Kilka lat temu temu, kiedy byłem w pierwszej liceum i kończyłem właśnie 17 lat, jedna z moich koleżanek z klasy dowiedziała się, że właśnie mam urodziny. Wiadomo, złożyła mi szybkie życzenia i podarowała mi ściągę na sprawdzian z polskiego. To nie była zwykła ściąga, bo koleżanka (warto wspomnieć, że według mnie to najpiękniejsza dziewczyna na świecie) narysowała na niej torcik. Powiedziała też, że kiedyś zjemy prawdziwy.
Kilka dni temu kończyłem 20 lat. Ta sama koleżanka odwiedziła mnie i wręczyła mi niewielkie pudełeczko. Łatwo się domyślić, był to właśnie tort. Nigdy nie poczułem się tak doceniony (to był jedyny prezent, jaki dostałem).
Nie, nie jesteśmy razem, ale to wciąż najpiękniejsza, moim zdaniem, dziewczyna na świecie...
Gdy miałam ok. 7-8 lat, na urodzinach mojego dziadka była prawie cała rodzina. I wiecie, napoje takie jak cola i wino też były.
Bawiłam się grzecznie ze swoimi kuzynami, kiedy zachciało mi się pić. Moje pragnienie było nie do opisania, więc zamiast wziąć sobie czystą szklankę, to napiłam się ze szklanki babci. Babcia miała nalany do szklanki napój podobny do coli, więc nie pytałam się, czy mogę, tylko wszystko wypiłam. Jak można łatwo się domyślić, to cola nie była. To było wino...
Strasznie mnie po tym łeb bolał, a moje pierwsze upicie się jest nadal wypominane na rodzinnych spotkaniach.
Jakiś czas temu w łikendy moja żona jadała jajka na miękko, no a ja razem z nią. Raz gotowałem ja, raz ona, ale zawsze każdy sam sobie je obierał. Któregoś razu chciałem pokazać jakim to ja jestem dobrym i kochającym mężem i obrałem jej jajko... Po dwóch łyżeczkach zaczęła się na mnie wydzierać, jakbym chciał ją otruć. Okazuje się, że obrałem jajko ze złej strony i żółtko zamiast być na dole, to było na górze...
Taki opierdziel dostałem, że przez dwa lata nie mogłem patrzeć na jajka na miękko.
Mieszkam w Warszawie i jak pewnie niektórym wiadomo, konkurują tu ze sobą dwa kluby: Legia i Polonia.
Wracając kiedyś w środku nocy przez Pragę Północ, czyli najbardziej patologiczną dzielnicę, zostałam zatrzymana przez osiedlowe dresy i zapytana, za jakim klubem jestem. Opcje miałam dwie, szanse na wpierdol spore, więc szybko z uśmiechem na twarzy odpowiedziałam „no jak to za jakim, panowie!”. Ucieszyli się niezmiernie, że mamy takie same preferencje, chociaż wciąż nie wiedziałam, który klub poparłam. Zaproponowali mi jeszcze wódeczkę, ale pośpiesznie wróciłam do domu, bo nie każdy półgłówek nabrałby się na taki tekst.
Moje życie to ciągłe przeprowadzki.
Od urodzenia mieszkałam z rodzicami, babcią i dziadkiem w kamienicy w jednym z większych miast w Polsce. Było fajnie do czasu. Moja babcia bardzo szybko zachorowała na chorobę Alzheimera, dziadek nie radził sobie z tym psychicznie i zaczął pić. Zaczęły się ciągłe awantury. Rodzice stwierdzili, że uciekamy stamtąd. Wynajęli mieszkanie od znajomych, żeby tam spokojnie odetchnąć i powoli brać się za szukanie swojego lokum na kredyt. Jak już tam zasiedli, to miesiące mijały, a mieszkania nie było. Coś tam obejrzeliśmy, rodzice pomyśleli, pogadali i kolejny miesiąc zleciał. Nie na wszystko też dostaliby kredyt.
Po dwóch latach okazało się, że mamy się stamtąd wyprowadzić, bo wprowadza się tam krewna i rodzice nie mieli wyjścia, musieli brać to co akurat się nawinęło i na co dostali kredyt. Miałam wtedy 13 lat. Rodzice kupili mieszkanie, które było bardzo ładne, jednak był jeden problem. Było ona w najgorszej dzielnicy mojego miasta. Po kilku miesiącach zaczęły się tam burdy z sąsiadką pijaczką, ciągłe wzywanie policji i straży miejskiej, Sebixy biegające z nożami pod oknem.
Moi rodzice mieli wtedy mały sklep. Poszła fama na dzielnicę i tak ukradli mojemu tacie prawie cały towar, w tym najwięcej warte papierosy. Nie byliśmy ubezpieczeni ani nic. Rodzice już się po tym nie podnieśli. Zaczęła się depresja, straszne długi, komornicy, walki w sądach. Musieli sprzedać mieszkanie i jedyne na co było nas stać, to wynajęcie chatki na wsi bez toalety i ciepłej wody. Rodzice znaleźli tam pracę dorywczą, ja też im pomagałam po szkole. Co nieco tam wyremontowaliśmy. Właściciel wydawał się w porządku, zwykły rolnik. Do czasu... Znowu powtórka z rozrywki. Macie się wyprowadzić. Kłótnie, walka o kaucję. Kolejna przeprowadzka.
Rodzice wynajęli mieszkanie we wsi obok, a ja wynajęłam kawalerkę wraz z moim chłopakiem w mieście. Nie mieszkałam tam długo, bo okazało się, że chłopak mnie oszukiwał, nie płacił czynszu, porobił długi. Wróciłam więc do rodziców. Po kilku latach znalazłam kogoś innego, wzięliśmy ślub i przeprowadziłam się do domu rodzinnego mojego męża. Tam dzieliliśmy piętro z jego babcią. Obok mieszkali jego rodzice. Żyło się nam dobrze, dopóki u babci nie zaczęła postępować demencja i inne choroby psychiczne. Na porządku dziennym było walenie po drzwiach i ścianach, ciągłe krzywki, agresywne wyzwiska z jej strony.
Rodzina mojego męża nic sobie z tego nie robi, żadnego lekarza, żadnych leków. Tylko przynoszą jej jedzenie i tyle, a my się męczymy. Do tego jeszcze muszę po niej wycierać codziennie toaletę i ścierać kał ze ściany. Gdy powiedziałam o tym teściowej, nic sobie z tego nie zrobiła. Tak się męczymy z babcią 2 lata. Doszliśmy do wniosku, że na jesień uciekamy do Niemiec do pracy i tam zamieszkamy. Co będzie dalej?
Jestem lekarzem, moja specjalizacja jest nieistotna. Wiem, że to co napiszę będzie dla niektórych okrutne, ale myślę, że znajdą się też tacy, którzy podzielą moje zdanie.
Mam przyjemność pracować z lekarzami, którzy na swoim koncie mają setki operacji i zabiegów, jeżdżą na zagraniczne szkolenia, a nasze prace naukowe publikowane są na całym świecie. Nieważne, o jaką specjalizację chodzi, zawsze znajdzie się tak zwany „mistrz”, którego wkład w polską medycynę jest większy niż smog w Krakowie.
Zauważyłam pewną smutną rzecz: przychodzą do nas rodzice z dziećmi, które chorują na przeróżne choroby. Oferujemy im najlepsze metody leczenia, poświęcamy swój wolny czas na to, by zbierać się w grupach i szukać jeszcze lepszych rozwiązań. W zeszłym tygodniu od rodziców jednego z pacjentów usłyszałam, że jestem beznadziejnym lekarzem, a moje metody leczenia są jeszcze gorsze. Dlaczego?
Państwo X przyszli na kolejną wizytę, by omówić leczenie syna, stwierdzili, że chcą go wypisać, dlatego że uzbierali dzięki zbiórce online 300 tys. złotych i mają zamiar zabrać swoje dziecko do Stanów, bo przeczytali w internecie o „innowacyjnej metodzie leczenia”.
Dlaczego jestem beznadziejnym lekarzem?
Dlatego, że powiedziałam, że jeden z lekarzy w naszym szpitalu miał okazję przeprowadzać wspólny zabieg z owym lekarzem z Nowego Jorku, a po powrocie wszystkiego nauczył resztę personelu. Od tamtej pory minęło 7 lat i wszyscy przeprowadzamy ten sam zabieg bezproblemowo.
Nie bądźmy głupi, analizujmy zbiórki, większość z nich to tylko wymysł rodziców, którzy myślą, że amerykańskie jest lepsze, a polskie jest be.
Mam 32 lata i mam zagwozdkę. Nigdy nie miałem czasu na małżeństwo, bo byłem zbyt zajętym człowiekiem na poważne związki i może też zbyt niepokornym, aby dostosowywać się do kogoś. Ale czas leci, człowiek się zmienia i mądrzeje, więc myśli o tym, co w życiu jest ważne – o związaniu się z kimś, kogo kochasz, założeniu rodziny. I nagle wszyscy znajomi, którzy są w małżeństwie od lat, próbują minie do tego zniechęcić. Głównie mężczyźni, ale także niektóre kobiety. Koledzy jak jeden mąż twierdzą, że małżeństwo to straszliwa rzecz, że mi zazdroszczą, że jestem wolny, że żony są straszne i są z nimi tylko dla dzieci itp. itd.
Czy ja mam takich durnych kumpli, czy każdy trzydziestolatek po 10 latach małżeństwa tak sądzi? Bo trochę mnie zniechęcili, prawdę mówiąc.
Na stronie internetowej chińskiej restauracji z mojego miasta znajdują się dwa numery, pod które dzwoniąc można zamówić jedzenie. Naszła mnie ochota na sajgonki, więc zadzwoniłam pod pierwszy, nikt nie odebrał. Zadzwoniłam pod drugi, odebrał miły pan. Przywitałam się i zaczęłam składać zamówienie, jednak pan mi przerwał. Okazało się, że restauracja przez przypadek umieściła jego numer na swojej stronie i od kilku lat odbiera on telefony od głodnych potencjalnych klientów. Skargi nie przynosiły skutków, a on się przyzwyczaił. Zrobiło mi się strasznie głupio i zaczęłam przepraszać, on za to zaczął się tylko śmiać i opowiedział mi, że kiedy ma naprawdę świetny humor, to przyjmuje te zamówienia (co z tego, że mieszka kilkaset kilometrów od mojego miasta) i dzielnie odgrywa swoją telefoniczną rolę. Przeprasza za dostawców, obiecuje rabaty za długi czas oczekiwania, usprawiedliwia kierowców, którzy nie dowieźli jedzenia.
Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, gdzie to ludzie dzwonią do „telefonicznego trolla”. Trochę szkoda tej knajpki, której renoma spada, ale cóż... mogli zmienić numer ;)
Ostatnia klasa liceum, chwila przed maturami. Razem z koleżankami wpadłyśmy na pomysł, żeby zeswatać koleżankę z klasy Kaśkę z kolegą z klasy równoległej Kubą. Nigdy ze sobą nie gadali, kojarzyli się tylko ze szkolnego korytarza, a my z Kubą chodziłyśmy na kółko matematyczne.
Zagadałyśmy więc do Kasi, że ten kolega (wskazałyśmy na niego palcem) nazywa się Kuba, chodzimy razem na kółko matematyczne i na ostatnim kółku wypytywał o nią, mówił, że mu się podoba, ale jest z natury wstydliwy i nie wie jak zagadać. Oczywiście zgodnie z prawdą zachwalałyśmy go, że jest fajny, miły, pomocny itp. Na kolejnej przerwie poszłyśmy do Kuby i jemu też naopowiadałyśmy, jak to Kasia o niego wypytywała, że to fajna dziewczyna itp. (ich zdziwione miny słuchające naszych bajek – bezcenne).
Koniec lekcji, wychodzimy ze szkoły, a tam Kasia i Kuba razem wychodzą z placu szkolnego. Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałyśmy, szczeny nam opadły, bo to miały być żarty, a oni uśmiechnięci, zajęci rozmową wyszli razem ze szkoły.
Następnego dnia postanowiłyśmy, że nie będziemy już mieszać, niech radzą sobie sami. I poradzili sobie. Częściej spędzali przerwy razem, na portalu społecznościowym Kasia wstawiła ich wspólne zdjęcie z kina, a za tydzień chodzili za rączki i dawali sobie buziaki... No i zostali parą. Ludzie, którzy nie zamienili ze sobą słowa przez całe liceum, za dwa miesiące napisaliby matury i poszliby dalej w świat i być może nigdy więcej się nie spotkali, bo chcieli iść na studia do innych miast, zostali parą. Na studia wybrali się do tego samego miasta i dziś są 3 lata po ślubie.
Oczywiście po jakimś czasie Kasia opowiedziała nam, jak wyglądała ich pierwsza rozmowa. To ona podeszła do Kuby i powiedziała, że dziewczyny mówiły, że pytał o nią, a Kuba powiedział, że słyszał, że to ona pytała o niego. Szybko się zorientowali, że padli ofiarą żartów i chcieli zażartować z nas wychodząc razem ze szkoły, żebyśmy myślały, że niby nasz plan się udał. Potem ustawka z kinem, wspólnie spędzanymi przerwami, ale nie przewidzieli, że będzie im się tak fajnie rozmawiać, że się w sobie zakochają.
Nie wiem, czy to przeczytacie Kasiu i Kubo, ale sorki i jednocześnie nie ma za co 😉
Moja babcia, odkąd pamiętam, nigdy nie przekroczyła progu kościoła. Była bardzo wierząca, codziennie się modliła, obchodziła wszystkie święta, ale księdza po kolędzie nigdy nie przyjęła... Kiedy byłam młodsza zastanawiałam się, czy jakiś ksiądz jej czasem nie uwiódł albo nie daj Bóg zgwałcił. Z czasem zebrałam się na odwagę i spytałam babcię wprost o co chodzi.
Babcia się otworzyła po kilku kieliszkach domowej „chabróweczki”...
Jako młoda mężatka, matka mojej mamy poszła do spowiedzi w swej parafii. Od słowa do słowa ksiądz zapytał ją, jak długo jest po ślubie i ile ma dzieci. Kiedy odpowiedziała, że jedno i więcej mieć nie zamierza, bo jej sytuacja materialna na to nie pozwala, ksiądz się wręcz na nią wydarł. Krzyczał, że to marnotrawstwo ludzkiego ciała, które jest stworzone do rodzenia. Że babcia jest jak piec zbudowany do pieczenia chleba, w którym upiekł się tylko jeden bochenek i że to obraza dla twórcy tego pieca.
Moja babcia zawsze była wrażliwą osobą, nic więc dziwnego, że uciekła od konfesjonału z płaczem. Od tamtej pory nikt jej w kościele nie widział...
Nawet nie wiecie, jaka jestem z niej dumna!
Dodaj anonimowe wyznanie