#I3FoN

Kiedy urodziłam pierwszą córkę, mieszkałam razem z mamą i jej ukochanym mężem, panem M.. Mój luby nie miał warunków, abyśmy mogły zamieszkać u niego. Pewnego dnia moja mamusia stwierdziła, że wyjeżdża za granicę do pracy, a pan M. ma do niej dołączyć po dwóch tygodniach. Przez ten czas miałam mieszkać z nim sama. Najgorszy koszmar, jaki mógł mnie spotkać. Pan M. jest alkoholikiem. Już po dwóch dniach od wyjazdu matki pokazał swoje możliwości. Wrócił wieczorem do mieszkania kompletnie pijany. Siedziałam w swoim pokoju razem z dzieckiem zamknięta na klucz. Kiedy byłam pewna, że pan M. już śpi, poszłam do kuchni zrobić sobie coś do jedzenia i kaszkę dla maleństwa. W pewnym momencie poczułam klepnięcie w tyłek. Odwróciłam się, a przede mną stał pan M. z pijackim uśmieszkiem. Od razu dałam mu w twarz. Jedak to chyba tylko bardziej go nakręciło, złapał mnie w pasie i przyciągną do siebie. „Lubię takie ostre”. Szarpałam się i próbowałam uwolnić z jego uścisku. Kiedy w końcu udało mi się uwolnić z jego objęcia po zadaniu mu solidnego kopniaka w krocze, szybko zwiałam do pokoju i zamknęłam się na klucz. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam do lubego. Powiedział, że przyjedzie najszybciej jak może, tylko załatwi transport. Zadzwoniłam też do mamy, powiedziałam jej o całej sytuacji. Jej reakcja... Po prostu mnie załamała. „To twoja wina, sprowokowałaś go czymś”. Rozłączyłam się i zalałam się łzami. Mało tego, rano zadzwoniła do pana M., a ten wcisnął jej kit, że ja to wymyśliłam tylko po to, aby mój facet mógł się już wprowadzić. Uwierzyła mu. Uwierzyła facetowi, za którego wyszła po roku znajomości. Obdarowała większym zaufaniem alkoholika, który ją tłukł, niż mnie, jej własną, jedyną córkę.
Od tego zdarzenia minęły dwa lata, a ja nadal nie mogę tego przeboleć.

#w0muL

Jestem niechcianym dzieckiem. Moja matka urodziła mnie, gdy miała 16 lat, ojca nigdy nie widziałam. Teoretycznie mam dziadków, ale nikt z nich nie chce mnie znać. Moja mama ma sześcioro rodzeństwa, ale ja nigdy ich nie poznałam, ponieważ matka wstydziła się „bękarta”. Nie oddała mnie ani nie usunęła, tak naprawdę nie wiem dlaczego. Odkąd pamiętam (mniej więcej 4-5 lat) mówiła mi, że zniszczyłam jej życie, że nie ma rodziny i to moja wina. Jeździła na wakacje, święta do rodziny czy odpocząć, nie biorąc mnie ze sobą. Zostawiłam sama, czasem dwa dni, czasem tydzień. Nie zwracała na mnie większej uwagi (chyba że chciała się wyżyć lub miała gorszy dzień). Rosłam w przekonaniu, że jestem nikim. Od ok. 8 roku życia musiałam sama sprzątać całe mieszanie, gotować obiady. Nigdy nie odprowadziła mnie do szkoły, ani razu nie zrobiła zadań domowych ze mną. Gdy miałam 17 lat, wyrzuciła mnie z domu, znalazła faceta i wstydziła się mnie. Po prostu udawała, że nigdy nie istniałam. Uczyłam się w technikum, więc do 19 roku życia pracowałam popołudniami i w weekendy, żeby zarobić na wynajem naprawdę marnego pokoju.

Dziś mam 31 lat, czworo rodzeństwa ze strony ojca – z tego co mi wiadomo, bo ani jego, ani ich nigdy nie widziałam. Najbardziej mnie boli moja 8-letnia siostra ze strony mamy. Mieszkamy w tym samym małym małym miasteczku i wiem, że ona jest jej oddana w całości, podczas gdy mijając mnie na ulicy udaje, że mnie nie widzi. Pracuję obok szkoły mojej siostry i wiem, że moja mama kocha ją, odprowadza, nosi plecak, bawi się z nią, wyprawia urodziny. Ona ma wszystko, czego ja nie miałam, nawet nigdy nie posmakowałam. Dziś jestem po kilku terapiach, zmagam się z depresją i stanami lękowymi. Nie potrafię stworzyć związku, jedynie w czym jestem dobra to praca. Nigdy nie będę mieć dzieci, nie potrafię stworzyć jakiejkolwiek zdrowiej relacji, bo nigdy takiej nie miałam. Nie wstydzę się przyznać, że obserwuję je, gdy je spotkam i zazdroszczę tak bardzo, że mała ma to, o co ja się modliłam co noc. Dziś po latach terapii wiem, że to nie moja wina. Nie potrafię po prostu żyć, nigdy nikt nie kochał mnie, nie wiem jak to jest. Samotność to jedyne co mam i czuję się w niej bezpiecznie. Nie potrafię tworzyć więzi nawet przyjacielskich, bo nawet w dzieciństwie wstydziłam się jak wygląda mój dom i relacją z matką. Tłumaczyłam to sobie, że musiałam prowadzić dom i żyć.

Niektórzy mówią, że jak się chce, można wszystko – to nieprawda. Ja wolałabym nigdy się nie urodzić, nie czuć tego bólu przez to tylko, że istnieję. Nie odbiorę sobie życia, nie mam tyle odwagi, będę trwać, tylko czasem szkoda mi tej smutniej dziewczynki, którą byłam i która nadal nie poznała, co to znaczy miłość. I nigdy nie pozna.

#0PKBH

Czy właśnie się popłakałam, bo kolejna znajoma/koleżanka dodała, że jest w szczęśliwej ciąży i jest najszczęśliwsza na świecie? Niestety tak.

Od ponad roku staramy się z mężem o zdrową, szczęśliwą ciążę. Pierwszą poroniliśmy w 11 tygodniu – okazało się, że cierpię na trombofilię i muszę w okresie starań i ciąży przyjmować leki. Po tym czasie moje cykle nie były regularne i druga ciąża była pozamaciczna, badania, operacja, szpital – nie życzę nikomu. I choć jest w nas tak dużo miłości, którą chcemy przekazać, mamy możliwości, mamy co zapewnić dziecku, to los chce inaczej. I choć wiem, że takich par jak my jest tysiące, to boli to za każdym razem, jak ktoś opowiada: „Staraliśmy się dwa miesiące i wyszło” albo  „Gdyby nie wpadka, w życiu bym się nie zdecydowała na dziecko”. Każde zdjęcie szczęśliwej przyszłej mamy jest taką szpilką w serce, i choć cieszę się, że inni są szczęśliwi i życzę im wszystkiego dobrego, to i tak mam z tyłu głowy poczucie, że ktoś mnie karze tym nie wiadomo za co. Mimo wszystko mam nadzieję, że wszystko się ułoży i w końcu wszystko się uda i również będziemy mogli się cieszyć szczęśliwym, zdrowym maluszkiem.
A dlaczego wyznanie tu? Bo w kupie siła, więc proszę was o trzymanie kciuków <3

#LsBeT

Właśnie dowiedziałam się, że będę pracowała z moim największym wrogiem z czasów podstawówki, chłopakiem, który codziennie uprzykrzał mi życie.
Jedno z nas jest osobą wysoko postawioną w tej firmie, drugie nowym pracownikiem.
Zemsta? Może uda mi się coś wymyślić, kiedy pierwszego dnia będę sprzątała jego biuro.

#tOKi7

Właśnie pokłóciłam się z bratem o to, czy istnieje coś takiego jak rekin wielorybi. Byłam święcie przekonana, że nie, i wytrwale broniłam swoich racji. Spór postanowiliśmy rozwiązać sprawdzając owe zagadnienie w internecie, jak na dzieci XXI wieku przystało.
Miał rację. Taki rekin istnieje i żywi się planktonem, tak jak twierdził braciszek.


On ma 8 lat, a ja 18, i jestem na biol-chemie.

#UJOmv

O następstwie macania cycków.

Gdy byłam w pierwszej klasie gimnazjum, miałam pewną koleżankę. Wymyśliła zabawę w "mammografię". Bardzo mi się spodobała.

Na początku dla żartów macałam dziewczyny z mojej klasy po cyckach. Z zaskoczenia, podczas zwykłej rozmowy. Lubiły mnie, więc reagowały śmiechem - bo jak inaczej? Nikt nie narzekał, rytuał się powtarzał, zabawa świetna. Brak jakiegokolwiek zawahania czy chęci obrony z ich strony tylko mnie nakręcał. Niektóre laski wręcz nastawiały te cycki, gdy podejrzewały, że coś się święci.

Nie wiem co miałam wtedy w głowie, w pewnym momencie przestałam. W tamtym momencie zaczęłam się odkrywać. Doszłam do wniosku, że dla mnie to coś więcej niż niewinna zabawa... i mimo że one jeszcze w tamtym momencie mogły tak tego nie odbierać, to z mojej strony podchodziło to pod bardzo niezdrowe relacje.

Ze wszystkimi dziewczynami zawsze miałam dobry kontakt. Przy końcówce gimnazjum, gdy całą gimbazą poszliśmy na końcoworoczne piwo do parku, podczas zwykłej rozmowy Olka z mojej klasy spytała, czemu to robiłam i dlaczego przestałam (laski ponoć obstawiały, którego dnia którą chwycę, lol). Była na ten czas moją przyjaciółką, jednak nigdy nie rozmawiałyśmy ani o sprawach orientacji, ani o niektórych naszych odchyłach, które usprawiedliwiałyśmy okresem dojrzewania. Coś we mnie pękło, wzięłam ją na stronę (w tym przypadku - za drzewo) i w pseudoalkoholowym amoku i mówię do niej: Olka, kurde, no lubię dziewczyny, co mam ci powiedzieć. Przestałam, bo uznałam to za chore.
I w tym momencie mnie pocałowała.

Szczegółów opisywać nie będę. Z Olą byłam rok, było bajecznie, odkryłam siebie, ale niestety ona również uświadomiła sobie kilka kwestii i na tym się nasza relacja skończyła.

Mniej więcej w tym samym czasie do mojej klasy w liceum dołączyła Monika, również koleżanka z gimnazjum. Zmieniła kierunek. Klasa nie chciała jej zaakceptować, byłam jedyną osobą, którą znała. Nasza relacja się pogłębiła, mimo że wcześniej była szarą myszką, a w gimnazjum się mnie i moich zachowań bała. Cóż, kierunek rozwoju naszej przyjaźni nawet dla mnie był możliwy do przewidzenia. Co ta dziewczyna ze mną wyprawiała... Byłyśmy razem do momentu, gdy po wyjeździe do pracy za granicę wróciła z Mohammedem. Cholera mała nie dość, że złamała mi serce, to jeszcze zerwała kontakt i wyjechała z tym fajfusem... No ale nie o tym.

Aktualnie jestem na trzecim roku studiów. Kończy mi się limit znaków, więc dodam tylko puentę: w klasie gimnazjalnej oprócz mnie było siedem dziewczyn. W mniej lub bardziej rozbudowanych okolicznościach spotkałam się do tej pory z szóstką z nich, z każdą z nich spałam.
Wczoraj napisała do mnie siódma, wróciła z UK i chce się spotkać, odnowić relacje.

Chyba będzie ciekawie. Chyba "zlezbiłam" swoje gimnazjum.

#JqLym

Mój brat we wrześniu zeszłego roku brał ślub, a ja przez to prawie się znienawidziłam.

Gdy brat z narzeczoną przyszli z zaproszeniem, bardzo się ucieszyłam. Ale zauważyłam, że brat dawał „subtelne” znaki Agacie, a sam szybko poszedł. Agata powiedziała, że mój brat Arek nie wiedział jak mi to powiedzieć, więc ona, jak to kobieta do kobiety, wszystko mi wyjaśni. I wyjaśniła. Mam nadwagę i oni nie chcieli, abym zaburzyła im zdjęcia ślubne. Dodatkowo zaprosili współpracowników i szefa Arka i nie chcieli, bym przyniosła im wstyd. Miałam pół roku do ślubu, by zrzucić wagę i wtedy mogłam przyjść, inaczej nie chcą mnie na ślubie.
Zaczęłam intensywną dietę plus ćwiczenia trzy razy na siłowni. Rodzice ani nikt nie wiedział o ultimatum brata i chwalili mnie, że w końcu wzięłam się za siebie. A ja znienawidziłam swoje ciało. Płakałam dużo i w sierpniu powiedziałam dość. Nadal chodzę do siłowni, ale dietę rozszerzyłam i czasem pozwalam sobie na coś słodkiego.
Spełniłam warunek Arka i Agaty, ale na ślub i tak nie poszłam. A może moja sukienka zaburzyłaby im kolorystykę zdjęć? Po co ryzykować...

#WuzOP

Jak pewnie wszystkim wiadomo gimnazjum to trudny czas, z wielu powodów - hormony, szukanie samego siebie...

Niestety trafiłam na okropna klasę, o której można by napisać na prawdę wiele wyznań, ale dziś chce się skupić na jednym aspekcie - religii.

Jestem jedyną wierząca osoba w klasie. Nieźle, co? A najgorsze jest to, że wszyscy bez wyjątku chodzą na lekcje religii. Wiecznie jakieś okropne odzywki do katechety (swoją drogą naprawdę super gościa), mi też nie dają żyć.

Ostatnio mieliśmy mieć zastępstwo, takie na ostatnia chwile, więc zrobiło się małe zamieszanie wśród nauczycieli. Wyszło wiec tak, że na 30 minut zostaliśmy sami. Gnoje wykorzystały sytuacje, ściągnęli krzyż wiszący koło zegara i z wielką starannością okleili postać Jezusa gumami do żucia. Próbowałam reagować, ale nic nie udało mi się zdziałać. Zostałam siła odepchnięta, mogłam tylko stać i płakać.

Wstyd mi za moje pokolenie.

#0OiWK

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy to jest czysty przypadek, czy coś innego, mianowicie czasami mam różne przeczucia dotyczące tego, co ma się wydarzyć w przyszłości. Kilka przykładów z ostatnich kilku miesięcy:

a) W przeddzień próbnego egzaminu gimnazjalnego, pod prysznicem wyobraziłem sobie budowę atomu tlenu i miałem przeczucie "Będzie pytanie o liczbę elektronów." Jak się okazło następnego dnia, jedno z pytań dotyczyło liczby elektronów walencyjnych tlenu.

b) Rano, kiedy zbierałem się na konkurs historyczny, przeciągałem się i moje ciało (to się stało po raz pierwszy) przybrało pozę podobną do tej dyskobola z rzeźby Myrona, i jak zapewne się domyślacie, na konkursie było zdjęcie z pytaniem o tytuł i autora.

c) Na ostatnim sprawdzianie z chemii, zastanawiałem się nad jednym z zadań zamkniętych i kiedy wybrałem (moim zdaniem) poprawną odpowiedź, w głowie przypomniała mi się aria trzech dam z opery Mozarta, którą słyszałem dosyć dawno temu (ten fragment: "Nein, nein, das kann nicht sein", po polsku "nie, nie, tak nie może być") i zmieniłem odpowiedź na inną, która okazała się prawdziwa.

Te trzy ostatnie przypadki dały mi dosyć dużo do myślenia i teraz mam specjalny notes, gdzie zapisuję wszystkie przeczucia tego typu i prowadzę statystykę.
Dodaj anonimowe wyznanie