Od roku mam partnera, który przeszedł już swoje w życiu i ma dwójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa, dwie dziewczynki, mają po 7 lat. Widuje się z nimi co drugi weekend. I nie ukrywam, czuję się o to trochę zazdrosna, jak mi opisuje gdzie z nimi jeździł, co robił i jak świetnie się razem bawili. Kiedy my się widujemy, jedyne na co go stać to szybki obiad w knajpie i spacer po mieście.
Wiem, że dużo pracuje i płaci na nie niemałe alimenty, ale czuję się skrzywdzona brakiem możliwości spędzania wspólnego czasu razem w jakiś bardziej urozmaicony sposób. Zazwyczaj z propozycją wychodzę ja.
Czy przesadzam?
Jestem totalną sierotą życiową. Z wieloma rzeczami w życiu sobie nie radzę. Jak ktoś mi coś złego zrobi, to sam sobie bym nigdy nie poradził, nie potrafiłbym zastosować samosądu, tylko musiałbym to zgłosić. Nie mam pojęcia jak np. płacić przez Internet, to znaczy nie wiem co zrobić, by robić zapłaty za zakupy przez sieć. Gdy pracowałem w pewnym zakładzie, to niektórych prostych rzeczy nie potrafiłem zrobić. Powiem jeszcze tyle, że mam już ponad 20 lat, a nie potrafię być samodzielny. Nie śmiejcie się, ale taka jest ponura prawda. Wiele rzeczy robią za mnie domownicy, czuję się, jakbym miał nie ponad 20 lat, a jakbym miał 8, bo ośmiolatek też nie jest niezależnym, samodzielnym człowiekiem.
Śmiało, piszcie, że jestem głąbem, bo taka prawda.
Dzisiaj chciałem sprawdzić, jak mój pies by zareagował, gdybym dostał zawału. Upadłem więc teatralnie na podłogę. Pies mnie obwąchał, po czym podniósł nogę i mnie obsikał...
Przez wiele lat na studiach mieszkałem w dwuosobowym pokoju, z różnymi chłopakami, zazwyczaj znajomymi. Warunki były jakie były, a i hormony robiły swoje. Że prowadzę nocny tryb życia, zdarzało mi się, jak współlokator zasnął, po prostu się w swoim łóżku masturbować. Starałem się być cicho, żaden mi nic nie mówił.
Czy wiedzą? Pewnie tak. W każdym razie nie dawali oznak ku temu ani nie zwracali mi uwagi. To ryzyko przyłapania jeszcze bardziej mnie nakręcało.
Ciężko mi coś napisać tutaj i opisać swój problem, a bardziej chciałabym jakiejś opinii, czy to ja coś źle robię. Postaram się bardzo w skrócie opisać sytuację z tak naprawdę dzisiaj.
Mam przyjaciółkę, która (nie pierwszy raz) nawaliła się i jej pilnowałam i odprowadzałam do domu. Za każdym razem nasi nawaleni totalnie znajomi (ona też) wyzywali ją i mnie i się naśmiewali z różnych rzeczy.
Była w takim stanie, że nie potrafiła nic ogarnąć i to ja jak zwykle jej bronię, próbuję ogarnąć sytuację, pomóc jej, tylko że ona przez to, że nic nie ogarnia, nic z tym nie robi i to mi się dostaje, że to ja jestem sztywna, powalona etc. Tylko dlatego, że ją bronię. A ona każe mi się jeszcze ogarnąć, dlatego że ona "wszystko ogarnia i rozumie", pomimo że jest tak pijana, że ledwo chodzi. Ciężko mi opisać to w krótki sposób, ale chciałabym wiedzieć, czy to naprawdę we mnie jest problem, że jej bronię albo nie pozwalam odwalać jakichś akcji jak jest nawalona albo żeby (pomimo wcześniejszej konsultacji z nią na trzeźwo, że mam jej nie pozwalać) pozwalała komuś spać u niej "bo tak". Nie wiem co myśleć, czy to we mnie jest problem czy nie, że staram się jak najlepiej umiem.
Czuje, że „odchodzę” od rodziny. Ciągle się z każdym kłócę, każdy ma do mnie pretensje nawet jak coś zrobię w domu, bo oni zrobiliby to lepiej. Z matką nawet na siebie nie patrzymy, a z ojcem nie chcę rozmawiać.
Nie wiem co robić. Boję się, że będę musiał odejść, bo długo tego nie wytrzymam...
Moja mama trafiła do szpitala, a lekarz powiedział mi, że zostało jej ledwie kilka dni.
W odwiedziny pojechałam z moją 6-letnią córką. Zaraz po przyjeździe położyła się obok swojej babci i powiedziała jej, że za parę dni trafi do piekła.
Dziś na ulicy spotkałem mojego szefa. Miałem na sobie t-shirt z napisem: „My boss is an asshole” („Mój szef to dupek”). Nie mogę się doczekać jutra...
Mój brat jest królem przypału.
Zacznę od tego, że u nas w domu podczas korzystania z toalety nigdy się nie zamykamy ani nie krępujemy się, żeby wejść, gdy już ktoś tam jest.
Tak więc ostatnio mój brat poszedł na dwóję, a ja akurat w tym czasie zapragnęłam odłożyć paczkę podpasek do łazienkowej szafki. Gdy weszłam, brat uruchomił snapa i zaczął nagrywać filmik. Najpierw nagrywał mnie mówiąc: "Ten moment, gdy chcesz się w spokoju wysrać, a siora ci włazi, żeby odłożyć podpaski'', po czym przełączył kamerkę na przednią i wykrzyczał "Patrzcie jak sram!''. Chciał mi wysłać tego snapa, ale przez przypadek wysłał w prywatnej wiadomości do dziewczyny, która mu się podoba. Plus jest taki, że na tym snapie nie było widać jego sprzętu i że dziewczyna po odpowiedzi w stylu "Wtf?!'' nie roztrząsała dalej tej sprawy. Niemniej jednak do dziś boi się jej spojrzeć w oczy. A ja już planuję mu zrobić koszulkę na urodziny z napisem "Keep calm & patrzcie jak sram" :D
Lata temu robiłem jakiś bzdurny kurs, kaprys ówczesnej szefowej. Kurs był w Starachowicach, jakieś 70 km od domu. Wymagało to jazdy ileś tam razy przez kilka tygodni. Jeździłem wtedy autem „sportowym” dla biedaków, o niejasnej przeszłości, w którym nie wszystko działało jak powinno. Sama marka OK, ale ten konkretny egzemplarz pozostawiał trochę do życzenia. Chyba służył do zrywania asfaltu jakiemuś warszawiakowi, sądząc po rejestracji, w każdym razie nie był to dobry zakup.
Był jesienny, dżdżysty dzień. Mimo że nie jechałem wcale szybko, na jednym z zakrętów wyleciałem z drogi. Złożyły się na to mokra nawierzchnia, parametry auta i przyznaję, niewielki. acz dość szybki ruch kierownicą, bo nieopatrznie przekroczyłem nieco kołem linię środkową i chciałem wrócić na swój pas. Sekundę później zobaczyłem, jak wysokie trawy i krzewy obijają przednią szybę samochodu, który zleciał z niewielkiego mostka nieco w dół, finalnie uderzając bokiem w drzewo. Drzwi nie chciały się otworzyć, więc wyszedłem przez rozbitą boczną szybę. Nic mi się nie stało, poza nadszarpniętym więzadłem w kolanie i nieco sztywnym karkiem. O ile kark bardzo szybko doszedł do siebie, to kolano odzywało się jeszcze długie miesiące po wypadku, ale przy chodzeniu nie przeszkadzało, w treningach również nie. Ból odczuwałem tylko przy teście oporowym w jednym kierunku. Samochód do kasacji, ja bez większego szwanku.
Nie powiedziałem nikomu, że po drodze jakaś kobieta machała „na stopa”. Zazwyczaj biorę kogoś jak macha, bo sam kiedyś też machałem i wiem jak to jest z tej drugiej strony. Kiedy się zatrzymałem, jednak odmówiła. Może nie chciała jechać z mężczyzną, a może miała jakieś przeczucie. Odjeżdżając widziałem, jak macha dalej. Potem wielokrotnie myślałem, że albo miała szczęście, albo dobrą intuicję. Kierowca trzyma kierownicę, jest to jakaś stabilizacja. Pasażer ma z tego względu nieco gorzej.
To było niemal 14 lat temu. Nie miałem z tego powodu traumy, na drugi dzień wsiadłem za kierownicę innego samochodu i normalnie pojechałem do pracy. W momencie wypadku kilka scen z życia przeleciało mi przed oczami, po wszystkim postanowiłem sobie, że życie jest za krótkie, by tracić je na rzeczy nieistotne oraz że warto robić tylko to, co jest ważne i spełniać marzenia. Oczywiście postanowienia sobie, życie sobie, ale to już zupełnie inne historie.
Dodaj anonimowe wyznanie