zjawił się zapłakany, gdy dowiedział się, że tata już nie żyje, a on nigdy nie zdążył go przeprosić.
W tak zwanym międzyczasie poszedłem do technikum gastronomicznego. Na drugim roku mieliśmy odbyć praktykę w placówkach w naszym regionie. Mnie przypadła jedna z większych restauracji. Była to restauracja i dom weselny w jednym. W okresie komunijnym przyjmowaliśmy około 400 gości jednego dnia. Uwielbiałem tam pracować, po każdym dniu w szkole szedłem do restauracji dorobić parę groszy, żeby wspomóc trochę budżet domowy.
I tu jest ta jedna wstydliwa sprawa z początku wyznania. 
Dania serwowane w tej restauracji miały ogromne porcje, bardzo często goście nie byli w stanie zjeść wszystkich zamówionych pozycji i gdy sprzątałem z ich stołów, na zmywak wynosiłem często zjedzone do połowy pizze, koszyczek z połową chleba ze smalcem i ogórkiem, talerz z nieruszonym daniem dziecięcym. Często, gdy nikt nie patrzył, podjadałem to, co wyglądało na nieruszane. To kawałek owej pizzy, ziemniaczek z twarogiem, kawałek mięsa, chleb. Było mi bardzo wstyd, ale wiedziałem, że im więcej zjem tam, tym mniej zjem w domu. Owszem, pracownicy mieli posiłek pracowniczy, ale mi on nie przysługiwał. Mogłem wziąć dowolne danie z 50% zniżką, ale... To nadal było dla mnie dużo. Nie mam pojęcia, czy ktoś kiedyś widział, że tak robię, zmywakowa była jedna na salę i kuchnię, więc często nim przyszła, zmywak był pusty.
Najbardziej w pamięci zapadła mi pewna sytuacja. Głodny jak cholera zacząłem swoją pracę, miałem trójkę przy stole – rodzice z dzieckiem. Zamówili mu pełny posiłek, kluski śląskie, rolada wołowa i warzywka. Młody nie tknął dania za równowartość mojej dniówki. W duchu się cieszyłem, bo liczyłem, że sobie coś z tego zjem. Gdy już zaproponowałem pojemnik na wynos, którego nie chcieli, wróciłem z rachunkiem. Na stole na kupce leżały wszystkie talerze, a w jednej misce po zupie pływało danie młodego, resztki zupy, ości z ryby, którą jadła pani i kości z żeberek pana. Uśmiechnięci i szczęśliwi, że pomogli, zostawili 5 zł napiwku i poszli... Nie zrozumcie mnie źle, ale było mi autentycznie przykro. Zmarnowało się dużo dobrego jedzenia, takiego, którego jeszcze długo nie mogłem kupić, takiego, które bym zjadł, chowając w kieszeń swoją dumę i ego. 
Od tamtej pory minęło lata świetlne, a ja nadal wspominam czasy, gdy 50 zł w kieszeni wydawało się przepustką do lepszego życia.

#kCT5z

Zwolnili mnie, a nie, przepraszam, po prostu nie przedłużyli ze mną umowy. Nie powiem, zawód był spory, bo byłem pewien, że będzie inaczej. No nie było.

Ja wiem, że to było mało rozsądne, ale z tego wszystkiego poszedłem się napić. Tak po prostu, a że piję bardzo rzadko, to mam słabą głowę. Dość szybko się upiłem, ale nie na tyle, żeby całkiem urwał mi się film. To popołudnie i wieczór pamiętam jak przez mgłę, ale pamiętam.
Nie, nie zrobiłem nic głupiego jak np. tatuaż po pijaku czy coś. Ja poszedłem zagrać w Lotto! Nie wiem czemu, ot, taki miałem kaprys. Kiedyś grałem od czasu do czasu, ale że nigdy nic nie wygrałem (zupełnie nic, nawet złotówki), to w końcu dałem sobie spokój. Tym razem z jakiegoś powodu postanowiłem do tego wrócić.

Wygrałem trochę ponad 3 tysiące (całe szczęście, że nie zgubiłem gdzieś kuponu). Wiem, że to nie jest jakaś ogromną suma, ale dla bezrobotnego to już nieźle :) No i teraz mi nie żal tego, co przepiłem, bo się zwróciło, i to z nawiązką! Chyba powinienem częściej grać po pijaku!

#MtYLY

Czasem zastanawiam się, czy naprawdę zasłużyłam na wszystkie sytuacje, które wydarzyły się w moim życiu. Mam super synka, który jest jedną z najważniejszych dla mnie osób. Mam również męża, o którym będzie ta historia.
Wszystko zaczęło się około półtora roku temu – mąż postanowił zmienić pracę i w związku z nową wyjechał na 6-miesięczne szkolenie (zjeżdżał tylko na weekendy, i to nie wszystkie). Gdy wracał do domu na weekend, to twierdził, że musi odstresować się po szkoleniu i wychodził z kolegami na miasto, wychodził w każdy piątek i sobotę, zostawiając dla rodziny tylko niedzielne przedpołudnie, które i tak przesypiał. Sama przed sobą tłumaczyłam go, że faktycznie szkolenie jest trudne i stresujące, że poradzimy sobie ze wszystkim.
Po skończonym szkoleniu rozpoczął pracę – zmiany dwunastogodzinne, więc wciąż praktycznie nie było go w domu. Wyjścia z kolegami wciąż trwały w najlepsze – każdy weekend, który był wolny, spędzał poza domem. Gdy próbowałam rozmawiać z nim na ten temat, że jest mi przykro, że chciałabym, żeby spędzał ze mną więcej czasu, stwierdzał, że przesadzam i wymyślam sobie wszystko. Po kilkudziesięciu odmowach przestałam prosić o wspólne spędzanie razem czasu, przestałam planować wspólne wyjścia, które nie dochodziły do skutku, bo przypominał sobie, że już umówił się z którymś z kolegów, przestałam robić mu wyrzuty o ciągłe wychodzenie z kolegami, myśląc, że się opamięta. Prawdopodobnie był to błąd, ponieważ po kilku tygodniach mąż powiedział, że poznał kogoś innego i odchodzi do niej. Na koniec powiedział, że czuł się samotny w naszym związku, ponieważ nie spędzałam z nim czasu, miał niewystarczająco poświęconej uwagi z mojej strony.
I teraz najważniejsze – po kilku tygodniach od wyprowadzki mąż poprosił o możliwość powrotu, przeprasza, mówi, że popełnił błąd, że mnie kocha. Dla mnie to naprawdę były bardzo ciężkie tygodnie – nie mogłam się otrząsnąć. Kocham mojego męża, ale zastanawiam się, czy powinnam mu dać szansę, czy będę w stanie o wszystkim zapomnieć i pójść dalej.

#MQxf6

Jestem ze swoją partnerką od ponad 11 lat. Po kilku latach relacji zaczęliśmy się od siebie oddalać. Ona zajmowała się sobą i swoimi zainteresowaniami, ja swoimi. Rzadko się kłóciliśmy, ale zaczęliśmy żyć jakby obok siebie. Mało rozmawialiśmy o naszych uczuciach, choć cały czas zapewnialiśmy siebie, że się kochamy. Później zaczęliśmy pracować nad naszą relacją, bo przecież nie wyrzuca się do śmieci czegoś, co trwało tak długo, tylko dlatego, że się z lenistwa przestało o to dbać. Od roku jest bosko... tak przynajmniej mi się wydawało. Kilka tygodni temu przez przypadek dowiedziałem się, że moja partnerka mnie zdradziła dwa lata temu. Nie była to zwykła zdrada, tylko romans, który się ciągnął, polegający na rozmowach telefonicznych, gdy chodziła na spacery lub zapalić do ogrodu. Ostatecznie rozmowy telefoniczne zamieniły się w wyjazd do kochanka i przespanie się z nim w hotelu w Warszawie. Postanowiłem skonfrontować to z moją dziewczyną, wyparła się i powiedziała, że wszystkie te teksty ich rozmów, które znalazłem, to fikcja do książki, którą pisała. Nie wie, że znalazłem też jej rozmowy z koleżanką...

Kupiliśmy razem mieszkanie, wzięliśmy kredyt na remont, nawet gdy się nie dogadywaliśmy, to i tak usługiwałem jej, przygotowywałem żarcie, woziłem dupę, dbałem o nią jak o najcenniejszy skarb. W tym samym czasie ona planowała przyszłość z innym gościem, jeśli już zdecyduje się ze mną rozstać. Jak tylko skonfrontowałem ją z tym, co wiem, a przynajmniej z częścią, to usunęła ze swoich urządzeń wszystko i wszystkie fake konta, które używała do komunikacji z nim.

Nie wiem, czy jestem w stanie z nią dalej żyć. Kocham ją najbardziej na świecie. Jest dla mnie najważniejsza, a jednocześnie zrobiła mi takie świństwo. Minęły dwa miesiące, odkąd wiem o tym i w każdej chwili, gdy nie jestem czymś zajęty, to o tym myślę. Sam odwoziłem ją do tego hotelu, miała się tam niby widzieć z koleżankami, a ona z premedytacją jechała mnie zdradzić. Jak mam jej ponownie zaufać? Za każdym razem, jak rozmawia z kimś przez telefon, myślę, że z nim. Za każdym razem, jak wychodzi z jakimś kumplem na przerwę czy nawet pisze na mess, mam wrażenie, że mnie zdradza. I że wszyscy wokół o tym wiedzą i śmieją się ze mnie, jakim jestem frajerem, że dałem się tak zrobić w chuja.

Kompletnie nie wiem, co zrobić. Gdybym ją zostawił teraz, to wywróciłoby to całe życie do góry nogami i prawdopodobnie przy okazji zabiło jej starą matkę, która mnie uwielbia.

#6lVJ1

Mój partner jest po rozwodzie, ma syna. Była nigdy nie pracowała, typ księżniczki, dla której nie ma pracy, ona leży i pachnie, a ty daj. Rozstali się, bo była wypłaciła wszystkie oszczędności (ok. 200 tysięcy) i wyrzuciła go z mieszkania. Stwierdziła, że daje jej za mało, wszystko jest jej i on jest jej niepotrzebny.

Mój partner jest dobrym człowiekiem. Bardzo się kochamy, to samo jemy, myślimy i lubimy. No ideał. Znam szczegóły jego życia, mówi prawdę. Nie ma jakiegoś szczególnego wykształcenia, pracuje fizycznie. I nie wiem, co robić. Jestem z nim bardzo szczęśliwa. Mieszkamy w moim mieszkaniu, ale zaczynam widzieć, jak moje życie z nim będzie wyglądać. Płaci alimenty i kredyt za mieszkanie, w którym została była. Z różnych przyczyn to robi, ona nie płaci, a on się boi, że jego syn zostanie bezdomny. Ona żyje tylko z alimentów. Robi to celowo, bo uważa, że skoro ma dzieciaka, to wszystko jej trzeba dać. Ale ja się zaczynam bać. Widzę, że partner liczy i na moje mieszkanie, i na moją wypłatę. On ma długów na ponad 2 tysiące miesięcznie. Dorabia, ale raz się uda, a w drugim miesiącu nie. I trochę to wygląda tak, jakbym ja go miała utrzymywać, żeby on utrzymywał byłą i dzieciaka. Nie daje pieniędzy, ale za moje jemy, u mnie mieszkamy, a jemu po wypłacie niewiele zostaje i mimo że nic nie powie wprost, to naciska, że kino, restauracja raz na miesiąc, wyjazd na weekend nad morze i raz w roku na wakacje to zbędne wydatki. A za jego kasę była chodzi po kosmetyczkach.

Nie wiem, co myśleć. Kocham go, ale czy miłość jest warta tego, że będę całe życie biedować, mimo że dobrze zarabiam i ja nie mam żadnych zobowiązań typu kredyt czy dzieci? Wiem, że byłabym z nim szczęśliwa, ale biedna. Czy może żyć bez niego, znaleźć kogoś bez zobowiązań, kogo nie będę utrzymywać? Poświęcić miłość dla wygody? Nie wiem. Wiem, że po wielu zawodach, których doznał, w końcu komuś zaufał i jeśli ja bym go zostawiła, to by się całkiem załamał. Jestem pomiędzy młotem a kowadłem. Nie wyobrażam sobie żyć bez niego, bo go potrzebuję jako osoby, ale z nim też nie jest łatwo. Najgorsza jest świadomość, że sobie odmawiam nowych butów, a ta małpa smaży się za alimenty na solarce. Nie wiem, czy to wytrzymam.

#lKME9

Moja mama zawsze była tą chorą, słabą, przytłoczoną pracą, domem i problemami, przez co w dzieciństwie nauczyłam się być bezproblemowa. Moje problemy i tak były zbywane, mama zawsze miała gorzej (z tatą było jeszcze gorzej, bo dla niego istniał w domu tylko telewizor). Kłopoty w szkole? To nic w porównaniu z kłopotami mamy w pracy. Nadmiar nauki? Mama musiała uczyć się więcej, bo miała więcej zajęć pozalekcyjnych. Źle się czułam? Na pewno udawałam, żeby nie iść do szkoły. Kłótnia z przyjaciółką? Mama zawsze mi powtarzała, że to nie jest towarzystwo dla mnie. Itp. Po jakimś czasie po prostu przestałam cokolwiek jej mówić. Kiedy zostawałam sama z problemami, powtarzałam sobie taką formułkę: zawsze sama sobie ze wszystkim poradzę.
Ostatnio mama pochwaliła mnie, że dobrze wybrnęłam z pewnej sytuacji, a ja odruchowo odpowiedziałam moją formułką. 
Czy doszło do oczyszczającej rozmowy i wyjaśniłyśmy sobie wszystkie żale? Oczywiście, że nie. Mama się rozpłakała i wpędziła mnie w takie poczucie winy, że to ja ją przepraszałam.
Dodaj anonimowe wyznanie