Moja rodzina dużo się załatwia. Może to geny, może to nasza dieta, ale każdy robi duże kupy. Każdemu kiedyś się zdarzyło zrobić wielkie kupsko i czasami nie da się tego spuścić. Kręci się tylko w wodzie popychane przez strumień. Gdy dorastałem, moja rodzina miała nóż do kupy. Był to stary, zardzewiały nóż kuchenny, który wisiał w pralni tylko i wyłącznie po to. Normalnym było, że idąc po korytarzu słyszało się, jak ktoś woła „Czy możesz mi podać nóż do kupy?”. Myślałem, że to standardowe wyposażenie domu. Masz szczotkę i nóż do kupy. Myślałem tak do czasu aż ukończyłem 22 lata i byłem u znajomego na domówce. Poszedłem do toalety, aby się załatwić. Zobaczyłem, że kupa ustawiła się bokiem, więc otworzyłem drzwi i zawołałem znajomego. Gdy przyszedł, zapytałem, czy mogę pożyczyć jego nóż do kupy. „Mój co?” – zapytał kolega. „Twój nóż do kupy” odpowiedziałem i dodałem: „Muszę go pożyczyć”. „Czym, do cholery, jest nóż do kupy?”. Oczywistym było dla mnie, że ma taki nóż, ale pomyślałem, że może inaczej to nazywa. Wyjaśniłem więc, co to jest i dlaczego go potrzebuję. Najpierw zaczął chichotać. Potem śmiać się. Potem wszyscy obecni zaczęli się śmiać, bo okazało się, że ktoś wyłączył muzykę i wszyscy słyszeli naszą rozmowę. Okazało się też, że nikt z nich nie miał noża do kupy, tylko moja popieprzona rodzina i nasze popieprzone jelita. Gdy wczoraj powiedziałem o tym mojej żonie, była jednocześnie rozbawiona i zszokowana. Okazało się, że też nie wiedziała, czym jest nóż do kupy i korzystała ze starego noża w schowku tak jak z innych. Na szczęście nie gotowała przy jego użyciu, ale często wykorzystywała go do otwierania paczek. Teraz kupi sobie nowy.
Wiele osób zastanawia się, dlaczego nóż nie był w toalecie, tylko w pralni. To proste, mieliśmy tylko jeden nóż, ale trzy toalety, a pralnia była w środku. Nie wiem, czemu nie mieliśmy trzech noży. Wiem tylko, że był jeden. Może przez to, że mój tata bywał bardzo oszczędny, więc dzieliliśmy się nożem.
Kiedyś byłem młody, zakochany i bardzo, bardzo głupi...
Moja ówczesna dziewczyna dostała udaru słonecznego i wylądowała w szpitalu. Tak ją kochałem, że nie potrafiłem siedzieć bezczynnie w domu i myśleć o mojej biednej ukochanej, więc najadłem się surowych ziemniaków i sam wylądowałem w szpitalu z powodu ostrych bólów brzucha. Niestety, nie przewidziałem jednego. Znaleźliśmy się na innych oddziałach, a ona wyszła szybciej.
O tym, że zemsta jest słodka.
Od 5 lat byłam w szczęśliwym (tak myślałam) związku z facetem. Mieszkaliśmy w moim domu, który rodzice zostawili mi pod opieką. Warto dodać, że miałam pracę, która wymagała ciągłych wyjazdów (manager regionalny), więc siłą rzeczy w domu spędzałam mało czasu. Mój facet (Dawid) rozkręcał swoją firmę. Na pewnym etapie naszego związku coś zaczęło się psuć. Mogłabym napisać, że oddalaliśmy się od siebie, ale to on oddalał się ode mnie. Niby się przytulaliśmy, niby uprawialiśmy seks, ale czułam podświadomie, że on robi to czysto fizycznie, zmusza się do tego. W międzyczasie dorwaliśmy super okazję na wycieczkę na Kubę. Miałam nadzieję, że ten wyjazd zbliży nas do siebie. Jednak pewnego wieczora po powrocie z pracy nie zastałam go w domu (o czym wcześniej zapewniał). Coś mnie wtedy tknęło. Już następnego dnia kupiłam kamerkę szpiegowską i zostawiłam ją w naszej sypialni. Kilka dni później miałam jechać na 2-dniową comiesięczną delegację, więc była to idealna okazja do sprawdzenia tego, co się dzieje podczas mojej nieobecności. Stało się to, czego się domyślacie – mój ukochany posuwał małą blond kurwę w moim domu, w moim pokoju i na moim łóżku. Tego lachociąga niestety miałam okazję wcześniej poznać, mamy wspólnych znajomych, więc zaczęłam obmyślać zemstę.
Zbliżał się nasz wyjazd na Kubę, pojechaliśmy, ja udawałam, że wszystko jest OK, nawet uprawiałam z nim seks (jestem zdrowa, nie mam żadnej wenery). Po powrocie zaproponowałam jeszcze mojemu Dawidowi, żebyśmy zrobili mały melanż i przy okazji pokazali znajomym nasze zdjęcia z Kuby. Uznał to za świetny pomysł.
Melanż trwał w najlepsze, skupiłam uwagę wszystkich, bo zaczęłam wyświetlać foty na projektorze. W końcu wyskoczył jakiś plik video. Odpaliłam go i wszyscy mogli podziwiać jak Dawid zapina blond lachociąga. Zaczął krzyczeć, żebym wyłączyła film, rzucił się na mnie z łapami. Mój kumpel odciągnął go ode mnie i dał mu w mordę. Dawidek został wykopany z mojego domu, jego rzeczy wyleciały przez balkon.
Blond lachociąga spotkałam jakiś czas później na mieście, dostała w swój krzywy ryj za sam fakt, że była w moim domu. Ot, zemsta jest słodka. ;)
Gdy byłam mała, bardzo chciałam zostać księdzem. Pewnego razu symulowałam chorobę i zostałam w domu. Nie przemyślałam tego, że w tym dniu proboszcz będzie chodził po kolędzie. W moim pokoju, który dzieliłam z braćmi, ustawiłam kilka krzeseł. Na środku postawiłam kilka pudełek, które służyły mi za ołtarz. Biegałam po domu podekscytowana i zapraszałam babcię, mamę i tatę na moją mszę. Nikt nie zechciał mnie uświadomić, że przyjdzie ksiądz. Podejrzewam, że msza była krótka, ponieważ z kościoła pamiętałam tylko Ojcze Nasz, kazanie i komunię. Razem z moimi wiernymi ubrana w jakąś ogromną chustę babci zmówiłam modlitwę, a że nie chciałam ich zanudzać kazaniem (którego nigdy w sumie nie słuchałam i nie wiedziałam o czym mówić), przystąpiłam do mojej ulubionej części, czyli Komunii Świętej. Kazałam się ustawić mamie i tacie w rzędzie (babcia poszła komuś otworzyć) i zaczęłam rozdawać opłatki w formie Laysów cebulkowych, które dostałam za posprzątanie pokoju. Wtedy do pokoju wszedł kochany ksiądz proboszcz wraz z babcią. Cóż... Wierni to wierni. Dałam czipsa także dla księdza. Kiedy komunia dobiegła końca, ksiądz pomógł mi poprowadzić Eucharystię do końca. Nie zapomniał także o ogłoszeniach parafialnych ;)
Do dziś ks. Zbigniew uśmiecha się na mój widok, bo przypomina sobie małą dziewczynkę, która chciała zostać (to już późniejszy pomysł) papieżem.
Mam starszą siostrę, której jako gówniarz (jakieś 6-7 lat) trzymałem się jak rzep psiego ogona. Po tylu latach szczerze jej współczuję i doceniam za czas mi poświęcony. Jak to bywa w relacjach siostra-brat, dochodziło czasami do kłótni. W wyniku jednej, czerwony ze wściekłości postanowiłem się zemścić i zabrać przedmiot, do którego była bardzo przywiązana. Trafiło na pluszaka – Małpkę, którą uprowadziłem na inne osiedle domów jednorodzinnych. Zadowolony z siebie, szczęśliwy i podekscytowany, że zrealizowałem swój haniebny plan, w tej całej euforii podrzuciłem Małpkę do góry w taki genialny sposób, że przerzuciłem ją przez ogrodzenie na cudze podwórko. Wszystko byłoby OK, gdyby nie pies, który chwycił Małpkę w gębę i uciekł do domu na feralnej posesji. Przerażony wróciłem do domu i o wszystkim powiedziałem siostrze. Pierwszy raz doświadczyłem takiego przykrego uczucia, zawiodłem swoją kochaną siostrę.
Nie poddałem się, postanowiłem walczyć o Małpkę. Zmotywowany i pełen nadziei, następnego dnia poszedłem do tego domu, prosić o zwrot pluszaka. Szczęście w nieszczęściu natknąłem się na kobietę, która okazała się być właścicielką posesji. Gdy opowiedziałem jej jakie to nieszczęście mnie spotkało, to ten babus mnie pogonił niczym świadka Jehowy i powiedział, że ona nic nie wie i żeby nie zawracać jej głowy takimi pierdołami.
Dramat, wiara w powrót Małpki do domu utracona.
Kilka lat później, gdy rany po utraconym pluszaku zostały wyleczone i o wszystkim zapomniałem, poszedłem do szkoły podstawowej. W swojej klasie trafiłem na sympatyczną Ewę, z którą między innymi zakumplowałem się, do tego stopnia, że zostałem zaproszony na jej któreś z kolei urodziny. Miejscem, w którym wydarzyła się ta szampańska impreza, jak się okazało, był dom babusa. Ewa była córką tej wrednej jędzy, która nie okazała mi pomocy przed laty. Impreza, siedzimy, bawimy się, chlejemy piccolo, party fest. Aczkolwiek do pewnego momentu, aż zwróciłem uwagę na kolekcję pluszaków Ewy na regale. Aż mnie zatkało. Na owym regale znajdowała się Małpka, kochany pluszak mojej siostry. Wyobrażacie to sobie? Kilka lat wcześniej babus wmówił mi, że nie ma pojęcia o Małpce, a jak się okazało, oddała pluszaka swojej córce Ewie.
Pewnie zastanawiacie się, jak potoczył się jej los, czy zwędziłem Małpkę z powrotem do domu. Nie zrobiłem tego. Ale nauczyłem się jednego – poszanowania cudzych przedmiotów.
W podstawówce i w sumie przez część gimbazjum byłem szkolnym dręczycielem. Byłem jego najgorszym typem – nie samotnym wilkiem, z nudów tylko uprzykrzającym życie wybranym celom, ale szukającym atencji pustakiem podpinającym się pod istniejące już grupy wzajemnej adoracji, gnębiące innych dla zabawy. Warto tu wspomnieć – dla formalności, broń Boże dla jakiegoś wybielania – działało to na zasadzie słownego obrażania innych dzieci, podkradania im rzeczy lub ich niszczenia, nie doszło nigdy do pobicia czy nawet straszenia nim.
W gimnazjum trochę spokorniałem, nieco mi się odmieniło, jednak banda, do której należałem kontynuowała działalność, którą teraz obserwowałem z boku. Wtedy, dopiero wtedy zaczęło do mnie dochodzić, kim byłem.
Po co to piszę? Minęło wiele lat.
Czasem spotykam swoje „ofiary” na ulicy i mimo że wiem, że nie udało mi się zniszczyć im życia, nie umiem spojrzeć im w oczy. Nie zadziałała tu co prawda ta mityczna karma z wielu znanych wyznań – nie są może dyrektorami korporacji, ale wiem, że całkiem dobrze sobie radzą, a ja nie zasuwam z miotłą, zdrowie mam, na pracę i hajs też nie narzekam, ale dręczą mnie ogromne wyrzuty sumienia.
Mam 33 lata. Przez siedem lat byłam zaręczona ze starszym o 7 lat facetem. Facet golił głowę, bo z natury był wybiórczo owłosiony, przez co wyglądał bardzo poważnie i dość staro. Jakiś czas po rozstaniu zaczęłam się spotykać z facetem starszym ode mnie zaledwie o rok. Któregoś dnia po pracy nie chciało mi się już gotować i pomyślałam, że zamówimy coś z kuchni domowej. Podająca nam posiłek była mamą mojej młodszej koleżanki ze szkoły. Zerknęła niepewnie na mnie, na partnera (nie trzymaliśmy się za rękę) i stwierdziła: „Nie wiedziałam, że masz syna i że już taki duży jest”. Nawet nie wiecie, jak mi się głupio zrobiło :/
Boję się przyznać rodzicom do tego, że drugi raz wyrzucili mnie ze studiów. I nie dlatego, że coś odwaliłam. Za pierwszym razem nie napisałam pracy inżynierskiej, bo miałam ciężki epizod depresyjny, ale wywierałam dalej na siebie presję, zamiast wziąć L4. Za drugim razem znów przy epizodzie po prostu przestałam chodzić na zajęcia, na zaliczenia, nawet boję się wejść na pocztę. Przysłali list, że zostałam skreślona z listów studentów. Znowu, ten sam kierunek. Myślałam, że będę mieć siłę, nie udało się. Nie wiem, czy wygram jeszcze z depresją, ale tego kierunku już nie dokończę...
Gdy byłem dzieckiem myślałem, że Jezus był takim malutkim człowieczkiem. Mierzył sobie ok. 15 centymetrów wzrostu, był bardzo nieszczęśliwy i wszyscy mu dokuczali, a na koniec przybili go do takiego minikrzyżyka, żeby umarł. Jak to wydedukowałem? No, cóż, na wszystkich krzyżach u nas w domu i u babci Syn Boży był wielkości dłoni. Również wszystkie figurki, które nestorka naszego rodu trzymała na swoim regale miały wielkość, powiedzmy, kieszonkową, więc uznałem, że to właśnie odwzorowanie Jezusa w skali 1:1. Ponadto podczas świąt wszyscy zawsze śpiewali „Jezus malusieńki”, więc przez analogię ze „Stewartem Malutkim” utwierdziłem się w przekonaniu, że Chrystus był niczym Tomcio Paluch... Poczułem ogromny zawód, kiedy rodzice wytłumaczyli mi, że Zbawca był normalnym, zdrowym mężczyzną, a jego wzrost wcale nie wyróżniał go spośród innych ludzi. Kompletnie nie mogłem zrozumieć czemu wszyscy się nim tak ekscytują, skoro był tylko zwykłym facetem. Pamiętam, że usiłowałem wymusić na babci, aby zamiast kilku małych Chrystusków kupiła jedną, porządną figurkę Jezusa o naturalnej wysokości, żeby inni nie zostali tak podle okłamani jak ja. Nie kupiła, bo jak sama się tłumaczyła, nie miałaby go gdzie postawić. Wtedy zrobiło mi się jeszcze smutniej i strzeliłem focha na dobre dwa tygodnie.
Byłem dziwnym dzieckiem...
Jak każde dziecko miałam swoje ulubione zabawki. Przez pewien czas należały do nich Teletubisie, zatem moi rodzice sprezentowali mi kiedyś przytulankę. Nie minęło wiele czasu, poszłam z nią na plac zabaw i przypadkowo zostawiłam ją tam. Z następną, podarowaną na otarcie łez, było podobnie – wróciłam z placu zabaw oddalonego od domu o jakieś 10 minut, zorientowałam się, że pluszaka nie ma i wyrwałam tatę od zajęć tylko po to, żeby wrócił ze mną i poszukał zabawki. Nie znaleźliśmy, kolejna noc przepłakana. Trzeciej zabawki już nigdzie nie brałam.
A dlaczego o tym piszę? Bo mój dziecięcy móżdżek jeszcze długi czas po tych zdarzeniach fundował mi nocną rozpacz. Miałam świadomość, że rodzice wydali na mnie pieniądze i ja w taki głupi sposób straciłam dwie zabawki. W pewnym momencie zorientowałam się też, że wydają pieniądze na jedzenie, które jem, a które potem trafia sami wiecie gdzie... Chciałam przestać jeść tylko dlatego, żeby nie zmuszać rodziców do wyrzucania pieniędzy na moje potrzeby. I to nie jest tak, że w domu pieniędzy kiedykolwiek brakowało, wręcz przeciwnie, mogę pozwolić sobie na różne rzeczy, chociaż jednocześnie nauczono mnie szacunku do pieniądza.
Kiedyś o moich lękach opowiedziałam mamie, ta próbowała mnie przekonać, że przecież nie można nie jeść i to nic złego, że pieniądze przeznacza się na rzeczy, które potem się traci. Nieszczególnie mnie przekonała, ale od tego czasu takie przepłakane noce nie zdarzały się aż tak często. Chociaż do dziś, a mam już nieco ponad 20 lat, przypominają mi się zabawki, które kiedyś dostałam i które nie były często używane. I tak, ponownie pojawia się uczucie winy, że marnuję czyjeś pieniądze...
Dodaj anonimowe wyznanie