#V3h0Y
Pierwszego dnia grupka patoli nasrała i naszczała mi do plecaka. Ojciec wpadł do szkoły, został zaorany przez dyrektorkę i pedagog „My mamy świadków, że on sobie sam nasrał i naszczał do plecaka”. Moi znajomi też zeznawali na moją niekorzyść, bo zostaliby kapusiami, a z kapusiami nikt się nie zadaje. Potem były wielokrotne pobicia, zrzucenie ze schodów, kopanie itd. Dyrektorka z pedagog wszystko zamiatały pod dywan, a mojemu ojcu mówiono, że powinienem trafić do szkoły specjalnej, bo sam sobie robię wrogów i nie potrafię nawiązać normalnych relacji (ale jak mi ciotka załatwiła miejsce u siebie w szkole, to tam się czułem jak normalny uczeń!)
Sprawa się wydała i wylądowała w sądzie, bo na spotkaniu w Poradni Szkolno-Pedagogicznej pedagog wydobył, że w szkole się nade mną znęcają i od razu było powiadomione kuratorium. Jak do szkoły weszły osoby z zewnątrz i się wydało, że nie tylko moja sprawa była zatajana, to dziwnym trafem dyrektorka i pedagog wylądowały na wcześniejszych emeryturach. Jednego z moich oprawców już za wcześniejsze jego wybryki umieścili w lokalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym oddalonym o niecały kilometr od szkoły, więc normalnie sobie gadał przez okno ze swoimi kolegami. A ja byłem gnębiony za to, że byłem kapusiem i git koleś poszedł siedzieć za mnie. Rodzicie próbowali mnie przenieść do innej szkoły, ale się nie udało – „Nie mamy miejsca dla ucznia z takimi problemami, proszę zapisać go do szkoły specjalnej”.
Czara się przelała, jak na WF-ie (ćwiczyłem, ale byłem oceniany inaczej), zostały skradzione mi rzeczy, w których do szkoły przyszedłem. Miarka się przebrała. Wtedy z pomocą przyszła ciotka, załatwiła mi miejsce u siebie w szkole w małej mieścinie, przez co rodziców widziałem tylko w sobotę i niedzielę, bo od ciotki, u której też mieszkałem, do mnie było 50 km.
To wszystko zostawiło u mnie w głowie ślad:
– boję się obcych ludzi;
– mam napady paniki;
– mam napady agresji;
– nie potrafię nawiązać stałych więzi poprzez ciągły brak zaufania.
A stało się tak przez grupkę patoli, którzy chcieli się dowartościować, znęcając się nad dużo mniejszym i słabszym niepełnosprawnym chłopcem.
Teraz sam doradzam rodzicom dzieci, nad którymi się znęcają w szkole, ostre działania sądowe!
#RTd8m
Przykręciłem go pięknie do ściany, poustawiałem smart tv, zapłaciłem za subskrypcje Netflixa, HBO i Disneya, żeby coś było dla mnie, żony i dzieci.
Na drugi dzień syn przez przypadek strzelił z Nerfa (teraz te nowe mają kur... niezłą moc, potrafią na kilkadziesiąt metrów lecieć naboje) w ekran i pajęczyna na ponad pół ekranu. Dosłownie się popłakałem.
Gwarancja nie obejmuje takiej szkody, a nowa matryca to 80% wartości telewizora.
Na śmietnik wyrzucę go po Nowym Roku, przynajmniej popatrzę sobie jak wisi, skoro już zapłaciłem. Albo nakleję na niego zdjęcie palącego się kominka w takich samych wymiarach.
Tak, że telewizora i bajek nie będzie przez następne kilka lat, a przynajmniej do momentu kiedy nie spłacę rat.
PS. Dobrze, że go nie zarejestrowałem, bo jeszcze bym abonament płacił...
#RN8d5
To było jedno z najtrudniejszych doświadczeń w moim życiu i do dziś bardzo za nim tęsknię. Mimo to, wciąż wierzę w magię świąt i w to, że marzenia się spełniają.
#n3rkU
Moi rodzice jak zwykle przed Świętami obgadali większość naszej rodziny. Nie mogło się objeść bez komentarzy o "cioci z wąsem", a ja wszystkiego uważnie słuchałam.
Na drugi dzień, w Wigilię, jak wszyscy siedzieli przy stole ktoś zapukał do drzwi. Otwierają się drzwi, a tam oczywiście ciocia z wąsem. Krzyknęłam do taty "Tato, to jest ta ciotka z wąsem?".
Od tamtej pory ciotka nie odzywa się do nas.
#KgL52
Zamknęła się od razu.
#B92du
Tego dnia szczególnie nie miałem cierpliwości, więc nie żałowałem klaksonu aby wyrazić swoje oburzenie, a przez otwarte okno puściłem kilka soczystych wiązanek. Po chwili zorientowałem się, że w samochodach przede mną nie świecą się światła i nikt nie siedzi w środku. Stały zaparkowane…
#UZwqp
Rano wstaliśmy, jak zawsze zamieszanie, żona pojechała do pracy, po drodze zabierając naszą 4-letnią córkę do przedszkola. 15 minut później mam wychodzić ja, patrzę... jeden but. Szukam wszędzie, zero. Dzwonię do żony czy przypadkiem nie wyrzuciła. Nie, na 100% zostawiła. No fakt, zresztą sam widziałem, przypomniało mi się. Pyta się córki, czy nie schowała. Schowała, ale nie pamięta gdzie. Standard. Nie pamięta co je w przedszkolu, gdzie zostawiła pilota, to skąd ma wiedzieć trudniejsze rzeczy. Na dalsze szukanie brak czasu, więc co tu robić. Sąsiad, jedyny z którym utrzymuję kontakt i taki, że w zasadzie mógłbym od niego spróbować pożyczyć jakieś buty już w pracy. Sprawdzam w google, sklepy obuwnicze od 9.00 najwcześniej otwarte, a ja o 8.30 mam być w biurze. W dodatku jakaś delegacja ma być u nas z Niemiec, więc zajebiście ważny dzień. Ale zawsze tak jest, że wszystko się musi zwalić na kupę, czyt. idealnie zgrać. Myślę...
Kto w pobliżu? Kogo znam? Kto blisko? Przewijam osoby w pamięci jak zdjęcia w telefonie. W końcu jest!
Schodzę dwa piętra niżej. Wiem, że tam mieszka starsza kobieta o kuli. Dzwonię, jest. "Przepraszam, mam wielką prośbę, nie mogłaby mi pani pożyczyć na dzisiaj kuli? Obiecuję, że oddam dwie (taka głupawka z emocji). Żartuję, zapłacę pani 50 zł i zrobię zakupy, ale musi mnie pani poratować" - i tłumaczę szybko w czym rzecz. Patrzy na mnie jak na psychola, ale zgadza się. Zapieprzam do domu i do łazienki i wyjmuję wszystkie bandaże elastyczne. Wszystkie 4. Zaczynam owijać. Jeden poszedł. Zaczynam drugi, jestem w połowie... noż KU...! Nie ta noga, ja p.... Jak się spieszy, to się diabeł... Jadę od nowa, zabandażowana. Na drugą zakładam buta i jazda do samochodu. Oczywiście po drodze korki, ale dojeżdżam dwie minuty przed czasem, biegnę do biura (nie pomyślałem, że ktoś może patrzeć, na szczęście nie), a po przekroczeniu progu kula pod pachę i kuśtykam metr na minutę z grymasem na twarzy. Szef "o kurczę, co to ci się stało?" "A nic tam szefie, drzwiami przywaliłem w palce i spuchnięte jak cholera". "To wracaj do domu, damy radę bez ciebie, nie chcę przy Niemcach jakiejś cierpiącej mumii".
Uff....
But był na balkonie na parapecie.
#hkHgr
Po wielu grach jedna z prowadzących zabawy zaproponowała wróżbę która polegała na tym, że przy zasłoniętych oczach mieliśmy palcem trafić w dowolne miejsce na papierowym arkuszu, który był zapełniony męskimi i damskimi imionami. Ze względu wymiary był on trzymany przez 2 osoby. Sam nie wiem dlaczego ale postanowiłem się zgłosić, zwykle jestem dość nieśmiały. Założono mi chustę i w posturze zombiaka rozpocząłem "łowy". Już po chwili usłyszałem głosy klasy typu "w lewo", "wyżej" pomyślałem że pewnie zaraz wceluję w jakiegoś Marka albo Józka, lecz nagle poczułem coś bardzo miękkiego a klasa parsknęła śmiechem. Szybko zdjąłem chustę i zobaczyłem dziwną minę mojej wychowawczyni i swoją rękę na jej piersi.
Śmiechom nie było końca a ja czerwony jak burak wróciłem do ławki. Po tym zdarzeniu przez dobry miesiąc nie spojrzałem pani w oczy...