Połowa stycznia. Wracam sobie ja po 21 do domu samochodem. Ciemno jak w dupie, teren niezabudowany, jadę na długich. Po drodze miałem zahaczyć do sklepu. 200 metrów przed nim, gdzie jeszcze zabudowanego nie ma, omijam zataczającą się postać. Gdyby nie długie, to pewnie bym jej nie zauważył, gość ubrany na czarno. W lusterku widzę, że typ się obraca i coś gestykuluje. Ja zjeżdżam na parking.
Kilka osób w sklepie, jedna kasjerka, więc myślę, że chwilę postoję. Nie mija może 5 minut, jak słyszę alarm mojego samochodu. Wychodzę i co widzę? Tego samego inteligenta z butelką w ręku. Patrzę na samochód – rozbita przednia szyba i boczna od kierowcy, urwane lusterko. Jasny członek mnie strzelił. Zadzwoniłem po policję, a gościa spacyfikowałem, żeby nie narobił większych szkód (albo co gorsza komuś).
Wiecie jakie było jego tłumaczenie? Rzuciła go dziewczyna, więc musiał odreagować. Zapytacie, ale co ja miałem z tym wspólnego? Oślepiłem go długimi jak jechałem, to chciał się odegrać...
Miałam trądzik torbielowaty, który nie zależał ode mnie. To nie tak, że go chciałam, że sama sobie go stworzyłam, bo to ciekawe udogodnienie mojego życia.
Szanowni rówieśnicy, obce osoby, matki, ojcowie... Nienawidzę was. Nienawidzę was za to, co mi zrobiliście.
Nienawidzę was za każde słowo "fuj" na ulicy, w szkole.
Za wypraszanie i wyganianie mnie ze stołówki szkolnej, bo "brzydziliście się ze mną jeść". Nigdy nie wykorzystałam wykupionych przez moich rodziców obiadów.
Za wyganianie mnie na koniec sali lekcyjnej, bo baliście się na mnie patrzeć.
Za przepędzanie mnie ze szkoły, bo tylne siedzenia były zajęte.
Za każde pytanie i oszczerstwo, że to zaraźliwe.
Za panią, szanowna, obca pani mamo z ulicy, która utwierdziła swoje dziecko, że jeśli nie będzie się myło, będzie wyglądało jak ja.
Za pana, drogi obcy panie tato na plaży. Gdy próbowałam się leczyć lekami wrażliwymi na słońce, pan patrzył na mnie osłoniętą parasolką z obrzydzeniem, za to, że splunął pan z tymi wszystkimi obraźliwymi słowami. Za te łzy. Za to że wyrzuciłam przez to parasol oraz za te poparzenia i bąble ropne na twarzy od słońca połączonego z lekami.
Za was, starsi koledzy chodzący w grupie, kiedy zastanawialiście się, czy mój stan to "ciapaty" czy może już "trędowaty".
Za was, pytających "czemu nic z tym nie robię", twierdzących, że "wyglądam jak pizza".
Za każdy wstyd przy wyjściu z domu poprzedzany łzami, lękiem, przerażeniem.
Miałam tylko 12-17 lat.
Zamykałam się w skrzynce od łóżka na pościele i krzyczałam, wyłam, błagałam o pomoc.
Zdrapywałam sobie twarz pumeksem, bo chciałam jej już nigdy nie mieć, nie widzieć.
Próbowałam wycinać sobie stany zapalne żyletką, żeby nie istniały,
Raniłam sobie dłonie, uderzając o ścianę.
Chowałam się pod włosami, za ludźmi, za innymi, za agresją.
Leczyłam się lekami nieprzeznaczonymi dla dzieci, wyniszczającymi wątrobę, zagrażającymi ciąży. Lekami wrażliwymi na słońce. Lekami, przez które usta mi wysychały i krwawiły, tak jak ręce. Przerzedzały mi włosy, osłabiały organizm.
Dziś mam 23 lata. Prawie pozbyłam się tego piętna, jakim jest sam trądzik, ale nigdy nie pozbędę się tego, co mi zrobiliście. Dziś nie mając trądziku, boję się każdej oceny. jestem sztuczna, wytarta ze współczucia, moje rozmowy z ludźmi to kłamstwo.
Jestem przepełniona złością i żalem, którego nie rozumiałam, aż do wizyty u psychologa, który polecił mi napisać taki list.
Tym samym pragnę również podziękować za waszą nienawiść. Za siłę, jaką mi daliście i za to, że próbowałam udowodnić, że ja to nie tylko "pryszcz". Za to, że wzięłam się za ciało i umysł, za to, na co miałam wpływ. Zaczęłam się uczyć, ćwiczyć i rozwijać w mojej własnej nienawiści do was.
Jesteście najgorsi, mam nadzieję, że spotka was karma.
Nie pozdrawiam,
Pryszczata.
W walentynki moja koleżanka powiedziała mi i naszej paczce, że ma chłopaka (nazwijmy go Mateusz). Oczywiście wszystkie cieszyłyśmy się jej szczęściem, a że oni tych walentynek nie spędzali razem, to on siedział z kolegami. Oczywiście non stop ze sobą pisali, a że cała nasza grupka to singielki, to wysłali swoje zdjęcia i w oko wpadł mi jeden chłopak. Na imię miał Bartek, co dla mnie jest ślicznym imieniem. Od razu koleżanka podała mi jego messengera i zaczęliśmy pisać. Pisało nam się super, szybko złapaliśmy więź i po jakichś 2 miesiącach w końcu się spotkaliśmy.
On wyglądał i zachowywał się jak po prostu chłopak idealny. Lepszego nie mogłam sobie wymarzyć. Niedawno spotkaliśmy się drugi raz z tą koleżanka i jej chłopakiem. Poszliśmy do kina i wszystko było super. Do pewnego momentu...
Nawet już nie pamiętam jak ten temat wyszedł, ale pamiętam co oni konkretnie powiedzieli.
M: Bartuś wie, co my uważamy o chłopakach z chłopakami i tym podobne...
B: No...
Okazało się, że mój chłopak jest homofobem. W tym są dwa problemy: 1. Nie rozumiem jak można kogoś nienawidzić za to, kogo kocha. 2. Jestem osobą biseksualną, więc poczułam się szczególnie urażona. Wiem, że on nie miał na celu mnie urazić, bo nikt oprócz mojej najlepszej przyjaciółki o tym nie wie, ale nadal boli i po prostu nie jestem w stanie być z kimś, kto tak uważa.
Już od małego zastanawiałem się, jakim cudem moi rodzice mogli ze sobą żyć. Mama zawsze była dla mnie wzorem – wykształcona, oczytana, kulturalna, miała dobrą pracę i nieźle zarabiała. Miała niesamowitą wiedzę, to do niej zawsze szliśmy z siostrą, kiedy trzeba było jakiejś pomocy w lekcjach albo wyjaśnienia jakiejś niewiadomej. Tata z kolei nigdy nie ukończył studiów, pracował szereg lat jako magazynier, bardzo mało czytał, nie miał szczególnych zainteresowań, zdarzało mu się rzucić głupim dowcipem. Kiedy byłem dzieciakiem, uważałem, że jest super – zabierał mnie na zajęcia sportowe, bawił się, był takim luzakiem. Potem, gdy zacząłem dostrzegać różnicę poziomów między rodzicami, przestał być dla mnie autorytetem i zszedł na dalszy plan, uważałem się za bardzo dojrzałego i odpowiedzialnego, więc podśmiewałem się z jego braków i chyba zacząłem go nawet trochę ignorować.
Wszystko zmieniło się, kiedy miałem 13 lat, a moja siostra 9. Mama zginęła wtedy w wypadku. Nie będę się rozpisywał nad pogrzebem ani całą resztą, napiszę tylko, że świat mi się zawalił, ale ubzdurałem sobie wtedy, że nie będę płakać, bo ktoś musi się zająć moją siostrą, skoro ojciec się do tego nie nadaje. Dusiłem to w sobie dość długo, do pewnej nocy, kiedy usłyszałem płacz siostry z pokoju obok. Poszedłem tam, chcąc ją pocieszyć, i zastałem tatę, który mocno ją przytulał i płakał razem z nią. Wtedy coś we mnie pękło, rzuciłem się do nich i też zacząłem ryczeć. Tata powiedział mi wtedy coś, czego nigdy nie zapomnę: „Płacz, bo to, że faceci nie płaczą, to największa bzdura, jaką kiedykolwiek wymyślono”.
Jeśli spodziewacie się, że po śmierci mamy tata się ogarnął, zrobił studia, założył własną firmę i żyliśmy sobie jak pączki w maśle, to muszę was rozczarować. Tata owszem, postarał się i, gdy zwolniło się w jego firmie miejsce w biurze, udało mu się dzięki długiemu stażowi zdobyć to stanowisko i podwyżkę, ale nigdy nie żyliśmy w luksusie. Nie mieliśmy dobrych telefonów ani bajeranckich wakacji. Tata poświęcił nam jednak wszystko, co mógł poświęcić, i ze wszystkich sił starał się stworzyć nam dom. Nie uniknął błędów, zdarzało nam się kłócić, z lekcjami musieliśmy sobie radzić sami (może poza matematyką), ale teraz, po tych wszystkich latach, mój tata do dla mnie naprawdę wielki człowiek i nie ma słów, które mogłyby wyrazić, jak bardzo go kocham i szanuję. I, jako dorosły facet, chyba w końcu wiem, dlaczego mama za niego wyszła.
Pracuję w restauracji jako kelnerka. Mój chłopak jest z kolei szefem kuchni. Nie pracujemy razem w tej samej restauracji, ale wiadomo – ta sama branża.
Pewnej nocy mój ukochany śnił o pracy i wykrzyczał „serwis!” tak głośno, że aż sam siebie obudził i wtedy usłyszał mnie mówiącą „już idę!”.
Kiedy jestem smutna, to mój narzeczony przychodzi, ściąga majtki i pokazuje mi swój śmieszny tyłeczek, spinając i wypinając pośladki w moją stronę.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że od razu poprawia mi się humor.
Jadę sobie rowerkiem po ścieżce. Tempo niespacerowe, ale dopiero rozgrzewka, więc nie wyścigi. Wyprzedzam jakiegoś małolata. Po chwili słyszę, że małolat syczy jak lokomotywa i zasuwa tuż za mną. Nawet mnie to rozbawiło, więc nie powiem, że nie, trochę przyspieszyłem. Małolat syczy jak parowóz. W oddali ścieżka się kończy i przechodzi w asfalt. Małolat zbiera się na nadludzki wysiłek, zasuwa nogami jak na Tour de Pologne. W końcu małolat mnie dogania i wyprzedza, tak powoli, jak tir wyprzedza tira na autostradzie. Małolat jeszcze dodaje gazu. Oczy mu prawie na wierzch wyszły, ja już myślę, jak szła resuscytacja u dzieci :D ale no dobra, dał radę i wyprzedził mnie. Oddala się.
Mija chwila i następuje nieuchronny koniec – małolat puchnie, nie wytrzymuje, a ja swoim niezmiennym tempem wyprzedzam go – żaden wyczyn, po prostu jadę swoje.
Ale jednego nie zauważyłem – że już byliśmy za ścieżką dla rowerów, na asfalcie. I nagle małolat triumfalnie krzyczy do mnie z oddali w tle: „WYGRAŁEM!!!”.
Jestem tak spłukana, że zgodziłam się na „randkę” z jednym gościem tylko po to, żeby się wreszcie najeść.
Czuje się głupio, bo moje problemy wydają się błahe, ale niestety one wystarczą, aby sprawiać, że nie daję sobie rady.
Mam bardzo pokręconą relację z mamą. Bardzo ją kocham, ale cokolwiek nie zrobię, to jest to źle. Jestem zła, niewdzięczna. I cokolwiek osiągnę, to zawsze przynoszę zawód, bo przecież „mogło być lepiej”. Kiedyś próbowałam przygotować coś, aby miło spędzić czas, ale wciąż to nie wystarczało. Bo zawsze jest coś nie tak.
Mam wrażenie, że zawsze będę w jej oczach niewystarczająco dobra. Niewystarczająco mądra, niewystarczająco ładna.
I że już zawsze będę dla niej tą „gorszą”.
Krótko i zwięźle.
Mam 25 lat i boję się krasnali ogrodowych.
Dodaj anonimowe wyznanie