Witam wszystkich, to znowu ja - dzielny wojownik zmagający się niestrudzenie z wrednym, futrzastym potworem. Po tym, co zrobiłem kilka miesięcy temu (#5b1Gw), ja i moja kocia nemezis znajdowaliśmy się w stanie zawieszenia broni. Próbowałem nawet przekonać go do siebie jakąś polędwiczką, ale gdy wyrzucił ją przez balkon uznałem, że raczej nie mamy szans na przyjaźń. On sam też nie popiera tego pomysłu, więc po prostu codziennie staramy się unikać swojego towarzystwa i tylko czasami prycha coś o diable i szpiegu w jego królestwie.
Niedawno siedzieliśmy sobie sami w domu, Ania była... nieważne gdzie. Kot siedział na parapecie i łypał na mnie nieufnie, a ja przetrząsałem wszelkie krańce internetu. Od strony do strony przeczytałem o tym, że można golić (a właściwie podpalać) swoją dupobrodę zapalniczką. Szybka akcja - spodnie w dół, dupa w górę, lustro naprzeciwko, zapalniczka w dłoń i już byłem gotowy do testu. Kot przeniósł się na fotel i śmieszkował ze mnie w duchu (hehe, człowiek, masz ogon tył na przód). Zbliżyłem zapalniczkę do mojej bujnej dupobrody i... to działało! Włosy skracały się. Nagle zachciało mi się pierdnąć. Zanim zdążyłem pomyśleć, poluzowałem zwieracze... i to był błąd. Usłyszałem Pieśń W Wykonaniu Grochówki z akompaniamentem Fasolki Po Bretońsku - czyli coś pomiędzy kaszlnięciem gruźlika, rozdzieraniem płótna a wybuchem bomby - i zobaczyłem, jak moja pęknięta twarz zieje ogniem. Poważnie - płomień był naprawdę spory. Kot, gdy zobaczył mnie prującego ogniem z dupy, skoczył na pół metra, syknął i uciekł pod szafę. Do końca dnia się przede mną chował. Gdy Ania wróciła, była wyraźnie zaskoczona i pytała mnie, czy coś mu zrobiłem, bo jak to - TAKA zmiana w tak krótkim czasie? Ja tylko uśmiechałem się enigmatycznie i oddalałem, ciesząc się spokojem...
To wszystko zdarzyło się kilka tygodni temu, a kot nadal unika mnie i schodzi mi z drogi.
Ehhh... Od długiego czasu zmagam się z potwornym smutkiem i bólem życia i nie mam komu tego powiedzieć, a jak mówię, to od razu wysyłają mnie do psychiatrów. Mam depresję, jestem gruby i oglądam anime (czyli społeczeństwo mnie nie akceptuje), ale przejdźmy do tego, co chcę teraz z siebie wyrzucić.
Pięć lat temu zostawiła mnie dziewczyna i do tej pory myślę o niej i nie potrafię przestać. To była moja pierwsza i jedyna miłość. Z powodu tego nie potrafię już normalnie funkcjonować w społeczeństwie i jestem zrezygnowany z życia. Jestem osobą, która, nazwijmy to, „potrzebuję atencji”. Nie potrafię rozmawiać z dziewczynami i nawet nie potrafię im zaufać, a co dopiero się zakochać, bo chyba ciągle kocham moja byłą. Nie oczekuję pomocy od nikogo i nawet jej nie chcę, jedyne co chciałbym to zrozumienie. Czuję, że ludzie mają mnie za gorszego przez to co robię ze swoim życiem, ale to nieprawda. Nie potrafię zrobić nic dla siebie. Potrzebuję osoby, dla której coś zrobię (chociażby aby się zmienić fizycznie). Wiem, że piszę chaotycznie i ciągle zmieniam temat, ale piszę pod wpływem emocji i w sumie to mój pierwszy raz, kiedy dzielę się tym publicznie (choć anonimowo). Pogodziłem się z tym kim jestem (przegrywem) i że pewnie nie będę już szczęśliwy.
Żona dowiedziała się, że chcę ją zostawić. Pomogła mi się spić, a nie mam mocnej głowy. Przestała brać tabletki i była wyjątkowo chętna, więc uległem prymitywnym pragnieniom. Po kilku tygodniach siedziałem w pracy, szukając w międzyczasie kwatery w innym mieście po planowanym rozstaniu. Telefon, że jest w ciąży i to bliźniaczej. Załamka trwająca chyba z półtora roku. Teraz kocham dzieci i nienawidzę żony i jakoś muszę to pogodzić.
Z cyklu: „Gdzie popełniliśmy błąd?”.
Ostatnio moja trzynastoletnia córka zapytała, czy może iść na imprezę. Oczywiście kategorycznie zabroniłem, na co usłyszałem w odpowiedzi: „A co ty myślisz, że ja nigdy loda nie robiłam?!”.
Popłakałem się jak małe dziecko. Mam 40 lat, a ona do studiów ma areszt domowy...
Mam za sobą dwie rozmowy, które ulepszyły mi życie. Myślałem, że moje małżeństwo jest porażką, ale przeszedłem się z kumplem po lesie i podczas szczerej rozmowy uświadomiłem sobie wiele spraw. Potem pogadałem szczerze z żoną, kiedy zabrałem ją na wycieczkę i kawę w pewnym dworku. Teraz zamiast porażki widzę tylko kilka błędów, które trzeba wyeliminować z codzienności.
Żaden Zoom ani Teams nie zastąpi spacerów i pogadanek face to face.
Poznałam fajnego chłopaka. Nigdy nie wierzyłam w coś takiego jak „miłość od pierwszego wejrzenia”, ale kiedy pierwszy raz na mnie spojrzał i uśmiechnął się... straciłam głowę. Zagadał do mnie pierwszy. Sama nigdy bym tego nie zrobiła, bo jestem cholernie nieśmiała i mam problemy w nawiązywaniu nowych znajomości. Gadało nam się nieziemsko. W sumie to on mówił, ja tylko przytakiwałam lub kręciłam głową, co dziś wydaje mi się strasznie głupie. Kiedy wróciłam do domu, nerwowo czekałam, aż zaprosi mnie na Facebooku, albo gdziekolwiek. Ale nie odezwał się.
Spotkaliśmy się potem przypadkowo dwa razy. Coś się zmieniło. Nie było już tak bajecznie. Nie flirtował już ze mną. Rozmawialiśmy o szkole itp.
Minęło kilka lat. Wczoraj go spotkałam. I w końcu spytałam go, dlaczego wtedy przestało mu zależeć. Powiedział, że moja przyjaciółka (z którą wtedy się przyjaźniłam) powiedziała mu, że mam chłopaka, a poza tym i tak nie jest w moim typie.
Wiecie co jest najgorsze? Że to ona wtedy, kiedy się nie odzywał, pocieszała mnie.
A co najlepsze... Właśnie dowiedziałam się, że dziś jest jego żoną.
Może się to wydać dziwne, ale nigdy nie rozmawiałem z innymi facetami o seksie. Zarówno w wieku szkolnym, jak i później, gdy już się ożeniłem.
Gadamy normalnie o meczach, filmach, grach komputerowych, samochodach... a o tym nie. I to nie tak, że koledzy zaczynali się chwalić podbojami, a ja zawstydzony zmieniałem temat. Po prostu nigdy nie został on poruszony. Nigdy nikt mnie nie zapytał choćby, czy mam dziewczynę, nie mówiąc już o pikantnych szczegółach.
Ja z kolei nie znam nikogo tak dobrze, aby pytać o sprawy w moim mniemaniu intymne. Moje życie seksualne w zasadzie jest udane, więc nie widzę też potrzeby wymieniania doświadczeń.
To tak do przemyślenia dla tych, którzy sądzą, że faceci gadają tylko o dupie Maryni.
Sobota, wpadam do kumpla na piwo. On żonaty, jego żona w ciąży.
Siedzimy w salonie, w którym był aneks kuchenny, popijamy piwko i gadamy o jakichś tam mało istotnych męskich bzdurach typu motocykle, samochody i komputery.
W międzyczasie żona kumpla wchodzi do kuchni i coś tam szykuje sobie, kroi, sieka, gotuje, po czym bierze to co wyprodukowała, czyli michę i łychę i zaczyna wcinać, aż się jej uszy trzęsą.
Piwko jak to piwko, któreś z rzędu swoje prawa ma, a na widok kogoś pałaszującego również włącza pełne empatii uczucie chęci spałaszowania czegoś.
- Hej, Basia! Co tak wcinasz?
[W tle słychać tylko hrmpf hrmpf om nom nom]
- Kisiel z cebulą [om nom nom].
Kisiel. Z cebulą. Posiekaną. Surową. Cebulą.
Smacznego! :)
Historia ma początek około ostatniej klasy gimnazjum. W tym wieku hormony robią swoje, chce się wiadomo czego. Nigdy nie miałem szczęścia do dziewczyn, ale za to miałem dobrego kolegę, nazwijmy go Kacper. Zaczęło się niewinnie, od wspólnej masturbacji i wyobrażania sobie, że obok są dziewczyny, a skończyło na tym, że to zrobiliśmy. Szczerze mówiąc, mi się spodobało i tak mi zostało. Niestety rozstaliśmy się, kiedy poszliśmy do szkół średnich, ale dalej byliśmy dobrymi kolegami.
Teraz mamy ponad 20 lat. On znalazł sobie dziewczynę i niedawno się zaręczyli, ja znalazłem chłopaka. Kacper miał ostatnio urodziny, no to zrobił małą imprezę, oczywiście ja wpadłem z moim chłopakiem, o którym nikt nie wiedział, wtedy jeszcze myśleli, że to mój kolega. No i popiliśmy trochę, a pod sam koniec imprezy byliśmy tylko ja, mój chłopak, Kacper i jego narzeczona. I natchnęło nas na wspominki o szkole i jak to było fajnie i nie wiadomo skąd trochę nam się wymsknęło o naszych harcach w gimnazjum. Najlepsze było to, że mój nawalony chłopak zaczął Kacprowi dziękować, że dzięki niemu on może teraz ze mną być i że gdyby nie on, to teraz pewnie bym miał jakąś dziewczynę. Skonsternowana narzeczona mojego kolegi nie wiedziała co powiedzieć, a jej mina wyrażała więcej niż tysiąc słów.
Jestem wielkim facetem. Prawie dwa metry wzrostu, 150 kg wagi. Mieszkam sobie z rodziną w domku za miastem. Mamy psa, narwanego pudla. Żona go uwielbia, natomiast ja żywię do niego nieco chłodniejsze uczucia. Piesek ma wkurzający zwyczaj kopulowania z ludzką nogą. Idziesz sobie spokojnie, a ten nie z gruchy, ni z pietruchy naskakuje ci na łydkę i napierdziela fujarką o nogawkę. Potrząsasz nogą, a ten trzyma się kurczowo, jakby od solidnego wydymania twojej kończyny zależał jego obiad.
Lato, ciepły dzień. Zdjąłem koszulkę, koszę trawę. Wyłączyłem na chwilę maszynę i poszedłem zobaczyć czy bratki, co to je sobie zasadziłem na grządce, zaczęły już kwitnąć. I wtedy - pac! Dopadła mnie ta puchata bestia i już zabiera się za odstawianie scen rodem z jakiegoś psiego porno. Z trudem sukinkota zrzuciłem z siebie, a ten znowu leci w moim kierunku. Chwyciłem go więc za obrożę, uklęknąłem i w odruchu wychowawczej nauczki sam zacząłem symulować akt kopulacji z jego nogą krzycząc na całe gardło: "I co? Fajnie ci? Dobrze ci? Lubisz to?". Trwało to może z kilkanaście sekund, ale w pewnym momencie zauważyłem, że czworonóg z dużym zainteresowaniem patrzy w stronę płotu. Spojrzałem więc i ja. A tu stoi pięć osób z jakimiś kartonami w łapach... Nowi sąsiedzi. Wprowadzają się do chaty obok, a ja klęczę zatrzymany w połowie żmudnego procesu obijania się moszną o tylną łapkę wymuskanego dupelka.
- Eee... Czołem sąsiady - wybełkotałem. Wziąłem psa na ręce i niczym speszona dziewczynka pobiegłem do domu.
Do dziś jak ognia unikam nowych mieszkańców tej nieruchomości. Pies wykastrowany. Problem znikł. Uczucie najgłębszego zażenowania pozostało...
Dodaj anonimowe wyznanie