Za każdym razem, gdy śpię w jakimś nowym miejscu muszę uprzedzić swoich towarzyszy o tym, że lunatykuję. Potrafię obudzić się w trakcie 'odgrywania różnych scen', niektórych atrakcji nie jestem sobie w stanie przypomnieć, inne pamiętam do połowy, budzę się zmęczona bardziej niż przed pójściem spać a innym razem wypoczęta jak nigdy wcześniej. A teraz kilka historii z życia wziętych:
1. Obudziłam się stojąc na łóżku i pukając w ścianę. Obok poduszki znalazłam otwarty atlas świata.
2. Gdy trafiłam do szpitala na jakiś czas od razu poinformowałam pielęgniarki, że mogą mieć ze mną ciekawie w nocy. Następnego dnia usłyszałam, że wyrwałam sobie sondę (rurka przez nos do żołądka :P) , po trzeciej nocy okazało się, że połowę czasu który powinnam przespać przesiedziałam na łóżku śmiejąc się w głos. (Hitem był fakt, że tej samej nocy, pacjentka 90lat+, kilka sal dalej śpiewała pieśń pogrzebową :D) Którejś nocy obudziłam się podczas rozmowy z pielęgniarką kłócąc się zajadle o to żeby zgasiła słońce (wskazując palcem na żarówkę)
3. Będąc u babci na wakacjach, obudziłam się rano bez pościeli. Poduszkę, kołdrę i prześcieradło równiusieńko złożone w kostkę znalazłam na balkonie. Babcia ma twardy sen, nic nie słyszała ;)
4. Z opowieści mamy (nie zdążyła dobiec na czas :p)- gdy byłam młodsza, założyłam kołdrę jak pelerynę, stanęłam na zagłówku łóżka i skoczyłam. Wylądowałam na kafelkach na korytarzu. Dobrze, że drzwi od mojego pokoju były otwarte. Czoło, ręce i nogi zdarte. Nie obudziłam się i nic nie pamiętałam rano.
5. Obudziłam się o 4 nad ranem śpiewając z całych sił STO LAT.
6. Pootwierałam wszystkie szafki i szafy w pokoju.
7. Obudziłam się siedząc po turecku przed OTWARTĄ szafą mojej współlokatorki. (Może szukałam przejścia do Narnii, kto wie).
8. Kłóciłam się ze ścianą.
9. Stanęłam przed szklanymi drzwiami w salonie (nie było jeszcze firanek ani zasłon. Ogólnie ciemno i las w oddali) i zaczęłam krzyczeć na cały dom "on tu idzie! On tu jest! Ma czerwone oczy! On już tu jest!" Patrząc i wskazując palcem w jeden punkt. Podobno mama mnie obudziła. Po pół godz. znowu przyszłam w to samo miejsce i zaczęłam krzyczeć jeszcze głośniej, że 'go widzę'. Nie pamiętam zupełnie nic.
10. Rano chłopak spytał mnie czemu w nocy nie spałam. Podobno leżałam i na niego patrzyłam. Gdy spytał, czemu nie śpię powiedziałam, że nie mogę. Później tylko co jakiś czas powtarzałam, że nie mogę spać i rano będę zmęczona. Rano obudziłam się wypoczęta i nic nie pamiętałam.
Tak szczerze - sama bałabym się spać w jednym pokoju z osobą taką jak ja :D Czasem aż boję się pytać czy w nocy znowu lunatykowałam.
Właśnie zostałam spoliczkowana przez mojego narzeczonego, po czym rzucił moim telefonem w ścianę, robiąc w niej wgniecenie i rozdarł mój stanik.
Zapytalibyście może co go do tego skłoniło?
Nie potrafiłam w grze "baet saber" wejść w tryb wieloosobowy...
Chodzę do 3 klasy liceum i jestem na biol-medzie. Wiadomo, chemia i biologia rozszerzona. Nauczyciel chemii "przygotowuje" nas do matury. Dlaczego "przygotowuje"? Otóż na lekcjach nic nie robimy. Gdy temat jest trudny, mówi: "to wy sobie to sami opracujcie, bo to jest bardzo trudne". Skoro takie trudne, to może niech nam to wytłumaczy? Na lekcjach robimy najprostsze zadania, a na sprawdzanie te najtrudniejsze, których nie rozumiemy. Co usłyszałam po sprawdzianie? Otóż jak mówił przez telefon, "dałem im takie zadania, że sam nie potrafię ich zrobić". A jego ulubione zdanie? "Jesteście super". Aha. Tym, że z klasy, którą uczył, na medycynę dostały się 3 osoby chwalił się może z pół roku. Cóż, to na pewno nie jego zasługa. A jak wygląda sprawdzanie próbnych matur? Podobno mylił się tak, że jedną maturę sprawdzał ponad godzinę. No ręce opadają. Jak on został nauczycielem?
Czasami się zastanawiam, czy nie zostać nauczycielką chemii tylko i wyłącznie ze względu na to, że istnieją takie osoby jak on.
Spróbujcie wyobrazić sobie następującą sytuację.
Wyjeżdżacie z grupą znajomych na wydarzenie, które zawsze chcieliście zobaczyć. Za niedługo święta.
Z uśmiechem na ustach przechodzicie między różnymi, piękne ozdobionymi w świąteczne wzory stoiskami i sklepami, oglądając przeróżne przedmioty i rozmyślając, co kupicie w prezencie swoim bliskim tak, aby sprawić im radość.
Wszyscy są zadowoleni, zagadują do różnych ludzi. Robicie różne zdjęcia, cieszycie się chwilą.
I nagle zapanowuje chaos. Ludzie krzyczą, uciekają, nie potraficie rozumieć, o co chodzi w tym jazgocie.
I nagle to dostrzegacie. Czarną ciężarówkę, która wjechała w tłum, taranując przy tym niewinnych ludzi i stoiska.
Strach, paniczna próba ucieczki. Moment, w którym dzień, który miał być najlepszy, staje się najgorszy.
Nie tak wyobrażałam sobie swoją wycieczkę do Niemiec.
Ciemno, sporo po ciszy nocnej. Wracam do domu średnio uczęszczaną drogą. Z daleka widzę grupę mężczyzn. Są agresywni, kłócą się. Wymachują rekami... Nie wiem co robić, innej drogi nie ma. Łapię za gaz pieprzowy i decyduję się przejść pomiędzy nimi. Panowie są coraz bardziej pobudzeni, słyszę dziwne głosy. Zaraz zaczną się bić...
Jednak gdy zbliżyłam się do nich tak, by móc coś zobaczyć, okazało się, że natknęłam się na grupę głuchoniemych. Mieli całkiem przyjazne zamiary :D
Kilka słów na temat poziomu szkolnictwa wyższego w Polsce.
Tytułem wstępu: jestem świeżo upieczonym inżynierem AiRu na jednej z najlepszych uczelni w Polsce, kilkanaście osób na jedno miejsce. Brzmi dosyć prestiżowo? Może i tak. Ale prawda jest taka, że podczas pierwszego tygodnia praktyk nauczyłem się więcej niż przez prawie 4 lata studiów. Pierwsze dwa lata były właściwie tylko marnowaniem czasu. Nie mieliśmy przedmiotów, które mogłyby się nam na późniejszym etapie przydać, a jeśli już były, to uczyliśmy się i stosowaliśmy jedynie metody, które w środowisku automatyków zostałyby w najlepszym wypadku wyśmiane, a w najgorszym mogliby nas za nie wyrzucić z pracy za błąd ludzki. I nie zrozumcie mnie źle, te metody wyglądają super, są mega dokładne, ale tylko w symulacji. I przez dwa lata uczono nas jak mantry tylko tej jednej konkretnej metody, wszystkie zadania rozwiązywane na jedno kopyto, tylko po to, żeby na 3 roku powiedzieć nam, że najlepiej jakbyśmy w ogóle wymazali z pamięci te zadania. Po trzech semestrach robotyki nie jesteśmy w stanie zaprogramować robota.
Nasze studia były nastawione bardziej na część mechaniczną, więc mieliśmy też więcej zajęć mechanicznych. Ale frezarkę i tokarkę widzieliśmy raz, nie wolno było jej nawet dotknąć, nie mówiąc już o nauce obsługi. Multimetru nawet w rękach nie mieliśmy, mieliśmy 3 semestry przedmiotów związanych z rysunkiem technicznym I ROBILIŚMY JE WYŁĄCZNIE NA KARTCE. Tak że przedmiot, który i tak w 99% był nieprzydatny na naszym kierunku, a zrobili go 3 semestry, stał się całkowicie bezużyteczny, bo bez umiejętności przeniesienia rysunku na autocada w dzisiejszym czasie rysunek techniczny nie istnieje. Mieliśmy trzy języki programowania, nie licząc Melfy, w której poznaliśmy cztery komendy. Dwa z trzech miałem opanowane na poziomie wyższym niż wymagany na studiach już po liceum. Zabrakło nam czasu na chociażby naukę matlaba, ale wystarczyło na chemię czy kulturoznawstwo. Jeśli na jakimś przedmiocie korzystało się z Javy, to możecie być pewni, że Java będzie na 1-2 semestrze, a przedmiot będzie na 6-7, tak żebyście przypadkiem nie zapamiętali zbyt dużo. Nie było czasu żeby nauczyć nas chociażby głupiego programowania rasberry Pi, ale za to był semestr z procesorem 8051, który właściwie od 30 lat nie jest nigdzie używany i przy pytaniach odnośnie zadań na elektrodzie ludzie byli zdziwieni, że ktoś uczy historii mikroprocesorów (nie, ten przedmiot nie miał być związany z historią, jak na ironię).
Ja większość wiedzy wyniosłem właściwie z domu, bo ojciec był elektrykiem majsterkowiczem, więc multimetr, frezarka czy tokarka nie były mi obce, ale większość osób wychodziła głupsza z tych studiów niż na nie weszła. Wiedzę bardziej przydatną w zawodzie można byłoby wynieść w weekend z jakiegoś branżowego seminarium.
Moja mama to dość ekstrawagancka postać - ubiera się jak typowa "kociara po 40", udziela się artystycznie, jest ilustratorką książek dla dzieci, nasze mieszkanie jest pełne obrazów jej i mojego autorstwa. Jest najukochańszą kobietą na świecie, wychowywała mnie sama, mimo tego niczego nam nie brakowało.
Ale...
Moja babcia jest osobą, po której mama odziedziczyła talent (a ja następna w kolejce). Kobieta zimna jak lód, jej dom to istna wystawa sztuki współczesnej, a największym marzeniem babci było, aby mama została artystką z prawdziwego zdarzenia. Nie rozmawia z nią od ponad 20 lat, odkąd to mama postawiła się i zaczęła spełniać swoje własne marzenia. Babci nigdy nie cieszyły osiągnięcia córki, mama zawsze była gorsza, poniżana, wszystkie jej starania były niczym w porównaniu do oczekiwań babci. Czarę goryczy przelał incydent, przez który mama musiała odłożyć marzenie o pracy ilustratora na później - babcia doskonale wiedząc, że mama stara się dostać na studia, spaliła jej portfolio w piecu. 5 lat pracy, cały dorobek, na który tak ciężko pracowała.
Niedługo potem na świecie pojawiłam się ja - iskierka nadziei w planie babci. Bo skoro córka okazała się niepasującym elementem układanki, to trzeba w plan wcielić wnuczkę. Tak oto stałam się dzieckiem, które całe popołudnia spędzało przy płótnie czy szkicowniku. Babcia wniebowzięta, mama nie miała nic przeciwko, bo w końcu robiłam to co kocham. Sielanka trwała w najlepsze, póki nie nastał koniec mojej edukacji. Wtedy wyznałam babci, że nie idę na studia, bo... Dostałam się na staż w pewnym popularnym salonie tatuażu w Berlinie. Można by rzec, że tak rozpętałam trzecią wojnę światową. Babcia teatralnie dusząc się i mdlejąc (nic jej nie było gwoli ścisłości) wygarnęła mi i mamie wszystko, co mogła. Stwierdziła, że skoro wolimy obracać się wokół plebsu, to nasza sprawa i jej noga więcej w naszym mieszkaniu nie stanie.
Od tej sytuacji minęły już jakieś 2 lata. Prace mojej mamy dobrze prosperują, ja dostałam stałą posadę w salonie. Pulę szczęścia dopełnił fakt, że... jestem w ciąży.
Zgadniecie, kto się do mnie odezwał? :)
Ślub, wesele i moja noc poślubna.
Oboje z mężem, na lekkim rauszu, postanowiliśmy zaliczyć nasz pierwszy legalny raz. Pokój hotelowy piękny, a naprzeciwko naszego łóżka wielkie lustro, co dodawało pikanterii. Oczywiście ustawiłam się tak, żeby nas oboje było ładnie widać, z rękoma na brzegu łóżka... I to był błąd. Mój kochany mąż tak bardzo nakręcił się widokiem, że w pewnym momencie pchnął za mocno, ręce mi zjechały z krawędzi łóżka, a ja twarzą wylądowałam w szafkach pod lustrem, twarzą... Ogromna śliwa na czole, podbite oko i zdarty policzek na ostrej wykładzinie.
Na poprawiny już nie zeszłam.
To się nazywa niezapomniana noc poślubna :)))
Piszę opowiadania, a ostatnio wydałem drugą książkę. Da się z tego wyżyć i opłacić kredyt a do tego uwielbiam pisać. Problem w tym, że aby zatrzymać żonę i dzieci, musiałem przestać pić alkohol. Przestałem. Od 4 miesięcy nie piję, od 3 miesięcy nie napisałem ani słowa. Pustka w głowie. Albo będę się odurzał w tajemnicy przed żoną i pisał, albo muszę znaleźć sobie inną pracę, której będę nienawidzić.
Jakiś czas temu pracowałem jako audytor. Jeździłem po sklepach z jednej większej sieci supermarketów i kontrolowałem dostawy. Po jednej z takich dostaw poszedłem do sklepu na zakupy. Kupiłem potrzebne rzeczy na śniadanie, jak bułka, kabanos, sok, i stanąłem w kolejce do kasy.
Przede mną widzę starszą panią typu moher – berecik, płaszczyk i walizeczka na kółkach. No to myślę, że sobie postoję.
Nagle krzyk i przerażenie kasjerki przykuły moją uwagę. Wywiązała się rozmowa między babcią a kasjerką. Kasjerka, widząc ciurkiem lecącą krew z głowy babci, pyta „Czy nic pani nie jest?”. Babcia na to, że nie wie o co chodzi, że się czuje świetnie. Zdumiona kasjerka kontynuując powiedziała, że przecież leci jej z głowy krew. Babcia na to ściągnęła beret... i mym oczom ukazała się na jej głowie paczka wątróbki od rzeźnika, z której leciała krew.
Babcia chciała podjebać wątróbkę.
Dodaj anonimowe wyznanie