Jestem po uszy zakochana w pewnym chłopaku. Ze względu na to, że oboje kończymy szkołę za cztery miesiące, a potem każde z nas jedzie w swoją stronę (on wyjeżdża na studia za granicę, ja do innego miasta, a ja nie chcę pakować się w związki na odległość), to postanowiłam nie podejmować w tym kierunku żadnych kroków. Ot, postanowiłam się z niego wyleczyć, biorąc pod uwagę fakt, że on nigdy nie dawał mi żadnych jednoznacznych sygnałów.
Czasami jednak (szczególnie w samotne piątkowe wieczory) wyciągam telefon i czytam wiadomości, które wymienialiśmy, albo przeglądam po raz setny jego zdjęcia na facebooku. W ostatni piątek zauważyłam, że zmienił profilowe, a że miałam tego dnia wyjątkowego doła, zapisałam sobie to zdjęcie i ustawiłam na tapetę. Stwierdziłam, że zmienię ją z powrotem w poniedziałek przed szkołą (tak, by nikt jej nie zobaczył), a sama będę mogła przez weekend zerkać co chwilę na jego uśmiechniętą mordkę.
W sobotę wybrałam się do miasta i wracając już do domu z rękami pełnymi zakupów oczywiście musiałam wpaść na NIEGO. Porozmawialiśmy chwilę, pożartowaliśmy, po czym on... zapytał, czy może ode mnie zadzwonić do naszego wspólnego kolegi (umówili się w mieście, a on nie miał nic na koncie). Zgodziłam się ochoczo.
Po kilku minutach oddał mi telefon, po czym pożegnaliśmy się, ale on nie mógł się przestać uśmiechać. Kiedy już poszedł, zdałam sobie sprawę, że nadal mam to cholerne zdjęcie na tapecie... Myślałam, że spalę się ze wstydu.
Do późnego wieczora zastanawiałam się, jak ja mam mu spojrzeć w oczy. Byłam załamana... aż do momentu, w którym dostałam od niego wiadomość.
To było zdjęcie. Zdjęcie jego ściany i przyklejonej do niej fotografii, która... przedstawiała mnie. Podpis był krótki - "Ja też lubię patrzeć na twój uśmiech".
No cóż... chyba się z niego nie wyleczę.
Moja babcia namawia moich rodziców, żeby mnie wydziedziczyli. Powiedziała im też, że zapewne jestem gejem i satanistą. Dlaczego? Nie poszedłem na studia do WSKSiM w Toruniu (dla niezorientowanych: to szkoła należąca do Lux Veritatis, założona przez Rydzyka). Według niej tylko tam miałem szansę "wyjść na ludzi".
Pozdrawiam, student politechniki.
Niedawno przeczytałam wyznanie dziewczyny, której partner zwleka z zaręczynami, wykorzystuje zaręczyny jako argument do wygrania kłótni itd. Moja sytuacja jest równie przygnębiająca.
Jestem ze swoim partnerem ok. 8 lat, znamy się praktycznie od dziecka. Mieszkamy ze sobą od 2 lat, nie kłócimy się, kochamy się... ale o zaręczynach mogę tylko pomarzyć. Rozmawialiśmy nieraz o ślubie, dzieciach, ale jak czekałam na krok w przód, tak czekam nadal. Gdy wspominałam zbyt często o zaręczynach, potrafił się wkurzyć na mnie i burknąć „nie naciskaj”.
Wiem, że mnie kocha i myśli o wspólnej przyszłości, ale cholera! Na co on czeka? Sama już o tym nie wspominam, nie chcę naciskać, ale coraz bardziej myślę o tym, co jest nie tak...
Pomimo tego, że zaręczyny niczego nie zmieniają, tylko nazewnictwo z „dziewczyna” na „narzeczona”, to dla wielu kobiet są bardzo ważne.
Aż boję się pomyśleć, ile będę musiała czekać na ślub...
Od czterech lat moje życie jest zbudowane na naprawdę okrutnym i wielkim kłamstwie. Boję się, że jak je zdradzę komukolwiek, to będę musiał się zabić, żeby nie przechodzić przez piekło.
Mam zaledwie 16 lat, a moim problemem jest jedzenie, a dokładniej kcal.
Od małego lubiłam jeść, a w 5 klasie sporo przytyłam, co moi rodzice dawali mi dość mocno do zrozumienia. W 8 klasie moja figura była mi obojętna do czasu, w którym zaczęły lecieć do mnie przykre dosyć zaczepki, np. w ojciec potrafił przy mojej koleżance powiedzieć, żebym „weszła na steper” i wiele innych, codziennie spotykałam się z takimi komentarzami, nie tylko od niego, bo gdy szłam po jedzenie, to rodzice wytykali mi jego ilość. Z 67 kg przeszłam na 57, pasowało mi to, mimo iż osiągnęłam to głodówkami. Kiedy zaczęło już być lepiej i zaczęłam normalnie się odżywiać, to słyszałam komentarze, że znów coś mi się przytyło, więc znowu zaczęłam się głodzić, później się obżerać. I ciągle tak mam. Po zjedzeniu większego posiłku czuję się bardzo źle i myślę tylko o ilości zjedzonych kcal. Mam tego dość, mam obsesję na punkcie swojej wagi, stając przed lustrem widzę siebie o większych rozmiarach. Zrobiłam zdjęcie przy różnicy kilku kg i naprawdę było widać różnicę, która na zdjęciu mnie satysfakcjonuje, ale nie mogę normalnie jeść, bo przytyję, a jak przytyję, to znowu będę się niefajnie czuła, bo od wagi zależy mój humor.
Moja żona zaszła w ciążę, planowaną, jesteśmy szczęśliwi, wszystko super. Poszła do szefa powiedzieć jaka jest sytuacja i tu pierwsze zdziwienie: szef poprosił ją, aby została jeszcze tydzień, bo akurat mieli ważny projekt w pracy na ukończeniu. Moja luba wytłumaczyła, że chciała tylko poinformować, bo uważała, że tak wypada, że wcale nie ma zamiaru rezygnować z pracy (to był 2 miesiąc ciąży, czuła się dobrze, nic nie zmuszało jej do L4). Szef szczęśliwy, powiedział, że jeśli się będzie gorzej czuła czy coś, to ma od razu zgłaszać i się niczym nie przejmować.
Fajnie, że się troszczy, ale troszczy się tylko szef, bo gdy inne kobiety z jej pracy dowiedziały się o tym, że jest w ciąży i nie poszła na L4, to zaczęła się masakra.
Nie było dnia aby nie usłyszała, że nie dba o dziecko, niektóre mówiły jej nawet, że chce je zabić, sytuacja z dnia na dzień była gorsza. Była z tym u szefa, ale on stwierdził, że nie ma wpływu na to co inni mówią, jedyne co mógł zrobić, to pozbawić premii za ostatni kwartał owe miłe panie.
Żona wytrzymała tak 2 tygodnie, sam radziłem jej iść na to L4, widząc jak dzień w dzień wraca zapłakana z pracy.
Tak właśnie kobiety, zachowując się najgorzej jak tylko mogły, pokazały jakie są i na co zasługują.
Poszedłem na imprezę do klubu disco polo. I wiecie co? Bawiłem się wspaniale, to była świetna impreza.
Anonimowe? Ano tak. Bo wśród znajomych uchodzę za totalnego przeciwnika tej muzyki... ze strachu przed wyśmianiem. A w głębi duszy kocham disco.
Nie piję już rok alkoholu, więc uznałem, że czas podzielić się z kimś moim doświadczeniem.
Ludzie myślą, że odwyku potrzebują tylko pijący i ludzie, którzy rujnują swoją karierę i godność piciem. Otóż ja wcale nie byłem pijakiem, bo upijałem się sporadycznie, raz na rok może. Nie zniszczyłem sobie kariery ani się nie stoczyłem. Pewnego dnia jednak uświadomiłem sobie, że wszystkie moje problemy, złe decyzje, których żałuję i które skutkują do dziś, wszystkie głupie zachowania, kłótnie z żoną, oglądanie porno i inne dewastujące nawyki były po alkoholu. Ograniczone panowanie nad sobą jest dość oczywistym skutkiem picia, ale w moim przypadku to również niestabilność emocjonalna – stawałem się dwubiegunowy, raz przeszczęśliwy, potem przybity. Pierwszy miesiąc był trudny, ale po roku bez picia widzę, jak wszystko w życiu ulega poprawie. Jakbym obudził się z jakiegoś snu, w którym biegam i stoję w miejscu. Teraz kontynuuję rozwój osobisty, rodzinny, zawodowy itd., który zatrzymał się przez alkohol.
Piłem jedno, dwa piwa średnio co dwa dni. Też tak macie i myślicie, że to nie problem? To spróbujecie nie pić przez trzy miesiące.
Mój słodko niezdarny chłopak stłukł szklankę z limitowanej edycji.
Następnego ranka przy śniadaniu przepraszał. Nie byłam zła, wyjaśniając to wyciągnęłam z szafki mój ulubiony kubek i tłumaczyłam, że o zniszczenie tego dostałabym piany z pyska, ale ma się nie przejmować tamtą szklanką.
Niestety zapomniałam, że ironia mnie kocha.
Gdy to tłumaczyłam, mój kubek wypadł mi z ręki.
Tak że ten, mi było przykro. A on jeszcze nigdy nie był tak siny z powodu tłumionego śmiechu :/
Siedzę na kibelku, dwójeczka w trakcie.
Po wszystkim odrywam kawałek papieru, wydmuchuję nos i podcieram tyłek. Prawie zawsze tak robię.
Że też musiałam ten jeden raz pomylić sekwencję...
Dodaj anonimowe wyznanie