Mój chłopak od trzech lat choruje na depresję. Leczy się, a ja go wspieram jak mogę, ale i tak jest źle. Leczenie jest na NFZ, bo nie stać nas prywatnie, więc różnie bywa. Terapię mu często przekładają lub odwołują, leki miał dobierane kila razy, ale nic nie pomaga na dłużej. Co kilka dni wpada w takiego doła, że nie wstaje z łóżka, nie je, nie myje się. Idzie do pracy, potem wraca do łóżka i nie wychodzi z niego do następnego dnia. Później zazwyczaj mu się poprawia i jest już dobrze na kolejne kilka dni. Ma za sobą dwie próby samobójcze. Za drugim razem to ja go znalazłam i uratowałam. Gdy ma lepsze chwile, to powtarza, jak bardzo jest mi wdzięczny i jak bardzo mnie za to kocha. A ja każdego dnia marzę, by od niego odejść.
Nie kocham go, nie jestem z nim szczęśliwa i mam go po prostu dosyć. Jestem z nim tylko dlatego, że jest mi go szkoda. Wiem, że jest chory, że to nie jest jego widzimisię, tylko naprawdę jest z nim źle. Boję się, że gdy go zostawię, to on naprawdę się zabije, a ja nie poradzę sobie z wyrzutami sumienia. Życie z nim to ciągła walka. O choć odrobinę dobrego humoru, o rozmowę o czymś innym niż jego okropnym samopoczuciu, o miłe spędzenie czasu razem. Kiedyś lubił wycieczki, więc staram się coś organizować, ale zawsze kończy się tak samo. Przez pierwsze pół godziny on się cieszy i śmieje, a potem nagle traci humor, smutnieje, robi się nieznośny i chce wracać do domu. Idzie prosto do łóżka i nie odzywa się do mnie do końca dnia. I ja naprawdę nie winię o to jego, bo to jakby winić chorego na ospę, że ma wysypkę. Ale już nie daję rady psychicznie. Nie mogę mieć swojego życia, nie mogę być szczęśliwa, bo jego choroba mnie po prostu wykańcza i niszczy. Chcę wyjść na siłownię, na spotkanie ze znajomymi, czy na zwykłe zakupy, a w głowie mam tylko to, jak on się czuje, czy jak wrócę, to nie zastanę go skulonego i płaczącego, sprawdzam telefon co 5 minut, czy nie napisał, że mnie potrzebuje.
Czasem sama marzę, by umrzeć i się od niego uwolnić. Jestem przed 30, mam (miałam) tyle pasji, marzeń i ambicji, ale jego choroba zabija we mnie wszystko. Zamiast podróżować, rozwijać się, poznawać nowych ludzi, spotykać się ze znajomymi, ja muszę każdą chwilę mojego życia planować pod niego, pod jego leki i terapię. Od dwóch lat nigdzie razem nie wyszliśmy, bo on o 20 bierze leki, które sprawiają, że o 22 już jest śpiący, więc musi iść do łóżka. Gdy zasypia, ja jeszcze długo leżę i myślę, jak bardzo marnuję swoje życie i jak bardzo jestem nieszczęśliwa. Ale nie potrafię odejść, nie mogłabym żyć z wyrzutami gdyby coś sobie zrobił.
On powtarza mi, jak bardzo jest mi wdzięczny, że przy nim jestem. A ja powtarzam sobie, że jak tylko jego zdrowie psychiczne się ustabilizuje, to w końcu się od niego uwolnię.
Musicie wiedzieć, że w momentach stresu mam uczucie przepełnionego pęcherza, nawet jeśli nic nie wypiłam przez ostatnie kilka godzin. Pisałam kolokwium z matematyki mocno zaciskając nogi z powyżej opisanego powodu. Do tego co chwila pocierałam udem o udo. Tym oto sposobem dostałam orgazmu rozwiązując całki...
Jak miałam jakieś 10 lat, razem z bandą z podwórka bawiliśmy się na osiedlu w podchody (taki bardziej rozbudowany berek). Z kilkoma osobami schowałam się na ostatnim piętrze jednej z klatek schodowych. Przed blokiem czaili się ci ganiający, więc wyjść nie było jak, a piekielnie chciało mi się siku... Za namową koleżanek postanowiłam sobie ulżyć tam, gdzie stałam. W trakcie mojego kucania ktoś wyszedł z mieszkania. Ja – wciąż sikając – ruszyłam po schodach. Potknęłam się o własne, niepodciągnięte spodnie i runęłam głową w dół. Z gołym tyłkiem na wierzchu.
Wszyscy prócz mnie (a jak!) zdążyli uciec. Mnie dogonił mężczyzna wychodzący z mieszkania. Po porządnej pogadance moralizującej i groźbach wezwania policji, wręczył mi mop i wiadro z wodą, abym olane półpiętro i schody wyczyściła.
Od tego czasu nie ulegam wpływom innym. I nie zbliżam się do tamtej klatki...
Zawsze chciałam mieć coś wyjątkowego, o czym mało kto by wiedział. To by mógł być jakiś przedmiot, albo milion dolarów na koncie, albo jakieś piękne wspomnienie, które mogłabym w sobie nosić i ukrywać je przed całym światem...
No to teraz już mam swój słodki sekret. Rzeżączka.
Gimnazjum. Całe trzy lata czystej obsesji na punkcie nauczyciela niemieckiego. Zbieranie informacji o nim, śledzenie, planowanie i wywoływanie sytuacji, w których mogłam chociaż powiedzieć mu "dzień dobry". Każda moja wolna chwila poświęcana była wymyślaniu kolejnych akcji, aby się do niego zbliżyć. Znałam na pamięć jego plan lekcji, rejestrację auta, adres. Kilkukrotnie pojawiłam się pod jego domem, niby przechodząc przypadkiem. W szkole starałam się zawsze być tam, gdzie on. Każde powitanie i jego uśmiech wywoływało we mnie wewnętrzną euforię. Modliłam się, aby nikt nigdy się o tym nie dowiedział. Nie chciałam go uwieść. Nie marzyłam o ślubie i dzieciach. Po prostu pragnęłam być obok niego. Widzieć codziennie jego uśmiech skierowany do mnie, słyszeć jak odpowiada na moje powitanie. To było tak dawno temu, a wciąż pamiętam każdą chwilę z nim związaną. Kiedy po raz pierwszy powiedział mi komplement nt. mojego wyglądu, grzecznie podziękowałam, a po powrocie do domu dosłownie zaczęłam krzyczeć z radości. Dał mi tyle szczęścia wyłącznie swoją obecnością.
Po zakończeniu gimnazjum płakałam każdego dnia, przez ponad dwa miesiące. Napisałam do niego pożegnalnego maila. Odpowiedź wydrukowałam, trzymam do dziś.
Nigdy nikomu o tym nie mówiłam.
Choć minęło ponad 10 lat, wielu moich znajomych nadal go widuje. Ja po ukończeniu gimnazjum widziałam go jeszcze trzy razy.
Ostatnio poszedłem na studia i na zajęciach poznałem pewną dziewczynę. Zakochałem się w niej po uszy, z wzajemnością, więc obecnie jestem najszczęśliwszym facetem na ziemi, gdyż została moją dziewczyną. Moi rodzice ją zaakceptowali, choć na początku nieco kręcili nosem na jej zdrowie (ma kilka chorób o podłożu genetycznym i musi regularnie przyjmować garść leków).
Co w tym dziwnego? Otóż przy naszym pierwszym spotkaniu pierwszą rzeczą jaką zrobiła było wyłożenie mi całej listy owych chorób i opisanie ich objawów, ze szczegółami.
Nie ma co, niezły sposób na podryw... ;)
Mam 25 lat i nigdy z nikim nie byłam. Niczego mi nie brakuje, ale powoli zaczynam wierzyć w to, że muszę mieć w sobie coś, co odstrasza facetów.
Moja dobra koleżanka ma tak jak ja 17 lat. Chodziłyśmy przez kilka lat do tej samej klasy, ale w liceum zostałyśmy rozdzielone. Kiedyś byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami, ale dziś nasze kontakty są bardziej chłodne.
Na potrzeby historii nazwijmy ją Agata.
Agata w gimnazjum była dość "pulchną" dziewczyną. Jednym słowem lubiła dobrze zjeść. Nigdy mi to nie przeszkadzało, zawsze się przyjaźniłyśmy. Agacie zresztą też nie. Bardzo często żartowała ze swojej wagi i nosiła dużo koszulek z jedzeniem.
Do czasu.
Agata zaczęła narzekać, że nie podoba się samej sobie i chce coś zrobić ze swoich wyglądem. Na początku myślałam, że to takie głupie gadanie, ale z czasem zrozumiałam, że Agata naprawdę ma ogromne kompleksy.
Pomyślałam, że pomogę jej zrzucić wagę. W końcu byłyśmy wielkimi przyjaciółkami. Codziennie przychodziłam do Agaty (mieszkamy od siebie parę kroków), pilnowałam i motywowałam ją do ćwiczeń. Dawała sobie naprawdę świetnie radę! Dodatkowo podrzucałam jej zdrowe jedzenie i wysyłałam różne jadłospisy. Agata osiągnęła po dwóch latach zamierzony cel. Wspierałam ją na każdym kroku. Była moja najlepszą przyjaciółką.
Dziś na korytarzu słyszałam, jak mówi do naszej starej kumpeli.
- Ta Ola to się tak spasła. Niedługo będzie wyglądała jak krowa. Ale cóż, niech w końcu się za siebie weźmie.
Tak, mam na imię Ola.
Jestem facetem, powoli zbliżam się do 40. Mam straszny uraz do kobiet. Nie wiem, czy za szybko się angażuję i wybieram po prostu te nieodpowiednie (i za mało w tych wyborach rozsądku), czy może mam pecha. A może po prostu kobiety takie już są. Fochy, nielojalność, kłamstwa, skrajna nieporadność (bo przecież facet jest od rozwiązywania wszystkich problemów kobiety... inaczej "jaki z niego facet!"). Pretensje o byle co, skupianie się na nieistotnych szczegółach, zamiast docenić te wszystkie dobre rzeczy. Zawsze byłem oddany, pomocny, wyrozumiały, zawsze adorowałem, starałem się, aby nie było nudy w życiu intymnym. Starałem się dodawać kobiecie sił, wspierać w trudnych chwilach. Ale to nie wystarczy, jestem najgorszy, bo niedokładnie obrałem ziemniaki albo dlatego, że nie mogłem odebrać telefonu w pracy, albo dlatego, że upuściłem szklankę, która się zbiła. Podejrzenia o zdrady, zazdrość... To nie są doświadczenia z jednego związku, tylko z kilku. Nie miałem nigdy problemu ze znalezieniem partnerki, mam poukładane życie, podobno jestem przystojny, ale to za mało. Nie mam sił.
Panowie jeśli macie wartościową kochającą i oddaną kobietę, to doceniajcie ją każdego dnia, naprawdę, bo to są wyjątkowe "egzemplarze", a Wy jesteście szczęściarzami!
Cześć. Chciałabym Wam opowiedzieć historię o moim pradziadku, który podczas wojny przebywał w obozie w Niemczech.
Na wstępie powiem, że pradziadek uwielbiał grę na akordeonie i był z nim, można powiedzieć, nierozłączny. Nawet w obozie miał go ze sobą.
Początku pobytu nie wspominał dobrze, dostał jedną z najcięższych prac. Po skończonych obowiązkach grywał na akordeonie, a że wokół niego było wielu innych Polaków - grał piosenki patriotyczne.
Pewnego wieczoru, gdy znów miał swój "koncert", przyszedł komendant, który zapewne słyszał wydobywający się cichy dźwięk muzyki. Komendant kazał dziadziowi wstać i iść za nim, ten przestraszony, bo myślał, że idzie na śmierć, poszedł.
Jakie było zdziwienie, że facet kazał iść mu za nim do domu - razem z akordeonem! Okazało się, że w domu komendanta było przyjęcie, a że muzyki brakowało - gra na akordeonie była idealnym dopełnieniem. Kazał usiąść pradziadkowi i zacząć grać.
Problemem było to, że nie znał on żadnych innych piosenek niż polskie, mimo tego przerażony zaczął grać... I grał tak, prawie do samego rana. Dostał dobre jedzenie, picie, z czego był bardzo zadowolony, bo jak to w obozach bywało - nikt nie był tam najedzony.
Komendant był z dziadka tak zadowolony, że kazał mu zamieszkać w jego domu, w jakiejś komórce. Dostał też jedną z najlżejszych pracy, miał jedzenia pod dostatkiem, którym dzielił się po kryjomu ze swoimi kolegami. Ale również grywał na kolejnych imprezach w jego domu.
Gdy wojna dobiegała już końca, komendant i pradziadek tak bardzo się zżyli, że chciał on, aby dziadzia sprowadził tutaj swoją rodzinę. Ten w duchu nie chciał, ponieważ w głębi serca czuł ogromną urazę do tego kraju. Jednak komendantowi powiedział, że wróci do Polski i przyjedzie ponownie, ale z rodziną. Zgodził się i nawet załatwił mu transport do domu. Później przez długi czas wysyłał dziadziowi listy, w których pisał, że na niego czeka.
Jak widać, nie każdy Niemiec zły, jak go malują. ;)
Dodaj anonimowe wyznanie