#W6fRB

Było to 7 lat temu, gdy istniały jeszcze gimnazja. Na niedzielny obiad miałem wtedy rosół, kotlety schabowe, ziemniaczki i surówkę, kotletów zostało, więc wsadziłem je do lodówki. Na następny dzień zimne wyjąłem i wsadziłem między kromki chleba i wziąłem je do szkoły.

Jedną kanapkę zjadłem na pierwszej przerwie, drugą na drugiej przerwie. Trzecia godzina to angielski. Uczyła mnie wtedy pani Natalia, była młoda, zgrabna, tylko że wredna i ruda. Pod koniec lekcji zaczął boleć mnie brzuch, spytałem, czy mogę iść do toalety. Nie mogłem. Po chwili spytałem drugi raz – też nie mogłem, więc z moich czterech liter wydobył się gaz podobny do zapachu gnoju, cała klasa poczuła i wtedy dostałem pozwolenie... Wybiegłem do toalety, miałem 50 m. Gdy już ściągałem do połowy spodnie, z mojego zadka wyleciała kupa, zrobiłem ją tak, że muszla była czysta, bokserki, spodnie od środka też, a za to całe w gównie brudne od zewnątrz. Dokończyłem sprawę już do muszli, zdjąłem bokserki, wytarłem się nimi i je wyrzuciłem do muszli. Poczekałem, aż skończy się przerwa, a zacznie lekcja i poszedłem na stołówkę napić się herbaty, a tam moi koledzy z klasy, śmialiśmy się razem z tego. Oni na lekcje, a ja do domu na pieszo, a miałem 10 km. W połowie drogi zatrzymał się autem mąż mojej wychowawczyni, powiedziałem mu co się stało, podwiózł mnie do domu.
Na następny dzień miałem już ksywkę obsraniec, dowiedziałem się też, że zapchałem WC i obsrałem cała klapę. Miałem wizytę u pedagoga, a co najlepsze w aucie u nauczyciela, który mnie zabrał, pojawiły się 4 choinki zapachowe i dwa zapachy w olejkach, gdzie dzień wcześniej ich nie było...

Dziś jestem kojarzony tylko z tym, gdzie się nie odezwę, nikt mnie z całego gimnazjum i całej podstawówki nie kojarzy, dopóki nie wspomnę o tym, że to ja się zesrałem 7 lat temu w szkole i miałem ksywkę obsraniec. Trochę smutne, bo nikt mnie nie pamięta z imienia czy wyglądu, tylko z tego co robiłem w szkole i w jaki sposób, a byłem typem, który odwalał śmieszne sytuacje. Najważniejsze to mieć dystans do siebie, ja się wtedy nie załamałem, tylko śmieszyło mnie to jak innych. Pamiętam, że usłyszałem wtedy od pani pedagog, że jestem nienormalny, bo się nie przejmuję tym, że mnie wyzywają i dokuczają. A co, miałem się przejmować tym, że zrobiłem kupę w majty, a woźna mnie nie lubiła, bo musiała odpychać kibel? Jarałem się tą sytuacją jak inni i obróciłem to w śmieszna sprawę. Pamiętam tylko, że spodnie były prane trzy razy i nadal nie zszedł ślad... No i te moje majtki z napisem „Nocny wojownik”, które sprawiły, że pomimo że woźna była wkurwiona dodatkową brudną robotą, to się nieźle uśmiała.

#WIQAQ

Jestem wegetarianką z powodów zdrowotnych. W życiu spotkałam wielu ludzi, którzy mieli na ten temat bardzo dużo do powiedzenia, mimo to nigdy nie nakłaniałam nikogo do zmiany diety. Po prostu to nie mój interes, co kto ma na talerzu.

Jestem też w związku z mężczyzną bardzo negatywnie nastawionym na "wymysły" o niejedzeniu mięsa. Nigdy go nie oszukiwałam - od samego początku wiedział, że jestem wegetarianką. Odkąd pamiętam zawsze z tego szydził i próbował na siłę wciskać mi mięso do ust. Dlaczego z nim nie zerwałam? Bo oprócz tej wady to naprawdę wspaniała osoba.

Wszystko jednak się zmieniło, kiedy razem zamieszkaliśmy. Mój limit wytrzymałości na jego teksty został przekroczony. Uknułam szatański plan, który miał mu pokazać, że moje "zamienniki" też są dobre i pożywne. Umówiliśmy się, że od dziś sama będę jeździć na zakupy i gotować, a on miał przejąć sprzątanie. Jako że mam większy talent w kuchni niż on, a lubi sobie podjeść, zgodził się.

Od pół roku nieświadomie jada "mięso" wegetariańskie. Cóż, miała być tylko nauczka, ale kiedy ujrzałam jak zajada się moimi pulpetami czy hamburgerami, a nawet kotletami, które do złudzenia przypominają mięso, a potem zadowolony z siebie mówi "A widzisz, kotku? Jednak nie ma nic lepszego niż mięsko!", nie mam serca tego skończyć. Doszło nawet do tego, że jego wyniki na siłowni znacząco się poprawiły i teraz wszystkim kolegom opowiada, jak ta jego "żonka" wspaniale gotuje i zaprasza na obiad, żeby posmakowali "dań na masę".

A ja tylko śmieję się w duchu, bo ta moja zemsta za te wszystkie męczące słowa jest słodka jak miód. No i pokazuje jak wiele siedzi w naszych głowach. ;)

#OF46i

Kojarzycie teleturniej Rosyjska Ruletka?
Po kilku błędnych odpowiedziach, prowadzący pociągał za dźwignię i uczestnik wpadał do dziury.

Jak byłem mały, bardzo mały, to myślałem, że taki przegrany tam zostaje na zawsze i umiera z głodu i ich chciałem zgłosić na policję, ale potem pomyślałem, że przecież jacyś policjanci też to na pewno oglądają i skoro nic z tym nie robią, to sam muszę zorganizować akcję ratunkową. Chciałem się tam zgłosić i jakoś dyskretnie uwolnić innych. Tylko nie wiedziałem jak się tam dostać. Do dzisiaj nie wiem.

#YnCd1

Wkurza mnie niemiłosiernie to, że na każdym kroku próbuje się wyłudzać nasze dane. Firmy takie jak Google czy Microsoft wykorzystują każdą okazję, byle zmusić użytkowników do zakładania kont i w konsekwencji – podawania swoich danych. Konfigurujesz telefon? Podaj swoje imię, nazwisko, datę urodzenia. Chcesz aktywować licencję na Office’a? To samo. Wkurzające.

#4YIHr

Niedawno zaręczyłam się ze swoim długoletnim partnerem (po 8 latach). Jestem jedynaczką, ale nie rozpuszczoną, wbrew powszechnej opinii, ponieważ u mnie w domu nigdy się nie przelewało. Mój narzeczony za to ma dwie siostry i brata, z czego siostry są w podobnym do mnie wieku.

Cale życie marzyłam o rodzeństwie, bo ani nie mam za bardzo kuzynostwa (trójka i wszyscy mieszkają daleko), ani przyjaciółki już tak czasu nie mają. Wiecie, dom, rodzina i zostaje kawa raz na dwa tygodnie. Brakowało mi rodziny, zwłaszcza że mieszkam daleko od domu rodzinnego i pomimo codziennego rozmawiania z rodzicami to nie to samo.

Niestety, nie mogę się dogadać z rodzeństwem partnera. To znaczy, nasze relacje są dobre, lubimy się, ale o niczym mi się nie mówi. Czy to o zaręczynach, czy ciąży, czy choćby chorobie dowiaduję się ostatnia i to przez przypadek. Mam wrażenie, że rodzeństwo partnera wraz ze swoimi partnerami tworzy klub, do którego nie mogę się dostać.

Jest mi zwyczajnie przykro. Ludzie mnie lubią, nawet oni, ale pomimo tego nie czuję, jakbym była w rodzinie. Teoretycznie nie jestem i myślałam, że po zaręczynach bardziej mnie zaakceptują, ale nic z tego.

Próbowałam wywrzeć wpływ na narzeczonego, że teraz ja przecież zostanę jego rodziną i może ze mną by się zakolegował, ale on to tylko bagatelizuje, bo przecież mnie wszyscy lubią. No może i tak, ale nadal czuję się jak obca. Ostatnio właściwie przez cały czas czuję się samotnie. Dużo z tego powodu płaczę, pomimo zaręczyn jakoś nie czuję się szczęśliwa, brakuje mi rodziny. I to bardzo. Tęsknię na rodzicami. Może nie powinnam do nich tęsknić, skoro mam 26 lat i narzeczonego, ale nic nie poradzę. Mam wrażenie, że jestem sama samusieńka na świecie i mało kogo obchodzę.

Partner niby mnie kocha, ale wiem, że z każdą pierdołą potrafi lecieć do siostry i wystawić mnie. Rok temu pojechali sobie razem na jeden dzień nad morze i mnie nie zabrali, choć jego siostra wzięła ze sobą męża. Dla mnie miejsca zabrakło. To boli. Naprawdę boli myśl, że pomimo tyłu lat razem nadal nie jest się na pierwszym miejscu. Partner twierdzi, że ja po prostu nie rozumiem relacji rodzeństwa. Może i jest w tym prawda.

Kocham go, jest dla mnie dobry. Rzadko się kłócimy, mamy wspólne plany i marzenia, dogadujemy się na każdym polu oprócz tego. Mam wrażenie, że jakich słów bym nie użyła, on mnie po prostu nie rozumie.

#FKt45

Wydarzyło się to kilka lat temu. Na pewnym portalu, oferującym między innymi wejściówki na przeróżne wydarzenia za połowę ceny, wykupiłem grę w kręgle dla czterech osób w galerii na warszawskim Mordorze. Udałem się tam z przyjacielem i dwoma nowo poznanymi koleżankami. Na miejscu dostaliśmy stolik przy torze, zamówiliśmy sobie alkohol oraz coś do jedzenia i bawiliśmy się świetnie. Gdy czas wynajmu toru dobiegł końca, ruszyliśmy w dalszą drogę, by oddawać się szaleństwom sobotniej nocy. Wieczór był bardzo udany.
Rano, przeliczając wydatki z zeszłej nocy, zorientowaliśmy się z przyjacielem, iż nie zapłaciliśmy za alkohol i jedzenie, które do wykupionego wcześniej toru żeśmy zamówili. Szybka decyzja – trzeba wrócić i oddać. W okolicach kolejnego weekendu wszedłem do galerii, udałem się do klubu i podszedłem do barmana, celem uregulowania zaległości. On trochę zdziwiony, podzwonił po kelnerkach, aby ustalić, która z dziewczyn była tego wieczoru odpowiedzialna za naszą część sali. Dostał następnie ode mnie odliczone pieniądze z dodatkowym napiwkiem i rzekł do mnie:
– Pierwszy raz to się zdarza.
– Pierwszy raz ktoś zapomniał zapłacić? – zapytałem go.
– Nie – odpowiedział. – Pierwszy raz ktoś wrócił i oddał.

Zdębiałem, jeszcze raz przeprosiłem i wróciłem do domu pełen zadumy nad ludzką uczciwością...

#g1LDb

Wyznanie jak najbardziej anonimowe, bo wiedzą o nim tylko dwie osoby. Ja i wspomniana poniżej siostra cioteczna – zwana dalej kuzynką.

Druga połowa lat 90., miałem wówczas 17-18 lat. Wraz z bratem o rok młodszym pojechaliśmy w odwiedziny do wujostwa (siostry naszej mamy), a co za tym idzie do naszego kuzynostwa, w tym kuzynki starszej ode mnie o trzy lata. Z kuzynką zawsze świetnie się dogadywałem, podobnie z jej koleżankami – rówieśniczkami. Jak to w tym wieku bywa, postanowiliśmy wypełnić ten wieczór wyjściem na imprezę. Tak więc ja, mój brat, kuzynka i chyba dwie koleżanki poszliśmy do knajpy z muzyką (nie było wielkiego wyboru – małe miasteczko). Bawiliśmy się świetnie, piliśmy alkohol, hormony buzowały. Udało mi się zbajerować jedną z dziewczyn i kiedy towarzystwo się rozchodziło stwierdziłem, że zostanę z koleżanką, licząc na coś więcej. Niestety oprócz pocałunków i jakiegoś macania nie doszło do niczego więcej, więc niespełniony wróciłem do miejsca spoczynku. W domu wujostwa nie było zbyt wiele miejsca i młodzież spała w jednym pokoju. Mój młodszy brat na podłodze, kuzynka na rozłożonym łóżku i tam też obok niej było dla mnie miejsce. Zmęczony imprezą i alkoholem położyłem się celem szybkiego zaśnięcia, nie było ono jednak mi dane. Poczułem prawie natychmiast rękę na swoim udzie i między nogami. Z uwagi na fakt, że wcześniej obszedłem się smakiem, oraz na ilość wypitego alkoholu, puściły mi hamulce. I tak w wieku kilkunastu lat przespałem się z najbliższą kuzynką.

Nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat, ale i też nie krępowaliśmy się w żaden sposób w swoim towarzystwie… Taka historia sprzed ponad 20 lat :)

#7jvqp

Pracuję w centrum handlowym. Prowadzę salonik prasowy. Mamy dość duży ruch, zwłaszcza w weekendy, kiedy to na zakupy wybierają się całe rodziny.
Problem zaczyna się, kiedy taka matka czy ojciec przyprowadzą ze sobą upośledzone, często już dorosłe dziecko. Ja wiem, że taka chora osoba nie zdaje sobie sprawy, że nie powinna robić niektórych rzeczy: drzeć gazet, pluć na podłogę czy zgniatać batoników, ale gdzie są wtedy rodzice? Ano stoją sobie w drugim końcu sklepu i zaaferowani przeglądają gazety i książki. Zwrócenie uwagi skutkuje zazwyczaj świętym oburzeniem: „Pani nie ma za grosz empatii, pani jest uprzedzona! Czy pani nie widzi, że to chore dziecko jest?”. Kubłem zimnej wody staje się dla takiego „troskliwego rodzica” rachunek wystawiony za zniszczone rzeczy, które podczas zabawy „biednego dziecka” ja i moje pracownice skrupulatnie zbieramy i nabijamy na kasę. Rekordzistką była mamusia, która za zniszczenia poczynione przez swojego syna zapłaciła 124,80 zł. Chłopak niszczył wszystko, czego dotknął. Samych podartych gazet uzbierało się na ponad 60 zł.
Nieraz próbują protestować. Wmówić, że takie już było, że nie Adaś pogniótł, podarł, zniszczył. Zapraszamy wtedy na zaplecze, gdzie pokazujemy nagranie z kamer. Taki seans najczęściej odbywa się już w asyście pracownika ochrony, wezwanego stosunkowo wcześniej, na wypadek gdyby mama lub tata usiłowali umknąć bez płacenia za szkody.

Żal mi tych ludzi, tych śliniących się, bełkoczących dzieciaków. Ale zachowanie tych wszystkich rodziców sprawia, że po prostu ich nie lubię...

#QJYL3

Zacznę od tego, że jestem bardzo bogata... A dokładniej moi rodzice są. Mimo tego, że mieszkam w domu z basenem i jeżdżę drogim samochodem, wychowano mnie tak, aby nie patrzeć na ludzi przez pryzmat pieniędzy. Nigdy nie zdarzyło mi się chwalić stanem majątkowym moich rodziców, a tym bardziej wywyższać z tego powodu. Ale przechodząc do sedna...

Owszem, ja nie oceniałam ludzi po tym ile mają pieniędzy, ale oni robili to w przypadku mnie. Cały okres nauki szkolnej wspominam bardzo źle. Gdy byłam miła i pomocna, wszyscy się zachwycali jaka to jestem "inna niż wszystkie bogate laski", ale gdy coś mi się nie spodobało i zaznaczałam to w kulturalny sposób, padało "to, że jesteś bogata, nie znaczy, że lepsza!". I tak czas mijał... W podstawówce jeszcze dało się żyć, dzieci były bardziej skupione na zabawie niż pieniądzach, ale gimnazjum i liceum... Koleżanki potrafiły wybrać się ze mną na duże zakupy, a przy kasie "nagle" się zorientować, że rzekomo zapomniały portfela i przecież "Ola, zapłacisz za mnie? Tobie to nic nie robi te 500 zł". Przyznam, że nie raz godziłam się na to, gdyż nie chciałam stracić jednych koleżanek, które mnie lubiły. Czułam się wykorzystywana.

Pamiętam jedną sytuację z gimnazjum, gdy bardzo lubiana znajoma oznajmiła mi, że zaprosi mnie na swoje urodziny, jeśli kupię jej drogi telefon. Nie kupiłam... Zwyzywano mnie i opluto, bo przecież "przez moje bogactwo jestem zachłanna i nie chcę się dzielić". W liceum było jeszcze gorzej, chyba trafiłam na złe otoczenie... Ludzie mnie okradali, nie raz zabrano mi buty z szatni czy nawet kurtkę. Bardziej "patologiczne" przypadki wyglądały tak, że kilka starszych dziewczyn czekało na mnie pod szkołą i groziły mi, że mnie pobiją, jeśli nie oddam im pieniędzy. Szczytem wszystkiego była sytuacja, gdy zaczęłam się spotykać z chłopakiem z równoległej klasy. Z początku było pięknie, ale po miesiącu zaczęły się natarczywe prośby, czy kupię mu nowy telefon, komputer, a nawet czy zasponsoruję mu wycieczkę za granicę wraz z dwoma kumplami, oczywiście beze mnie. Zakończyłam to, a on w rzekomej zemście przychodząc do mojego domu po kilka swoich rzeczy, które kiedyś zostawił, ukradł telefon mojej mamy, który zostawiła w kuchni na blacie.

Mam 19 lat, zero znajomych, przestałam ufać ludziom. Co z tego, że stać mnie na coś drogiego, jeśli jedyne czego pragnę to prawdziwa przyjaźń i miłość. Nigdy takiej nie zaznałam. I apeluję, nie oceniajcie ludzi przez pryzmat pieniędzy! Nieważne, czy są biedni czy bogaci, każdy jest człowiekiem i zasługuje na ten sam szacunek! Wnętrzem człowieka nie są pieniądze.
Dodaj anonimowe wyznanie