Chcę się wygadać, bo to jest coś co nie bardzo wypada mi powiedzieć na głos.
Zacznijmy od tego, że moi rodzice się rozwiedli. Ja zostałam z matką, ale miałam stały kontakt z ojcem. Z matką też w miarę się dogadywałam, dopóki nie zamieszkał z nami jej nowy facet. Miałam wtedy 14 lat, kończyłam pierwszą klasę gimnazjum. Matka pracowała wtedy albo na szóstą rano, albo na piętnastą. Ojczym pracował od 8.30 do 17. Dość szybko zaczął kręcić się przy mnie kompletnie goły, nie raz mu stawał. Raz czy dwa myślałam, że po prostu się zapomniał. Powtarzało się to jednak zawsze kiedy matka była w pracy, raz otarł mi się o tyłek kiedy robiłam sobie śniadanie do szkoły. Wstydziłam się z nim o tym rozmawiać, więc poszłam do matki. Chociaż nigdy nie byłam kłamczuchą, nie potraktowała mnie poważnie. Uznała, że pewnie coś mi się wydawało albo kłamię, bo jestem zazdrosna. Wkrótce później kiedy pracowała do późna, stanął nad moim łóżkiem (już się położyłam) i zaczął się onanizować. Matka weszła do mieszkania akurat wtedy, kiedy krzyczałam, żeby wyszedł z mojego pokoju. Kupiła bajeczkę, że tylko sprawdzał, czy nie czytam po ciemku. Znowu mi nie uwierzyła, a ja zamieszkałam z tatą. Wszystkim mówiłam, że po prostu się nie dogadywaliśmy. Było mi wstyd i krępowałam się. Stosunki z matką bardzo się ochłodziły i do dziś mamy bardzo sztywny kontakt.
Teraz do sedna. Jestem terapeutką nastolatków. Obecnie mam pacjentkę, której matka nie chce widzieć, że jej nowy partner źle traktuje jej córkę. Na każde jego zachowanie ma wymówkę, zazwyczaj strasznie głupią. Oczywiście rozmawiam z nią spokojnie, bo staram się być jak najbardziej profesjonalna. A w środku się we mnie gotuje i mam ochotę kobietę porządnie ochrzanić. Zresztą nie jest jedynym rodzicem, który nie widzi problemu w swoim zachowaniu. Złość wyładowuję poprzez bieganie.
Tutaj jestem anonimowa i śmiało mogę przyznać, że mam zerowy szacunek do rodziców stawiających partnera lub partnerkę ponad swoje dziecko. Niestety, ale to głównie matki wolą przymykać oczy na krzywdę dzieci, byle nie być samotnym. Na ojców te dzieciaki też nie zawsze mogą liczyć.
Najgorsza jest bezsilność, kiedy 99% problemu leży w relacjach z rodzicami, a oni nie widzą albo nie chcą tego zauważyć.
Tak mi się przypomniało.
Kilka lat wstecz, palę sobie papierosa w oknie i obserwuję, jak sąsiad wymienia koła w samochodzie, a przed klatką schodową jego syn zajada się chrupkami. Po chwili idzie dwóch chłopaków (na oko 70 kg żywej wagi) i zabierają temu chłopcu owe chrupki i się głupio śmieją... lecz nie przewidzieli tego, że jego ojciec, a mój sąsiad, też to widział. A że sąsiad podchodzi pod dwa metry, waga to pewnie 120 kg i do tego górnik, więc krzepę miał. Jak jednemu sprzedał lepę, to ten zatrzymał się trzy metry dalej, a drugi właśnie pobijał rekord świata na 100 m :D
Ostatnio przyszło mi robić prezentację na biologię wraz koleżanką z klasy. Nigdy nic do niej nie miałem, ale jakoś specjalnej chemii między nami nie było.
Zaprosiła mnie do siebie do pokoju, kazała się rozgościć i powiedziała, że ona przyjdzie "za minutkę". Minęło 10, a jej nie ma. Siedzę więc, bujam się na krześle i nagle spostrzegłem na ekranie włączonego komputera, otwarte w nowej karcie, anonimowe. Stwierdziłem, że to świetny pomysł na zabicie czasu.
No to włączam, a tam komunikat "Twoje wyznanie zostało dodane (...)". Oczywiście od razu postanowiłem sprawdzić co to za historia, wchodzę w "moje wyznania" i widzę tam 4 opowiastki. Na końcu każdej z nich znalazłem "jesteśmy X lat po ślubie".
Koleżanka wróciła, ale nie złapała mnie na gorącym uczynku, bo akurat szybkie przełączanie na pulpit to mam wyćwiczone. Gdyby w najbliższym czasie pojawiło się wyznanie "robiliśmy projekt na biologie, dziś jesteśmy 5 lat po ślubie", to nie musicie płakać, anonimowi single. Autorka najprawdopodobniej jest tak samo samotna jak Wy.
Moja rodzina jest całkowicie zwyczajna... no prawie, wyjątkiem jest jeden creepy szczegół. Każdy oprócz mnie ma dosłownie obsesję na punkcie trupów i pogrzebów.
Babcia już prawie 10 lat temu wykupiła dwa dołki na cmentarzu, bo cytuję: „Nie mogę się jeszcze zdecydować, czy leżeć obok tego drania i nieudacznika (dziadka) jak wypada, czy jednak zapomnieć o tradycjach i walnąć się z drugiej strony cmentarza”. Jakby tego było mało, jak tylko wejdzie się do garażu, od razu widać idealnie wykończony nagrobek z jej imieniem i nazwiskiem, gdzie brakuje tylko graweru daty jej śmierci!
Sytuacja sprzed świąt Bożego Narodzenia z tamtego roku. Mój wujek został przejechany przez tira, gdy wszedł pijany na drogę. Wiele osób rozpaczało, co dawało mi nadzieję, że nie będą niczego odwalać przed świtami... myliłam się. Już następnego dnia po jego śmierci zaczęły się kłótnie, czy pochować go przed świętami, czy po nich. Bo przecież po świętach ciało będzie źle wyglądać w trumnie, a w 5 dni (tyle zostało do Wigilii) się nie wyrobią. Ostatecznie pogrzeb odbył się w samą Wigilię, a stypa była połączona z kolacją wigilijną. To było chore. Rano chowają członka swojej rodziny i to z takim rozmachem, że wszyscy mieszkańcy (wujek mieszkał w małej miejscowości) patrzą się na to, co się odwala. A później co? Życzenia wigilijne połączone z obgadywaniem zmarłego i narzekaniem, że nie mógł wpaść pod tego tira w lepszą datę. No brak słów!
Moja młodsza siostra regularnie odwiedza cmentarze. Czemu? Bo tak, bo chce i rodzice to pochwalają. Ona się tam zaprzyjaźniła z grabarzem... nastoletnia dziewczyna z grabarzem... No co za absurd! A co najlepsze? W wakacje, gdy skończyła przed nimi 18 lat, od razu poszła z pytaniem, czy może pomagać balsamiście – znajomy grabarz oczywiście pomógł jej dostać tę „wakacyjną pracę”. Rozumiecie? Zamiast się bawić i korzystać z pełnoletniości, jak to zazwyczaj dzieciaki robią, to ona poszła przygotowywać trupy przed włożeniem ich do trumny!
Tata już od 6 lat choruje na raka i ostatnio również kupił sobie dołek na cmentarzu. Chciał wziąć jeden od babci, ale ta wkurzyła się, że to jej miejsca i nie odda, póki jednego nie zajmie. I co przegląda ostatnio na sklepach online? Realistyczne peruki, żeby dobrze się prezentować w trumnie. Ja tutaj się modlę, żeby on jednak żył, a on już przygotowuje sobie własny pogrzeb, choć jeszcze, kurde, żyje!
Zawsze w mojej rodzinie na pogrzeby wydaje się majątki. Ile? Tak średnio 10 tysięcy plus jeszcze wiązanki od jego uczestników, a nikt na nich nie szczędzi... Jako jedyna nie rozumiem czemu to robią i nigdy nie zrozumiem. To jest zwyczajnie chore!
Jestem ochroniarzem w markecie. Żona mi powtarza, abym zmienił pracę, bo ta kłóci się z moim spokojnym charakterem. Kocham żonę. Nigdy jej nie zdradziłem. W życiu miałem tylko dwie dziewczyny. Pierwszą jeszcze w szkole średniej i był to związek 3-letni, czyli długi jak na młodzież. Dopiero rozjechanie się na studia w różne miasta sprawiło, że nasze uczucie wygasło. Drugą, która obecnie jest moją żoną, poznałem już po studiach. Pierwszy raz w noc poślubną. Miałem 27 lat. Jak więc widzicie, na pewno nie można nazwać mnie podrywaczem czy zbokiem szukającym okazji.
A jednak w pracy zachowałem się bardzo nie fair.
Tamtego dnia kasjerka przyłapała pewną siksę na próbie kradzieży. Dziewczyna wpadła na pomysł, aby drogie perfumy przełożyć do opakowania po tanim kosmetyku. Chciała zapłacić 8 zł, zamiast 160 zł. Sprytne. Niestety, nie ona pierwsza to opatentowała ten sposób. Kasjerki już wiedzą, że jak jakaś rzecz jest bez fabrycznego ofoliowania, to należy zajrzeć do środka. Tym sposobem oszustwo się wydało.
Procedura standardowa. Zapraszamy złodziejkę na zaplecze, do kanciapy i tam czekamy na przyjazd policji. Jednak tego dnia postąpiłem inaczej. Dziewczyna rozpłakała się. Zaczęła powtarzać, że pierwszy raz coś wzięła, że nie wie co jej strzeliło do głowy, że zrobiła to z głupoty, że bardzo żałuje, że przeprasza, że więcej nie będzie, itd., itp. i żebym nie wzywał policji.
Wiecie, człowiek jest tylko człowiekiem. Mimo że noszę przysłowiową pałę u boku, to nie znaczy, że serce mam z kamienia, więc widok dziewczęcych łez na mnie podziałał. Postanowiłem nie dzwonić na gliny. Chciałem ją wypuścić, ale wpierw musiałem upewnić się, czy nic więcej nie ukradła. Sama podała mi torebkę do przejrzenia. Wolała abym to zrobił ja niż policja. Należało też sprawdzić kieszenie w odzieży. Ale nie zamierzałem jej oklepywać ani macać. Poprosiłem o zdjęcie dżinsów i butów. Sprawdziłem. Nic tam nie schowała. To samo z koszulą. Przestraszona zdejmowała w milczeniu kolejne części garderoby i podawała mi. Aż została boso, w samej tylko bieliźnie.
To miał być koniec rewizji. Ale nie był. Zażądałem rozpięcia biustonosza. Wmawiałem sobie, że wykonuję tylko swoje obowiązki, że robię jej przysługę, ale to było pierdolenie o szopenie. Prawda jest taka, że podnieciłem się jej kształtami. Zażądałem też opuszczenia majtek, zrobiła to. Ten widok sprawił, że zaschło mi nagle w gardle.
Dziś mam kaca moralnego. Niby pomogłem dziewczynie, niby oszczędziłem jej wstydu na policji, a czuję się jakbym zawstydził 100x bardziej. Mało tego, mam wrażenie jakbym zdradził żonę. Fizycznie nie dotknąłem małolaty, ale... Sam nie wiem.
Wylądowałem ze swoją dziewczyną w hotelu. W hotelu jak to w hotelu, dojść do czegoś musiało. Baraszkujemy po łóżku na rozłożonej pościeli. Ona co chwila mówi, że ten koc się „świeci”. Ja na to: „Co ty gadasz, jak może się koc świecić?”. Atmosfera sięga zenitu, oboje już nadzy, więc czas rozścielić łóżko. Stoję w takim negliżu przed łóżkiem i energicznym ruchem ściągam ten koc. To jest jeden z największych błędów mego życia. Okazało się, że koc był naelektryzowany jak skurczybyk, po szarpnięciu pierwszą płaszczyzną z jaką miał styczność była końcówka mojego Wacława. W jednej sekundzie ściągam koc, w drugiej leżę na podłodze, ścięty z nóg, ze łzami w oczach, a w tle słyszę jedynie histeryczny śmiech mojej lubej i pytanie: „Co się stało? Co się stało?”.
Cóż, nikomu nie polecam, jeden z największych bóli, jakich doświadczyłem. Ale przynajmniej w przyszłości będę wiedział, dlaczego koce się „świecą”.
W pierwszej klasie podstawówki chciałem kupić czekoladki koleżance z okazji walentynek, ale nie wiedziałem skąd wziąć pieniądze. Wstydziłem się poprosić rodziców, więc wybiłem sobie zęba i za kasę od wróżki sfinansowałem swoje zamiary :)
Na trzecim roku studiów wynająłem wraz z koleżanką mieszkanie w kamienicy. Ja wprowadziłem się kilka dni wcześniej, więc byłem tam całkiem sam, znajomi też byli jeszcze w swoich stronach.
Przechodząc z pokoju do łazienki, poczułem kilka mokrych kropli na karku, dosłownie jakby ktoś na mnie kichnął. Odwracam się, nikogo nie ma. Na pewno mi się wydawało. Wracając z łazienki poczułem to samo! I usłyszałem takie charakterystyczne dla kichnięcia „pfi”. Nogi miękkie. Chłop, dorosły, prawie dwa metry, a myślałem, że zaraz się posikam ze strachu. Powoli odwracam się i to samo, nadal jestem sam. Przypomniałem sobie wtedy, że w tym mieszkaniu zmarła pewna starsza pani i jej córka postanowiła to mieszkanie wynająć. Jak nic duch tej staruszki mnie nawiedził! Nie wiedziałem co mam zrobić, zacząłem czytać w internecie, czy to możliwe, że nawiedził mnie jakiś duch, co mam z nim zrobić, czy da się coś z tym zrobić. Żyłem w strachu, a za każdym razem, kiedy szedłem do łazienki, czułem to kichnięcie. Myślałem, że zwariuję.
Po kilku dniach dojechała koleżanka, postanowiłem jej opowiedzieć o duchu, o kichającym duchu w naszym mieszkaniu. Wtedy koleżanka mnie uświadomiła, że mój duch to odświeżacz powietrza, który uaktywnia się, kiedy się koło niego przechodzi.
Byłam 5 lat z pewnym mężczyzną. W mieszkaniu miał (mieszkaliśmy osobno, ja z siostrą, więc zwykle widzieliśmy się u niego) w przedpokoju duże lustro, gdy się w nim przeglądałam, lubił stawać za mną, przytulać i szeptać do ucha. Zawsze do komplementu dokładał coś, co sprawiało, że czułam się źle ze sobą, czasami to było "dla mnie jesteś piękna, a na powiększenie cycków kiedyś uzbieramy" (noszę miseczkę duże C i nigdy w życiu wcześniej nie przyszło mi do głowy, że są za małe), czasami po prostu zdanie w stylu "jakbyś była... to byś była piękna, ale i tak cię kocham". Opowiadał przy tym, jaką kolega ma super dziewczynę, kończąc "ale w sumie ty też możesz być". Z czasem dałam się przekonać, że jestem bardzo niedoskonała, a on jest jedyną osobą, która mnie chce i jak go zostawię, będę sama już na zawsze.
Rosła jego lista wymagań (a na jej szczycie było zaspokajanie go seksualnie), lista pretensji dosłownie o wszystko, a z drugiej strony traktował mnie bardzo dobrze, przy znajomych mówił czyste komplementy, przynosił kwiaty bez okazji, czekoladki na poprawę humoru, przepuszczał w drzwiach etc. Nie pracował (rodzice wysłali pieniądze przez 4 lata nie wiedząc, że przerwał studia w pierwszym semestrze), całe dnie siedział przed komputerem grając w gry i jedząc jedzenie z fast foodów (nie zawsze miałam czas mu ugotować). I wiecie co? Ja przy nim trwałam, bo za bardzo bałam się, że to moja jedyna szansa na związek i małżeństwo. Z każdym jego wybuchem złości bałam się coraz bardziej, a dzień później myślałam, że wszystko mi się tylko wydawało.
Któregoś dnia wróciłam z pracy zmęczona, po wyjściu spod prysznica przeczytałam SMS-a, że on tęskni i mam przyjechać. Pojechałam, on grał na komputerze, musiałam poczekać, aż skończy się mecz, usiadłam na kanapie i odpoczywałam, on skończył grę i przyszedł zdziwiony, że nie posprzątałam (w jego kuchni, jego brudnych naczyń), potem miał pretensje o inne rzeczy, w każdym razie czułam się coraz gorzej ze sobą, że nie spełniłam jego oczekiwań.
W pewnym momencie spróbował mnie uderzyć. Pierwszy raz, wcześniej tylko krzyczał albo inaczej wyrażał swoje niezadowolenie. A ja pomyślałam o dzieciach, które chciałabym mieć, o tym, że nie chciałabym dla nich takiego życia i takiego ojca i wyszłam z jego domu po raz ostatni. Trochę trwało, aż się pozbierałam i pozbyłam kompleksów, ale teraz mam cudownego mężczyznę, przy którym rozkwitam.
Dziewczyny, nie dajcie się zastraszyć! Jesteście warte szacunku i prawdziwej miłości!
Historia sprzed kilku dobrych lat mi się przypomniała.
Znalazłem coś smartfonowatowego na parkingu przed dużą fabryką. Technologia wtedy nowa, więc pewnie i droga, więc przeszperałem książkę telefoniczną – jest jakaś Jadzia czy inna Halina. Pewnie żona, więc dzwonię (z tegoż telefonu)... Bingo!
W myślach już jestem superbohaterem Taki prawy, taki uczciwy, ach! Może jeszcze na browara skapnie ze znaleźnego... Odbiera kobitka, przedstawiam sytuację i... babsztyl zaczyna wrzeszczeć na mnie: „Jestem teraz w pracy w sklepie iks przy ulicy tej a tej, MASZ NATYCHMIAST przywieźć mi ten telefon!” (tak, na „ty” jechała, a ja szczeniakiem to już dawno nie jestem). Rozłączyłem się, naskrobałem SMS-a: „Nie będziemy rozmawiać w ten sposób, proszę przemyśleć sytuację”. Wyciszyłem badziewie, zostawiłem w schowku w aucie i poczłapałem do domu.
Następnego dnia badam ustrojstwo. Po kilkanaście nieodebranych połączeń i SMS-ów.
Od tego, że to prezent od córki dla ojca i telefon ma wartość sentymentalną (taaa, bo nie materialną przecież) do tego, że jestem bandytą, złodziejem, kieszonkowcem. Ochrona rzeczonej fabryki ma mnie na kamerach, że policja już namierza aparat, że ona ma rodzinę w owej policji! I że mam „anonimowo” zostawić go na portierni firmy, gdzie go znalazłem... Taaa, anonimowo, gdyby nie to, że ja tam też pracowałem, nie? Szczyt, kuffa...
Pojechałem do pracy. Znalezisko w kieszeń i człapię na portiernię. Swoim zwyczajem, przed drzwiami przystanąłem na ostatniego fajka przed robotą. Obejrzałem jeszcze raz zabawkę... naprawdę wyglądała na drogą. Jednym zamaszystym ruchem rozpieprzyłem ją o bruk przed samymi drzwiami. Niestety miny „właściciela” nie było mi dane zobaczyć, za to on na pewno widział swój telefonik...
PS Gdyby pani zachowała się tak jak powinna, czyli powiedziała: „O! Dziękuję, że pan zadzwonił, kiedy i gdzie mogę odebrać zgubę?”, to sprawa by się tam skończyła. Pewnie bym jeszcze odżałował ten czas i benzynę i jej go podrzucił.
Dodaj anonimowe wyznanie