#iSvTF

Kiedyś, jeszcze będąc na studiach, poszedłem z kolegą do kiosku kupić papierosy. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że pani z kiosku nie tylko podała nam je i wydała resztę, ale też wydając resztę zwróciła banknot, którym płaciliśmy. Próbowaliśmy jej powiedzieć, że pomyliła się wydając nam resztę i naprawdę chcieliśmy jej oddać nadwyżkę – jednak pani będąc przekonana, że mamy do niej pretensje (a ona zapewne się nigdy nie myli), nie dała nam dojść do słowa.

Cóż, po kilku nieudanych próbach wyjaśnienia sytuacji po prostu machnęliśmy ręką, wzięliśmy papierosy i pieniądze i poszliśmy. Pani była zapewne bardzo z siebie dumna, że nie dała sobie tak łatwo wmówić pomyłki...

#v9bzw

Mam żonę jeżdżącą na wózku, mamy po 30 kilka lat, więc jesteśmy młodzi, radzimy sobie z naszą sytuacją. Żona miała wypadek 3 lata temu, byliśmy wtedy jeszcze parą, i z tego co sama mówi i co widzę, poradziła sobie z tym. Pracuje z domu, dzielimy się obowiązkami, tak żeby każdy z nas uczestniczył w życiu tego domu, spędzamy razem czas poza domem mimo ograniczeń... ale mamy problem z seksem, a raczej jego brakiem. Chodzimy do łóżka raz na rok, dosłownie. Nie wiem o co chodzi, skupiam się na tym, żeby zawsze było jej dobrze, robię wszystko według jej próśb itd., ale ona dalej nie ma ochoty na seks częściej niż raz na kilka miesięcy, do tego jest po prostu zimna, nie pozwala mi się przytulać itd.. Ona może wyjść z inicjatywą, ja nie. Proponowałem psychologa/seksuologa – stwierdziła, że robię z niej wariatkę. Nie zdradzam jej, nie oglądam porno (dla mnie to też zdrada). Tylko cholera, problem jest taki, że tak jest od roku, może trochę więcej. Kiedyś mimo tego, że była na wózku, nie była taka zimna i obojętna.

Nie wiem co mam robić, uznałem, że jeśli do końca roku nie da się namówić na chociaż kilka wizyt u specjalisty (żebym zrozumiał dlaczego tak jest), to trzeba będzie pomyśleć o rozwodzie. Nie chcę żyć z kimś, kto jest zimny ot tak i nawet nie daje mi szansy zrozumieć dlaczego.

#5Jkan

Pracuję na magazynie części samochodowych. Bezpośrednio do magazynu przyłączony jest firmowy sklep. Znaczy to tyle, że gdy klient kupi coś w sklepie, to możemy od razu mu to na miejscu wydać.

Pewnego dnia przyszedł pan mechanik i chciał kupić części do samochodu. Sprzedawcy mieli problem ze znalezieniem części w systemie komputerowym, więc zmęczony pan mechanik zaczął na nich krzyczeć, że są niewyedukowani i nie powinni pracować umysłowo, tylko fizycznie. W końcu pan mechanik dostał paragon na upragnione części i podszedł do okienka, z którego wydajemy części. Kiedy klient je odbiera, musi jeszcze podpisać kartkę, że rzeczywiście je odebrał. Podaję panu części, pokazuję długopis i kartkę, prosząc o podpis. Pan najpierw patrzy na mnie, potem na kartkę i długopis, znów na mnie, znów na kartkę. Spojrzał na mnie i zmieszany mówi, że on dawno tego nie robił. Postawił krzyżyk i pośpiesznie wyszedł.

Przynajmniej wiem, że ten pan dobrze wybrał pracę na stanowisku fizycznym.

#obocE

Jestem matką czternastoletnich bliźniąt. Urodzili się przed terminem, syn wyszedł z tego bez szwanku, u córki doszło do niedotlenienia mózgu, stąd niedowład czterokończynowy. Wszyscy mówili, że będzie roślinką bez kontaktu, ale dzięki rehabilitacji jest w normie intelektualnej, chodzi o kulach. Martwiłam się o syna, nie chciałam, by czuł się opiekunem siostry. Na turnusach często widziałam, jak zdrowe rodzeństwo opiekuje się tym niepełnosprawnym. Chciałam mu tego oszczędzić, więc nie pozwalałam mu jej pomagać, a ją nauczyłam, by prosiła o pomoc dopiero w ostateczności.

Zaniepokoił mnie brak znajomych u córki. Kiedy zapytałam ją dwa lata temu dlaczego nie ma przyjaciółek, to stwierdziła, że z szarakami nie trzyma. Uznałam, że to efekt dojrzewania i że to minie. Zastanawiałam się, czy dzieci nie odrzucają jej przez kalectwo, ale nawet te niepełnosprawne unikają jej towarzystwa na turnusach, więc to nie przez jej stan zdrowia. Jedyne pozytywne relacje ma ze swoimi rehabilitantami i rehabilitantkami, miejscowymi i turnusowymi, trudno jednak nazwać to przyjaźnią. Córka jest zafascynowana wszystkim, co się wiąże z rehabilitacją neurologiczną i wrodzonymi uszkodzeniami mózgu, więc mają o czym gadać. Z drugiej strony jest dość dziecinna, zawiązuje włosy w kucyki, warkoczyki, uwielbia jednorożce. Widzę spojrzenia jej koleżanek, gdy ją odwożę do szkoły, nie są pozytywne. Na propozycje zmiany stylu reaguje histerią i mówi, że ją nie kochamy. Martwił mnie dysonans pomiędzy dojrzałymi zainteresowaniami a dziecinnym zachowaniem, postanowiłam po feriach pójść do szkolnego psychologa. Do końca roku szkolnego córka była tam dwa razy w tygodniu. Co się okazało? Córka z wyższością patrzy na rówieśników, nie odpowiada nawet na „cześć”. Nie umie wyregulować emocji, są bardzo intensywne, czy to pozytywne czy negatywne. Ostatnio w domu pogryzła sobie ręce, bo koleżanka nie chciała dać jej pracy domowej. Nie pyta o samopoczucie rozmówców, mówi tylko o sobie, swoich pasjach (rehabilitacja i popkultura Europy Wschodniej) czy przeczytanych książkach. Według psycholog córka nie zauważa, że zachowuje się nieodpowiednio. Stwierdziła, że jest rozpieszczona i że powinniśmy odciąć ją od rehabilitacji (chociaż to tylko trzy wizyty w tygodniu po dwie godziny każda) na jakiś czas, by nie żyła tylko tym i żebyśmy zaczęli integrować ją z rówieśnikami. Zaprosiliśmy dziewczynki z klasy córki na ognisko. Ucieszyliśmy się, gdy poszły na spacer. Kiedy wróciły, córki z nimi nie było. Okazało się, że przeszła jedynie kawałek, dalej nie dała rady, a nie chciała dzwonić po pomoc. Do dzisiaj zastanawiam się, czy te dziewczynki nie zrobiły tego specjalnie.

Na rehabilitacje wróciliśmy po czterech tygodniach, ponieważ córce coraz gorzej się chodziło.
Już nie wiem, jak  jej pomóc.

#zCPFh

Skończyłem filologię angielską i nadal często nie rozumiem, gdy ktoś mówi w tym języku. Do filmów włączam napisy.

Nie jest jeszcze tak źle, gdy robi to Polak albo inny nie-Anglik, bo używa prostszych fonemów. Ale rodowici Anglicy – nie mówiąc już o Szkotach czy innych Australijczykach – mówią jakby mieli kluskę w buzi (kto oglądał „Misia”, ten kojarzy scenę na lotnisku). A że angielski składa się w 60% ze słów jednosylabowych, przy niewyraźnej wymowie brzmią tak samo. Kontekst nie zawsze pomaga.

#2N6A5

Moja kierowniczka jest jednocześnie sprzątaczką w biurze i doprowadza mnie to do szału.

Zaczęłam pracę w firmie dwa lata temu, więc sytuacja została mi wyjaśniona przez innego pracownika. Około 20 lat temu w moim mieście otworzyła się mała filia dużej firmy szkoleniowej. Moja obecna kierowniczka zaczęła tam pracę na stanowisku sekretarki. Kiedy dyrektorka placówki wspomniała, że przyda się osoba do sprzątania biura, moja obecna kierowniczka zgłosiła się do tego zadania, jako że chciała dorobić.

Kierowniczki zadaniem jako sprzątaczki jest dbanie o pomieszczenie socjalne, biuro i ewentualnie dodatkowe ogarnianie sal między jednym szkoleniem a drugim. Sale szkoleniowe i korytarze są dokładnie czyszczone przez sprzątaczki na etat. Kierowniczka średnio raz na trzy tygodnie przez około pół godziny-godzinę biega ze ścierką w trakcie naszej pracy (bo nie sprząta poza godzinami swojej standardowej pracy) i nam zwyczajnie przeszkadza. W dodatku sprząta niedokładnie i byle jak. Kiedy ktoś ma pełen kubeł śmieci pod biurkiem, zaczyna głośno komentować, że jak ona czegoś nie posprząta, to nikt po sobie nie ogarnie. Jak jest zawalona swoją standardową pracą, potrafi wołać innych pracowników, by np. wynieśli śmieci i założyli worki we wszystkich salach szkoleniowych, bo ona nie ma czasu (10 sal na trzech różnych piętrach). Kiedy ostatnio moja czarna torebka wpadła między ścianę i biurko, wyjęłam ją już szarą. A kiedy zobaczyłam zdechłą muchę na podłodze w socjalnym pod stołem, to miesiąc później dalej sobie tam leżała. Okna są ciągle brudne i nie widziałam, by byłe myte chociaż raz przez ostatnie dwa lata.

Najbardziej jednak doprowadziła mnie do szału jedna sytuacja. Mamy u nas dwie zmiany. Jedna zmiana kończy o 14, a druga o 14 zaczyna. Ze względu na to nikt nie ma własnego biurka i wszyscy się wymieniamy. Raz chłopak z drugiej zmiany rzucił się na mnie, że znalazł jeden włos mojego samojeda na naszym biurku. Kierowniczka korzystając z okazji próbowała wymusić na mnie sprzątanie każdego biurka, skoro nie umiem kontrolować sierści swojego psa. Tutaj się postawiłam i odpuściła.

Nikt nic nie mówi, bo to kierowniczka. Dyrekcja odwiedza firmę raz na miesiąc, więc nie wie jak to wygląda, a w dodatku kierowniczka jest jej oczkiem w głowie. Ja za miesiąc odchodzę, ale reszta pracowników dalej będzie żyła w syfie.

#ga749

Kilka lat temu temu, kiedy byłem w pierwszej liceum i kończyłem właśnie 17 lat, jedna z moich koleżanek z klasy dowiedziała się, że właśnie mam urodziny. Wiadomo, złożyła mi szybkie życzenia i podarowała mi ściągę na sprawdzian z polskiego. To nie była zwykła ściąga, bo koleżanka (warto wspomnieć, że według mnie to najpiękniejsza dziewczyna na świecie) narysowała na niej torcik. Powiedziała też, że kiedyś zjemy prawdziwy.
Kilka dni temu kończyłem 20 lat. Ta sama koleżanka odwiedziła mnie i wręczyła mi niewielkie pudełeczko. Łatwo się domyślić, był to właśnie tort. Nigdy nie poczułem się tak doceniony (to był jedyny prezent, jaki dostałem).

Nie, nie jesteśmy razem, ale to wciąż najpiękniejsza, moim zdaniem, dziewczyna na świecie...

#h9w4k

Gdy miałam ok. 7-8 lat, na urodzinach mojego dziadka była prawie cała rodzina. I wiecie, napoje takie jak cola i wino też były.
Bawiłam się grzecznie ze swoimi kuzynami, kiedy zachciało mi się pić. Moje pragnienie było nie do opisania, więc zamiast wziąć sobie czystą szklankę, to napiłam się ze szklanki babci. Babcia miała nalany do szklanki napój  podobny do coli, więc nie pytałam się, czy mogę, tylko wszystko wypiłam. Jak można łatwo się domyślić, to cola nie była. To było wino...

Strasznie mnie po tym łeb bolał, a moje pierwsze upicie się jest nadal wypominane na rodzinnych spotkaniach.
Dodaj anonimowe wyznanie