#3hktd

Dlaczego odeszłam od kościoła.
Moje wyznanie nie ma na celu krytyki kościoła katolickiego – to chcę zaznaczyć, to tylko moja historia. A niestety nie mogę jej opowiedzieć rodzinie czy znajomym. Może wstyd mnie powstrzymuje, na wiem sama.

Od zawsze moja rodzina była głęboko wierząca, mszę święte co niedziela itd. Gdy wyjechałam na studia, to trochę zaniedbałam sferę duchową.

I tak przyszedł maj, moja siostrzeńca przystępowała do pierwszej komunii świętej. Wielka sprawa i związku z tym poszłam do spowiedzi. Spowiadał młody ksiądz, gdy doszło do formułki kiedy ostatnio się spowiadałam, a moja odpowiedź była, że ponad pół roku temu, czyli tuż przed Bożym Narodzeniem, to ksiądz do mnie rzucił, że sobie chyba żartuję. Czy chcę przystąpić do komunii świętej tylko dlatego, że rodzina patrzy itd. Płakać mi się chciało i bym wyszła, ale nie chciałam robić sceny, zwłaszcza w dniu siostrzenicy. Poczułam się jak jakaś morderczyni czy jeszcze gorzej. Dotrwałam do końca spowiedzi, nawet nie czekając na rozgrzeszenie, tylko marząc o odejściu od konfesjonału.
Po wszystkim nawet nie przystąpiłam do komunii i już od ośmiu lat nie poszłam do kościoła.

Zdaję sobie sprawę, że jeden ksiądz nie świadczy o całym kościele, ale gdy przypomnę sobie co wtedy czułam, cały ten wstyd, zażenowanie i strach... Nigdy nie chcę się już tak czuć.
Dlatego już nie chodzę do kościoła.

#5Y39F

Zacznę od tego, że pochodzę z normalnej, dobrej rodziny. Nigdy niczego nam nie brakowało, ale bogaci to my nie byliśmy. Historia będzie o marzeniach, pieniądzach i "przyjaciołach".

Po skończeniu technikum informatycznego, pracowałem w kilku firmach w swoim zawodzie za śmieszne pieniądze. Ot, nasza polska szara rzeczywistość pracy u prywaciarza. Nie chcę wrzucać wszystkich do jednego worka, ale ja akurat pracowałem u takich wyzyskiwaczy. I wtedy zrodziło się marzenie. Otóż moim marzeniem było założenie własnej firmy, gdzie pracownicy bez chwili namysłu będą mogli powiedzieć "Mój szef jest naprawdę w porządku". I mowa tu i o wynagrodzeniu jak i atmosferze. Miałem wtedy grono "przyjaciół", którzy narzekali razem ze mną na niskie zarobki i swoich szefów. Dodam dla jasności, że jestem samoukiem i odwalałem robotę często za profesjonalistów (konfiguracja domen, macierzy dyskowych itp), którzy dostawali za tę samą pracę czterokrotność mojej najniższej krajowej. Jako, że nie byłem rozrzutny, to często i gęsto zdarzało się, że postawiłem "przyjaciołom" piwo lub dwa. Jak któremuś się nie powodziło, to robiłem więcej obiadu i go zapraszałem. I takim sposobem przyszyłem sobie metkę świnki skarbonki.

Nastał wielki dla mnie moment. Zdecydowałem, że w tym roku otworzę firmę. Nie powiem, na początku nie było kolorowo. Praca na etacie plus własna firma, głównie serwis sprzętu. Bywały miesiące dobre gdzie zarobiłem 1000 zł (tak, dla mnie to był dobry wynik na początku), a bywały miesiące gdzie telefon i skrzynka pocztowa biły gołym echem. Po ok. pół roku dostałem pierwsze zlecenie na małą sieć w biurze. Klient był zadowolony, co zaowocowało poleceniem mnie jego znajomym. Zaczęły spływać zlecenia, czasem mniejsze, czasem trochę większe. I tu się zaczęło. "Przyjaciele" jak zauważyli, że zaczęło mi się dobrze powodzić, zaczęli próbować mnie doić jak krowę. Tu postaw flaszkę, tu "pożycz" na doładowanie i uwaga, "zapłacisz za mnie czynsz?" Chwila... pracujesz tak? To co ty ku*wa z pieniędzmi robisz? Powiedziałem co myślę na temat i podziękowałem za znajomość. Oczywiście zaczęły się teksty typu: "Hajs ci zawrócił w głowie", "Kiedyś byłeś inny" itd. Nie moi drodzy. Ja jestem cały czas taki sam i co więcej, potrafię rozróżnić wyzysk od prawdziwej potrzeby pomocy. To wam zachłanność i lenistwo oczy gó*nem zalepiły. Z tych wszystkich ludzi zostało dosłownie dwóch, z czego jednego przyuczam do pracy w mojej firmie.

No właśnie... Praca w mojej firmie. Otóż już nie pracuję na etacie. Biznes po dość długim i burzliwym czasie nawet dobrze się rozwija, a z moimi pracownikami/kumplami wychodzimy co piątek na piwko. Ot, tak dla rozluźnienia. Wydaje mi się, że jestem dobrym pracodawcą.

#mLzO9

To wyznanie będzie chore... uprzedzam. Gdy byłam mała... czas podstawówki. Nie wiem, może byłam w 1 lub w 2 klasie, znalazłam gdzieś wysoko na szafie pornosy tatusia. Byłam strasznym dzieckiem, zachowywałam się jak małpa w zoo.

Tatko wybrał złą kryjówkę. Oczywiście odpaliłam te pornosy, obejrzałam z zaciekawieniem i zainteresowana tematem postanowiłam sprawdzić jak taki lulok wygląda na żywo... Przejdźmy do rzeczy. Mój tato miał ciężką pracę. Dojeżdżał z Łodzi na Śląsk, plus godziny pracy, plus powrót.

Po powrocie był wykończony i szedł spać. Jak już zasnął, to spał jak zabity. Co istotne, spał w takich szarych kalesonach z dziurą. Zapakowałam się pod kołderkę i smyk przez to dziurę oglądałam luloka taty. Nawet go dotknęłam...

A on biedny był molestowany przez własne dziecko i nawet nic nie poczuł... No nic, nie mam traumy, lecz po latach wiem jedno. Mama miała dobrze XD

#MbVEG

Zacznę od tego, że mój brat zmarł rok przed moimi narodzinami. Miał zaledwie osiem miesięcy. Nigdy go wiec nie poznałam, jednak i tak będąc małym dzieckiem bardzo chciałam spędzić z nim chociaż jeden dzień. Było to moje największe marzenie. Pamiętam nawet, jak prosiłam rodziców, by zamiast zabawek pod choinkę "podarowali" mi mojego braciszka. Po latach powoli zapomniałam o moim marzeniu. Do czasu.

Parę lat temu w wakacje pojechałam samotnie na kolonię. Wiadomo, bus zatrzymuje się na wielu przystankach. Mój był ostatni, tak więc gdy weszłam, nie było już wiele miejsca, więc usiadłam na samym przodzie. Kiedy dotarliśmy już na miejsce, z autokaru wysiadły wszystkie dzieciaki, w tym i ON. Chłopak na oko w moim wieku. Wyglądał dosłownie jak moje lustrzane odbicie. Takie same blond włosy, identyczne szare oczy, lekko zakrzywiony nos i podobny wyraz twarzy. Mogłabym tak wymieniać nasze podobieństwa w nieskończoność. I tak się zaczęło. Od tego momentu wszyscy myśleli, że jesteśmy rodzeństwem. Gdy on spóźniał się na zbiórkę, opiekunowie wysyłali "siostrę", czyli mnie, żebym go przyprowadziła. On krył mnie, gdy spóźniałam się na posiłki, a ja jego, gdy razem z kolegami przemycili do pokoju wino :D Nikt właściwie nie chciał uwierzyć, że nie jesteśmy rodziną. Gdy chodziliśmy do miasta, dużo ludzi myślało, że jesteśmy bliźniakami. Nawet z charakteru byliśmy podobni. Obydwoje byliśmy raczej nieśmiali, interesowały nas przedmioty ścisłe, a nawet obydwoje uwielbialiśmy pierogi ze szpinakiem :) Przez cały pobyt spędzaliśmy każdą chwilę ze sobą. Niektórzy podejrzewali, że może coś miedzy nami jest, jednak nasze relacje były jak pomiędzy prawdziwym rodzeństwem. Przez cały wyjazd czułam, jakbym znała mojego "brata" od zawsze, nie uważałam go za obcego człowieka, chociaż znałam go zaledwie parę dni. Nadszedł ostatni dzień pobytu i nasze pożegnanie. Były łzy. Po powrocie do domu czułam dziwny niepokój, jakby czegoś lub kogoś mi brakowało. Przed wyjazdem dostałam jego numer telefonu, ale dopiero miesiąc po kolonii odważyłam się do niego zadzwonić. Odebrała jakaś kobieta, okazało się, że dostałam zły numer lub go źle zapisałam, bo wątpię, że specjalnie podał mi nieprawidłowy numer. Ogólnie nasz kontakt się urwał i nigdy już go nie spotkałam. Pomimo tego zawsze będę o nim pamiętać. Chciałam brata na jeden dzień, a dostałam go na całe dwa tygodnie :)

PS Jeżeli to czytasz "braciszku", to wiedz, że nigdy cię nie zapomnę!

#xxR7o

Mam 16 lat. Właśnie czekam na tramwaj na przystanku i przed chwilą zdarzyła mi się bardzo dziwna sytuacja. Krępuję się opowiedzieć komuś w realu, więc założyłam konto tutaj i podzielę się z wami.

Gdy siedziałam na ławce, dosiadł się do mnie starszy pan. Od początku wyglądał dla mnie jakoś... dziwnie, podejrzanie. Jego sposób zachowania, to, jak na mnie patrzył... Zaczął mnie zagadywać, mówił, że jestem piękna, ale mam jedyną wadę – nie jestem rozmowna i otwarta do kontaktu z innymi osobami (wtf?). Chyba nie sądził, że ot tak sobie zacznę pogawędkę z pierwszym lepszym nieznajomym. Dał mi cukierka, pytał, gdzie mieszkam, czego mu, oczywiście, nie zdradziłam dokładnie. Gdy podjechał jego tramwaj, na odchodne powiedział mi, że „powinnam zmienić sobie biustonosz na mniej sztywny”. Przecież to jest chore, mówić coś takiego do nieznajomej 16-letniej dziewczyny... Co mam z tym zrobić? Czy powinnam komuś powiedzieć o tym człowieku?

#WrDOZ

Wracałam z małżonkiem z imprezy i oczywiście zachciało mu się sikać (a swoją drogą, co faceci mają z tym laniem wszędzie? małe pęcherze mają? teren znaczą? fetysz taki?).
No więc małżonek stanął przy dość gęstych krzakach i sika... a tu z krzaków słychać jakieś niemrawe szamotanie i głos „no co jest, kurwa, no?”. Zaglądamy w krzaki, a tam leży pan żul, odpoczywa chłopina sobie, zmęczony tak, że tylko oczami mógł mrugać, innych ruchów za bardzo nie był w stanie wykonywać. Mężowi głupio się zrobiło i zaczął go przepraszać, a pan żul na to: „wspomóż kierowniku pięciokiem na amarenkie i będziem kwita”. Mąż wspomógł, żul przyjął, chuchnął i rozstali się w przyjaźni.

#9Prkl

Mam wesołego męża, którego wszyscy bardzo lubią, ma wspaniałe poczucie humoru. Jakoś nigdy szczególnie o mnie nie zabiegał, dopasowaliśmy się jakoś przez muzykę itd. Szybko się zaręczyliśmy, szybko dziecko, szybko ślub. A odkąd jest na świecie nasza córeczka (3 l.), mąż raz na jakiś czas robi mi straszne awantury, wyzywa, doprowadza mnie do łez. Nigdy nie przeprosił, zawsze po prostu jakoś tak zaczynamy rozmawiać.

Ostatniej soboty miał zły dzień w pracy, więc chodziłam jak na szpilkach, ponieważ bałam się go zdenerwować. Mamy w domu małe kotki, ponieważ moja kocica 2 tygodnie przed sterylizacją planowaną zaciążyła, i te kotki mu strasznie nie pasują, mimo że oczywiście ja o nie dbam i szukam im domu. Mąż jednak zdenerwował się na mnie o jakąś wymyśloną rzecz (że nie może powiesić obrazu, bo mu nie pozwalam (!?)) i doszło do tego, że wyrzucił kotki przez okno z 1 piętra... Wszystko widziała nasza córeczka, którą zabrałam i pobiegłam ratować kociaki. Całe szczęście nic im się nie stało, ale jak wróciłam i zaczęłam krzyczeć na niego, że jak mógł coś takiego zrobić, to usłyszałam kilka bardzo przykrych słów.

I tak już drugi tydzień śpię na kanapie, razem z córką, mąż co chwilę ma jakiś problem i ani myśli mnie przeprosić.
Bardzo chciałabym się rozwieść, bo już jestem wykończona psychicznie, jednak jest dobrym ojcem dla córeczki i ona bardzo lubi spędzać z nim czas. Tylko to mnie trzyma.

PS Na drugi dzień moja córka kazała mu przeprosić kotki, a on powiedział, że tego nie zrobi. Prosiła go ze łzami w oczach, a on nic. Moja córka jest bardziej dorosła od męża i przynajmniej zachowuje się z szacunkiem. Jestem z niej dumna.

#AFnkj

Będąc na studiach zaczęłam spotykać się z pewnym chłopakiem. Na początku naszego związku przy okazji podśmiewywania się ze zdjęć robionych do jakichś dokumentów, mój luby wpadł na pomysł i wydrukował dodatkowo 10 takich zdjęć swojej osoby i poprzylepiał je w moim pokoju (mieszkałam jeszcze z rodzicami) w ukrytych miejscach (pod blatem, za ubraniami w szafie itp.). Podał mi jedynie ich liczbę.

W ciągu 3 lat naszego związku znalazłam ich 9 (co jakiś czas coś po pewnym czasie odsłaniałam i widziałam moją miłość spoglądającą na mnie ukradkiem, a uśmiech od razu pojawiał się na mojej twarzy). Później rozstaliśmy się z powodów tj. "wypalenie", inne plany na przyszłość, a sprawa poszła w zapomnienie.

Po 7. latach od rozstania, czyli 10. od rozklejenia zdjęć, kiedy odwiedzałam rodziców weszłam do swojego starego pokoju i przeglądałam swoje rzeczy powracając myślami do czasów, z których pozostały mi owe pamiątki. Odczepiając stary plakat odnalazłam owo 10. zdjęcie, które przypomniało mi o tamtych 3. latach. Pod wpływem emocji zrobiłam zdjęcie swojego odkrycia i wysłałam mojemu byłemu, z którym od czasu rozstania nie utrzymywałam kontaktu (znalazłam go na fb). W ten sposób doszło do spotkania i tym samym zaczęliśmy się na nowo ze sobą umawiać.

Kolejne szczęśliwe zakończenie, których tak nie lubicie. Dla mnie jednak szokujące jest, jak jeden drobiazg potrafi wpłynąć na nasze życie. Jeden moment niepewności, jedno wspomnienie, a sprowadza naszą przyszłość na inne ścieżki. Ze szczegółów tworzymy całość.
Pozdrawiam :)
Dodaj anonimowe wyznanie