Jakiś czas temu dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci. Wcześniej nigdy o tym nie myślałam, bo sądziłam, że mam jeszcze czas na te sprawy i szczerze mówiąc, nie widziałam siebie w roli matki. Jednak w momencie, kiedy usłyszałam to od lekarza, zrobiło mi się naprawdę dziwnie i… przykro.
Zwlekałam z tym, by powiedzieć o tym chłopakowi. Kiedy zaczął mówić w żartach o zakładaniu rodziny, coś we mnie pękło i z tych wszystkich emocji wpadłam w nagły płacz. Przyznałam mu się do tego, że nie mam szans, by kiedykolwiek urodzić mu dziecko. A Tomek w ogóle się nie zmartwił. Nie dlatego, że nie chce mieć dzieci (to rodzinny człowiek i bardzo chce), ale dlatego, że w jego mniemaniu to żaden problem.
„Po prostu adoptujemy, uszczęśliwimy jakąś małą istotę, a ona uszczęśliwi nas. Nie mamy powodów do zmartwień, kocham cię” – powiedział mi mój chłopak.
Może dla niektórych z Was to wyznanie wyda się ckliwe i dziecinne. Myślcie, co chcecie, ja wiem, że mam najwspanialszego chłopaka na świecie.
Byłam zmęczona, trochę zamyślona i naprawdę musiałam siku, ale tak pilnie. Byłam akurat w galerii handlowej, więc nic takiego, prawda? Wchodzisz, załatwiasz się, wychodzisz. Taki był plan, ale mama zwykła mnie uczyć, że deski klozetowe w galeriach są brudne. Wniosek? Sikać na Małysza! Plan dobry, wykonanie? Cóż.
Byłam zmęczona po całym dniu + spałam tylko 3 godziny.
W efekcie nie zauważyłam zamkniętej klapy klozetowej i tak, zsikałam się na nią.
Oczywiście po chwili zorientowałam się, że coś jest nie tak. Nie słychać dźwięku wody, tylko kapanie na podłogę, i czuję, że moje nogawki robią się mokre.
W panice staram się powstrzymać tę Niagarę, ale się nie da, bo potrzeba była tak wielka, że mięśnie odmówiły posłuszeństwa.
Podsumowując...
– obsikane spodnie
– utracona duma
– kilka minut sprzątania własnego moczu z całej kabiny oraz wstyd, gdy zorientowałam się, że mój mocz dosięgnął kabiny obok (były dość małe) i było widać, że coś się tam „wylało”. A w kabinie obok była sprzątaczka wymieniająca papier...
Przepraszam, pani sprzątaczko, naprawdę nie było to planowane.
Bardzo nie lubię mentalności starych bab w kościele – w pierwszej ławce klepią różaniec, a w domu uprzykrzają życie rodzinie.
Moja koleżanka miała właśnie taką cudowną teściową. Nie akceptowała jej jako synowej i na każdym kroku uprzykrzała życie. A że zamieszkali razem po ślubie, to było tego sporo.
Zrobili remont domu i wybudowali łazienkę, żeby nie musieć kąpać się w miednicy i chodzić do wychodka – źle. Gotowała i dbała o dom – źle. Z zaciśniętymi zębami przeżyła nawet fakt, że kobieta przyprowadziła dla swojego synusia lepszą kandydatkę na żonę (rozwódkę) tylko po to, żeby sprawić synowej przykrość. Złota dziewczyna znosiła to wszytko, tłumacząc to wiekiem mamusi. No a mamusia po tygodniu robienia świństw leciała do kościoła, modliła się gorliwie i przyjmowała komunię jakby nigdy nic.
Po mszy zaś z koleżankami z kółka różańcowego obrabiała tyłek synowej, jaka to zła jest, nie dba o dom, nie dba o męża i teściową...
Nie mam szacunku do takich ludzi za grosz.
Gdy byłem w przedszkolu, na Dzień Babci w ramach prezentu robiliśmy naszyjnik z makaronu. Ja swój zrobiłem i wręczyłem babci.
Po kilku latach babcia zapomniała kupić makaron do zupy, więc ugotowała swój naszyjnik.
Mam córkę. Jak dorosła do korzystania z komputera, to uświadomiłem ją, jakie niesie to za sobą niebezpieczeństwa. Moja żona była sceptyczna, że taki nacisk kładę na anonimowość w sieci, że założyłem jej konto pod zmyśloną nazwą i z fałszywymi danymi, że wymogłem, że na FB nie wolno udostępniać żadnych swoich danych nikomu, że tak ograniczam dziecku korzystanie z sieci.
Postanowiłem żonie pokazać, jak to działa.
Na jakimś społecznościowym profilu wybrała jedną dziewczynkę w wieku naszej córki. Napisałem do niej, porozmawialiśmy „o niczym” przez kilka minut. Potem używając tego, czego się dowiedziałem, namierzyłem ją. Dziewczynka była w szoku, kiedy zapytałem, czy możemy się spotkać jutro (podałem szkołę, adres i numer klasy). Po wyjaśnieniu, że te jej rozmowy z nieznajomymi mogą się źle skończyć, poprosiłem, żeby zadzwonił do mnie ktoś z jej rodziców. Opowiedziałem całą historię jej matce, uświadamiając i ją.
Żona już się nie czepia, że córka ma ograniczony dostęp do wielu treści.
Nie zamknąłem samochodu na noc, a jakiś koleś przyszedł, wybił szybę i ukradł nawigację. Następnego dnia poszedł do warsztatu dwie ulice dalej i próbował ją sprzedać mojemu kumplowi, który akurat wstawiał to nieszczęsne okno w moim samochodzie. Złodziej nawet się nie pokapował, jaki debilizm właśnie robi. A piszę anonimowo, bo serdeczna kotwica w plecy policji – wezwani na miejsce uznali, że nic nie zrobią, bo nie ma żadnych dowodów i w ogóle to niepotrzebnie im dupę zawracaliśmy. Koleś dalej może sobie wybijać szyby i kraść.
Mój mąż i ja od zawsze planowaliśmy poród rodzinny. Nigdy go nie zmuszałam, szanuję jego poglądy.
Wczoraj kociła się nasza kotka i mąż zemdlał, życzcie mu powodzenia...
Jestem położną i pracuję na bloku porodowym. Ostatnio jest trend bycia super eko, nieszczepienia dzieci i w ogóle niezgadzania się na nic, twierdząc, że to spisek big pharmy.
Jakiś czas temu przyjechała do nas pacjentka – ot, zwykła kobietka, przyjechała do porodu, ale okazuje się, że ta zwykła kobieta jest przeciwniczką wszystkiego. Wenflon nie (miała wskazania do podania antybiotyku dożylnie), po porodzie podać dziecku tlen – nie, przeciąć pępowinę – nie. A co najlepsze, nie chodziła przez całą ciążę do lekarza (to spisek!) i dziecko urodziło się z wadą serca i w ciężkim stanie pojechało do innego szpitala (można było skrócić czas przejazdu dziecka lub próbować operować malca w brzuchu mamy, gdyby ta chodziła na wizyty podczas ciąży).
Lubię swoją pracę, ale czasem nie mam siły do tych ludzi.
Od niemal dziesięciu lat nie jem i nie dotykam mięsa. Kiedyś uwielbiałam przyrządzać, jednak teraz na sam widok mnie mdli.
Wynajmowałam z chłopakiem kawalerkę. Oboje studiowaliśmy i mało zarabialiśmy, więc większość jedzenia przywozili nam rodzice Adama. Jako że mieli ubojnię, najczęściej było to świeże mięso.
Któregoś dnia wróciłam zmęczona do domu, wyciągnęłam steki, żeby się odmroziły i poszłam spać.
Rano Adam znalazł mnie w kuchni i jak mówił, myślał, że coś mi się stało. Leżałam na podłodze umazana płynami z surowego mięsa, sklejonymi włosami i widelcem w dłoni. Białe kafelki miały smugi, jakbym tym mięsem myła (?) podłogę.
Gdy się ocknęłam, zwymiotowałam niestrawioną mięsną kulą. Jak dotarło do mnie, co zrobiłam, to nawet nie zdążyłam dobiec do toalety. Cały dzień wymiotowałam żółcią.
Wtedy pierwszy i ostatni raz lunatykowałam.
Przez kilka tygodni miewałam paranoję, że znowu w nocy wstanę, więc nastawiałam budziki i sprawdzałam stan lodówki. Obłęd.
Urodziłam się ruda. I to nie tak zwyczajnie ruda, ale tak... dziwnie ruda. Zawsze lubiłam swoje włosy, podobało mi się to, jak się wyróżniam. Spotkałam dużo osób, które miały kompleksy przez właśnie rude włosy, ale sama do nich nie należałam. No, do czasu... Mianowicie do czasu, gdy parę dni temu postanowiłam porozmawiać na wideorozmowie z ludźmi z całego świata, a dosłownie każdy osobnik płci męskiej zaczynał rozmowę słowami typu „Jeezu... ruda”, „gdybyś nie była ruda, to byłabyś 10/10, ale jesteś 2/10”, „weź się przefarbuj”, „rude to fałszywe” itp.
Przeważnie obelgi mnie nie ruszają, ale od tamtego dnia codziennie zwracam uwagę na moje włosy, długo zastanawiałam się również, czy moja naturalna „wredota” rzeczywiście jest spowodowana tym niefortunnym kolorem włosów.
Możecie mówić, że to głupie, ale przez liczbę komentarzy na temat włosów coraz bardziej chcę je przefarbować. Dlaczego tego nie zrobię? Ano dlatego, że nie jestem pełnoletnia i moja mama nie pozwala mi na to, mówiąc, że jeśli to zrobię, będę tego żałować, że zrozumiem, jak piękne są rude włosy, i wiem, że ma rację. Jak już wspomniałam, wcześniej bardzo mi się ten kolor podobał.
No nic, mam nauczkę i więcej się już chyba nie połączę z żadnym nieznajomym, bynajmniej nie pokazując się w całości.
Dodaj anonimowe wyznanie