#a1Xw8

Właśnie wróciłam z siłowni i nieprędko tam wrócę. Ale po kolei.

Za rok biorę ślub. Z racji tego postanowiłam zrzucić parę kilogramów. Dokładnie 25. Jestem gruba, ale udało mi się znaleźć faceta, któremu w ogóle to nie przeszkadza. Chcę schudnąć dla siebie. Najbardziej motywuje mnie to, że nie chcę wyglądać jak ziemniak na własnym ślubie. Przeszłam na dietę, zaczęłam biegać, jeździć na rowerze. Schudłam 5 kilogramów i byłam wniebowzięta. Postanowiłam zapisać się na siłownię.
Idę sobie zadowolona, z pozytywnym nastawieniem. I wiecie co? Jeszcze chyba nigdy nie usłyszałam tylu nieprzyjemnych komentarzy. "Chodakowskie" i "Lewandowskie" patrzyły na mnie z pogardą i szeptały miedzy sobą. "Pudziany" również rzucały niepochlebnymi komentarzami. Nie wiem, czy na każdej siłowni tak jest, ale naprawdę zrobiło mi się przykro.

Dobra, wiem, jestem gruba. Z własnej winy. Jednak próbuję coś z tym zrobić. Próbuję zmienić swoje życie i zamiast ze wsparciem, spotykam się z hejtami. Ludzie, trochę wyrozumiałości. Nie od razu Rzym zbudowano.

#5i7VH

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że kobiety, które chcą realizować tradycyjny model rodziny są potępiane i to z reguły przez kobiety. Jednak od początku...

Swojego męża poznałam jeszcze w szkole średniej, w wieku 24 lat wyszłam za mąż, potem skończyłam studia, znalazłam pracę, podobnie jak mąż. Od zawsze chcieliśmy dużą rodzinę, więc w wieku 25 lat byłam już w pierwszej ciąży, w wieku 27 w drugiej, w wieku 29 w trzeciej, a gdy miałam 32 lata urodziłam czwarte i ostanie dziecko.

Gdy rodzicom i znajomym powiedziałam, że zostaję z dziećmi w domu, to wszyscy się oburzyli. Nie docierały tłumaczenia, że koszt żłobka dla jednego dziecka to 1000 zł miesięcznie w naszym mieście, że za przedszkole liczą sobie 500 i zwyczajnie naprawdę nie opłacało mi się iść do pracy. Próbowałam wrócić na pół etatu do swojej starej pracy, ale nie chcieli mi dać takiego wymiaru godzin. Mąż dobrze zarabia, jest w stanie nas utrzymać, więc siedzę w domu, choć siedzę to za dużo powiedziane.

Nawet nie zliczę, ile razy moje "koleżanki", które zamiast pieluch wybrały karierę, potrafiły szydzić ze mnie, że wybrałam żywot kury domowej. Nawet rodzina, a zwłaszcza moja mama, potrafiła mi powiedzieć jak czasami mówiłam jej, że padam z nóg, że po czym ja jestem zmęczona, jak do pracy nie chodzę. Jak chodziłam swego czasu na hybrydy, to ludzie się burzyli, że jak to tak, nie pracuje, a na przyjemności ma. Ogólnie panuje przekonanie, że kobieta w tych czasach to powinna robić karierę, rodzić dzieci, opiekować się domem i mężem i przy okazji się rozdwoić.

Gdy idę z dzieciakami do sklepu czy do parku, to naprawdę widzę nieprzychylne spojrzenia. Jak byłam w ostatnim miesiącu ciąży, z dwójką dzieci pod pachą w aptece i źle się poczułam, to jeszcze usłyszałam, że tyle dzieci narobiłam, to pewnie zdrowa jestem i tylko od kolejki chcę się wywinąć.

Przytyków o beneficjentach, patologii, czy w ogóle o całym 500+ to nie zliczę. Jasne, korzystamy z dodatków, odkładamy, kupujemy za to dzieciakom ciuchy czy kursy albo kolonie latem dla najstarszych. Ale to przecież nie grzech. Poradzilibyśmy sobie i bez tego, ale skoro moje dzieci mogą mieć coś ekstra, to czemu by nie? W ludziach jakaś taka nienawiść narasta i niesprawiedliwość społeczna, ale to naprawdę nie jest wina rodzin wielodzietnych. Przynajmniej takich normalnych, nie patologicznych.

Ja wiem, że ludziom się nie dogodzi i kobiety, które nie chcą mieć dzieci w ogóle też mają przerąbane. Każdy kij ma dwa końce.

Mnie w tej sytuacji jednak boli najbardziej, że najwięcej przykrych komentarzy usłyszałam właśnie od kobiet i to często zupełnie obcych. Beneficjentka, kura domowa, krowa rozpłodowa czy po prostu "patusiara". A musicie wiedzieć, że naprawdę mamy normalny dom, stać nas na wakacje, dzieci są czyste, zadbane, w miejscach publicznych grzeczne. Po prostu nie rozumiem tej nienawiści.

#wkkyJ

Historia miała miejsce w maju kilka lat temu. Trzecia klasa gimnazjum. Po napisaniu egzaminów wszyscy, nawet nauczyciele, odetchnęli i trochę się wyluzowali. Najbardziej nasz matematyk – mimo że słynął ze swoich niezapowiedzianych kartkówek, wtedy już nam odpuścił (swoją drogą to jeden z najlepszych nauczycieli, jakich w życiu miałam).

Całą klasą już na początku gimnazjum stwierdziliśmy, że pod koniec szkoły zrobimy coś, żeby historia o naszym wyczynie krążyła wśród następnych pokoleń. Obmyśliliśmy plan idealny.

Jak wiadomo, maj to rozpoczęcie sezonu na grillowanie. Zrobiliśmy więc wielką naradę wojenną, na której zarządziliśmy składkę i rozdzieliliśmy zadania. Tego dnia kilka osób, w tym ja, przyszło do szkoły 10 minut po dzwonku. Klasa już dawno weszła do sali, a my wszystko przygotowaliśmy i czekaliśmy na sygnał w postaci SMS-a.

A teraz wyobraźcie sobie minę nauczyciela, kiedy w połowie lekcji drzwi gwałtownie się otwierają i wchodzą uczniowie targający pojemniki z mięsem, papierowe talerzyki, plastikowe widelce i przenośnego grilla, krzycząc „Niezapowiedziana karkówka!” :D

#b34Vy

Będzie o niebezpieczeństwie nadmiernego spożycia alkoholu i wstydliwych tego skutkach.

Lata temu, dość mocno już zrobiony, wracałem po jakiejś imprezie nocką ciemną do domu i spotkałem na ulicy jakiegoś człowieka, który poprosił o ogień. Grzecznie przypaliłem mu papieroska, po czym ruszyłem w swoją stronę.
Nagle zapragnąłem sprawdzić godzinę i z przerażeniem stwierdziłem brak czasomierza. Ruszyłem z kopyta za palaczem, dopadłem go i ryknąłem „Oddawaj zegarek!”. Jako że posturę mam niezgorszą, to delikwent bez protestów zegarek mi oddał.
Dumny z siebie ruszyłem do domu, gdzie ujrzałem mój zegarek leżący sobie na półeczce...

#zAoEc

Gdy byłam w gimnazjum, miałam za zadanie napisać opowiadanie o wymarzonym (bądź nie) świecie. Ponieważ stwierdziłam, że Utopia jest nudna, napisałam o pożarze podziemnego miasta, o tym, że ludzie zabijali się nawzajem uciekając, i o jedynym strażaku walczącym z ogniem do samego końca. Ów strażak uratował kota, ale padł ofiarą tlenku węgla i zmarł sam na zgliszczach miasta. Takie typowe, smutne zakończenie. No właśnie. Zakończenie...

Mój tata, który miał za zadanie wydrukować historyjkę, korzystając z chwili mojej nieuwagi, pozmieniał trochę, a raczej dodał ciąg dalszy końca opowiadania tak, że po jego edycji brzmiało ono: „Trzy dni później Węgielek (bo tak nazywał się kot) w towarzystwie larw i hien rezolutnie nadgryzał lekko przypalone uda strażaka, od czasu do czasu wylizując rozkładający się tłuszcz z podbrzusza i pośladków. Jest dużo lepsze niż whiskas – pomyślał. Potem beknął, miauknął i spierdolił”.

Nie zauważyłam tego i oddałam pracę nauczycielce. Dostałam 5.

#iQk78

Ostatnio mój chłopak zabrał mnie do parku, w którym była nasza pierwsza randka, i tam mi się oświadczył. Minutę później złapał mnie za rękę, spojrzał mi w oczy i powiedział: „Kochanie, możemy już jechać do domu? Bo strasznie chce mi się srać”...
Wtedy już wiedziałam, że to ten jedyny :D

#uuN2m

Pewnej nocy mojej mamie przypomniało się, że ma wyjąć z zamrażarki mięso na obiad na następny dzień, więc zeszła do kuchni, gdzie ja siedzę sobie zacnie z rozłożonym jedzeniem na stole i jadłem smaczne, zrobione przez siebie kanapeczki. Mama mnie zobaczyła i niby spokojnie spytała co robię o tej później godzinie. Odpowiadam, że jem sobie. Na to ona, że spać powinienem, że pogadamy rano i lodówka będzie na noc zamykana. Powiedziała to takim tonem, że jednak zrobiły mi się wyrzuty, że jem. Pomyślałem, że może nawet rano być awantura. Taka jest moja mama...
Włożyła mięso do garnka, zalała wodą, położyła na zlew i poszła dalej spać.
Ja sobie jem dalej, po czym wpadłem na genialny pomysł. Pomyślałem sobie, że fajnie by było, gdyby nakrycie mnie na gorącym uczynku w ogólnie nie miało miejsca. Mama wyglądała na trochę zaspaną... Więc wyciągam to mięso z garnka, wylewam wodę, chowam garnek i mięso i wszystko ogarniam tak jakby nic się nie stało.

Rano mama mnie budzi, pyta gdzie mięso i dlaczego jadłem w nocy. Odpowiadam z poważna miną, że nie wiem o co chodzi... Zrobiła dziwną minę, odwróciła się i mruknęła „może mi się przyśniło”.

Geniusz zła.

#Nfu6s

3 lata temu, pracbaza. Przychodzi nowa dziewczyna. Singielka, tak 8/10 w sumie, uśmiechnięta, blondynka, okulary. Mój typ, powiem Wam. Może warto się zainteresować? Ze wszystkimi gadała normalnie, dla mnie była chamska i niemiła od pierwszego zdania. Wręcz czasem mnie poniżała, wyśmiewała przy innych. Ogólnie jestem osobą z dystansem do siebie, więc dużo po mnie spływało.

Któregoś razu się okazało, że jej jakaś niby znajoma koleżanka koleżanki sprzedaje domowe pierogi na wagę. Blondyna zbierała więc zamówienia pierogów w dziale. Ja powiedziałem, że się nie skuszę, nie lubię pierogów, choć uwielbiam. Stwierdziłem, że nie jesteśmy żadnymi przyjaciółmi, więc nie chcę z nią wchodzić w pierożane interesy ani się spoufalać. Kolega podpowiadał, że może wymieniłbym się z nią numerami, to może bym znalazł jakieś dobre pierogi w końcu, ona by jakieś inne poleciła. Również stwierdziłem, że nie dam jej numeru, bo będzie do mnie dzwonić i mówić np., że jak patrzy na mnie jak jem, to chce jej się rzygać, bo przypominam świniaka w chlewie.

Teraźniejszość. Umówiliśmy się na kawę. Ona uśmiechnięta, powiedziałbym, że kwitnie, 9,5/10 w mojej skali atrakcyjności. W związku z innym kolegą z pracy.

Przyznała mi się, że była dla mnie tak chamska, bo jej się spodobałem od pierwszego wejrzenia, tylko nie umiała zagadać. Pierogi lepiła sama, a zamówienia były fejkowe. Pytała innych, co lubię jeść, w tajemnicy przede mną, i dowiedziała się, że właśnie pierogi. Chciała, żeby było mi miło i to miał być pretekst, by wymienić się numerami, zacząć od pierogów, przez żołądek do serca. Myślała, że się domyślę. Złapałem się za głowę i spytałem - a nie mogłaś spytać, czy idziemy na przerwie na kawę? Puścić mi oczko? Po prostu wziąć numer?

Była zdziwiona, że nie odczytywałem sygnałów. Powiedziałem, że jak następnym razem usłyszę od dziewczyny, że jestem tak zje*any, że po dwóch minutach przebywania ze mną musi iść na szluga, to pójdę do apteki po gumki.

#245Wz

Ta historia nie przydarzyła się mi, tylko znajomym mojej koleżanki. Małżeństwu.

Swego czasu pracowali w Anglii. Pewnego dnia kobieta myślała, że jest w ciąży. Wysłała męża po test do apteki. Koleś nie wiedział, jak zapytać o niego po angielsku. A że był zestresowany, nie pomyślał o tym, żeby sprawdzić np. w Internecie. Co więc zrobił? Podszedł do pani przy ladzie i powiedział: „Maybe yes, maybe no, maybe baby, I don't know”. Ekspedientka zrozumiała i z uśmiechem podała mu test.

Jak widać, kreatywność to podstawa :D

#lOp38

Ze względu na nie do końca jasną sytuację moralno-prawną, nie będę zdradzała tu zbyt wielu szczegółów o sobie. Powiem tylko tyle, że dorabiam sobie jako opiekunka do dziecka.

Chłopiec jest niepełnosprawny i to zarówno umysłowo, jak i ruchowo. Do moich obowiązków należy między innymi mycie go. No i tu zaczyna się problem, bo o ile w życiu codziennym chłopiec nie nastręcza żadnych trudności, to pod prysznicem sytuacja już się komplikuje. Chodzi o to, że on wszedł w okres dojrzewania, ma już owłosienie łonowe, i próba wymycia go skutkuje najzwyczajniej na świecie wzwodem. Za pierwszym razem byłam w szoku. Początkowo chciałam zgłosić to rodzicom, ale po krótkim namyśle doszłam do wniosku, że właściwie co chcę zgłaszać? Naturalną reakcję organizmu? Podejrzewam, że gdybym te same czynności robiła zdrowemu chłopcu, to ten zareagowałby dokładnie identycznie. Tyle że zdrowy chłopiec w jego wieku myje się sam. Tu sytuacja jest jednak inna. Tu potrzebna jest pomoc. Postanowiłam więc nic nie mówić i robić swoje bez zwracania na to uwagi. Niestety okazało się to ślepą uliczką, bo chłopiec raz zasmakowawszy przyjemności zaczął domagać się więcej. Nie chciałam, aby przez drzwi ktokolwiek to usłyszał, więc aby go uciszyć, wracałam namydloną dłonią między nogi. Któregoś razu musiałam tak często wracać, że niespodziewanie trysnął. Aż się przestraszyłam. Jednak - o dziwo - po wszystkim zaraz się uspokoił i nie robił więcej problemów z niczym.

Obecnie doszło do paradoksalnej sytuacji, w której aby w ogóle dał się umyć, to muszę wpierw doprowadzić go do orgazmu. Potem jest już normalnie. Uspokaja się i mogę kontynuować swoją pracę, za którą mi płacą.

Mam jednak rozterki moralne. Czy to co robię jest właściwe? Czasem czuję się jakbym go molestowała, wykorzystywała, może nawet gwałciła w jakiś sposób, choć - słowo daję - wcale tego nie chcę. To on chce, nie ja. Aby zagłuszyć wyrzuty sumienia, próbowałam wmawiać sobie, że w zasadzie nic złego się nie dzieje, że gdyby był zdrowy, to pewnie sam by się zaspokajał, że to niczyja wina, że obudził się w nim instynkt, że w zasadzie to ma szczęście, że trafiła mu się taka opiekunka jak ja, bo inni chłopcy z jego schorzeniem być może nigdy nie zasmakują przyjemności itd. itp. Ale to wszystko jest pieprzenie, przecież w głębi ducha wiem, że nie tak to powinno wyglądać. Chciałabym przerwać tę nienormalną sytuację, ale nie mam pojęcia jak. Jeśli pójdę do jego matki i wyznam prawdę, to ta być może natychmiast podziękuje mi za dalszą współpracę i pokaże drzwi, a z oczywistych względów wolałabym nie tracić tego źródła dochodu.

Nie wiem już co robić. Mam mętlik w głowie. Byłabym wdzięczna za garść porad, bo czuję, że dłużej nie wytrzymam tego psychicznie.
Dodaj anonimowe wyznanie