#HGGsd

Mam dużo spotkań zdalnych z znacznie wyżej postawionymi ode mnie pracownikami mojej firmy, jak i kilku firm zewnętrznych. Dziś kierownicy przez 15 minut prowadzili zupełnie jałową dyskusję na tematy BHP, z których absolutnie nic nie wynikało. Zdejmując okulary, przez przypadek odciszyłem mikrofon, po czym rzuciłem do siedzącego obok kolegi: „K****, co za pierdolenie”.

Zapadała cisza, takiego ochrzanu dawno nie dostałem od swojego kierownika, ale za to dyskusja dość szybko się skończyła.

#td8ks

Trochę o "szacunku" wobec pracowników obsługi klienta.

Jestem studentem drugiego roku, już od pierwszego roku zacząłem dorabiać sobie w supermarkecie na kasie. Wcześniej nie miałem pojęcia, że kasjerzy spotykają się codziennie z taką lawiną hejtu, buractwa i chamstwa. Dziś jeden z klientów przegiął pałę.

Przyszedłem na pierwszą zmianę, na poranne zakupy wpadł stały i charakterystyczny klient (SK) z około 12-letnim synem. Podszedł do mojej kasy i swoim zwyczajem zrobił zakupy za dwa złote, ostentacyjnie wyjął z portfela plik stówek, dokładnie je przeliczył śliniąc wcześniej palec i wyciągnął jeden z banknotów. To był mój pierwszy klient, a w kasetce nie miałem jeszcze ani jednego banknotu, sam bilon.
JA: Czy nie miałby pan może drobniej?
SK: Nie miałbym, w ogóle co to do cholery za zwyczaj, hurrdurr zagranico nie zawracają głowy klientom takimi pytaniami, hurrdurr, tam to zawsze mają drobne.
JA: W takim razie proszę poczekać, spróbuję rozmienić.
Nie udało się, więc zacząłem wydawać mu resztę w kwocie 98 zł w monetach. Odliczyłem i położyłem na podajniku.
SK: ALE CO TO MA BYĆ? Co mi pan tu daje?!
JA: Pana resztę. 98 zł i grosz.
SK: I JA mam TO teraz wziąć? Pan mnie pewnie oszukał, ja nie będę tego przeliczał, to jest niepoliczone!
JA: Suma się zgadza, ale mogę policzyć pieniądze jeszcze raz.
Zgarnąłem monety do siebie i powolutku zacząłem ustawiać stosiki złotówek, jedna po drugiej, licząc na głos i podsuwając mu je pod nos jak małemu dziecku. SK robił się czerwony na twarzy i burczał coś, że mu się spieszy.
JA: Policzyłem: 9 stosów po 10 złotych, osiem złotówek i grosz obok. Zgadza się.
SK uznał, że tak łatwo nie będzie i jeszcze trochę się powyżywa ;).
SK: NAJPIERW TO TRZEBA UMIEĆ LICZYĆ, hehe. Do tego trzeba jednak zajrzeć czasami do podręczników, żeby nie pracować na kasie jak matoł, hehe. Widzisz, Patryk, jak ci mówię, że masz się uczyć, to bierz podręcznik w rękę, bo skończysz jak ten chłopak tutaj, hehe.

I tu nastąpił moment, w którym straciłem już cierpliwość.
JA: Może nie mieści się to panu w głowie, ale niektórzy, żeby "wziąć podręcznik w rękę", muszą najpierw na niego zarobić. - i zwróciłem się z uśmiechem do dzieciaka - Widzisz, Patryk, tata ma rację, że warto się uczyć... ale lekcji kultury to od niego nie bierz, bo w podręcznikach, które czytał, chyba o tym nie pisali.

Syn się zaśmiał, SK spurpurowiał na twarzy, zgarnął swoją resztę (mrucząc pod nosem, że żarty sobie z niego robię i on już wcześniej miał tyle drobnych, że portfel mu się nie dopinał) i poszedł do POK-u złożyć na mnie skargę, że złośliwie dałem mu tyle bilonu. O naszej rozmowie nie wspomniał, może jednak jakaś autorefleksja go naszła :). A nawet jeśli nie, to może chociaż młody zauważy, że zachowanie jego ojca jest nieodpowiednie.

#Y961e

Od 2019 jestem posiadaczem kotki, przygarnąłem ją ze schroniska. W sumie nie jestem zapalonym miłośnikiem zwierząt, ale pomyślałem, że fajnie byłoby jakiegoś mieć. Zwierzaki zawsze uważałem za takie „maskotki rodziny”. Kotka zawsze była zdystansowana, nie lubiła, kiedy brało się ją na ręce, ale czasami jak chciała być pogłaskaną, to przychodziła, trochę ją głaskałem, a potem szła gdzieś poleżeć i tak na okrągło. W moim życiu niespecjalnie było źle, mimo zmagania się z depresją. Miałem stosunkowo ułożone życie. Praca, którą bardzo lubię, koledzy i koleżanki po fachu, z którymi się zżyłem. Przy covidzie było mi ciężej, chodzi ogólnie o atmosferę, ale z czasem przywykłem do maseczek. Potem ta sytuacja z 2021, gdzie nie dokonano aborcji na kobiecie w zagrożonej ciąży i w efekcie zarówno ona zmarła wraz z dzieckiem. Wstrząsnęło mnie to. Wtedy moja depresja tymczasowo się nasiliła. Zacząłem strasznie się przejmować problemami ludzi. Czy to coś się działo w Polsce, czy za granicą. Ale dawałem radę. Lecz w tym roku mój stan jeszcze bardziej się pogorszył. Kiedy usłyszałem o rosyjskich atakach na Ukrainę, coś we mnie pękło. Dowiadywałem się okropnych, bestialskich rzeczy. A wisienką na torcie było to, że straciłem pracę przez redukcję kadr. Nie wiem co doskwierało mi bardziej, moje życie czy śmierć niewinnych.

Tego konkretnego dnia, siedząc w domu, po raz pierwszy od wielu lat miałem atak paniki. Moja kotka wybudziła się ze snu, patrzyła na mnie nieruchomo i w pewnym momencie podeszła do mnie i miaucząc zaczęła klepać mnie łapką po ręce. Chwyciłem ją i przytuliłem się do niej, a ona oparła swój łepek o moją głowę i siedzieliśmy tak kilka dłuższych chwil. Czułem, że to zwierzę, które do tej pory widziałem tylko jako zwierzaka, rozumie mnie bardziej niż najbliżsi. Od tamtej pory jej nastawienie się zmieniło. Zaczęła mi towarzyszyć, jak tylko chodziłem po domu czy na spacery. Zaczęła sypiać ze mną w łóżku, „czyścić” mi twarz i włosy. Zupełnie jakby chciała zadbać o mnie. A ja częściej przychodziłem do niej poleżeć wspólnie na kanapie i posłuchać jej mruczenia.

Nigdy nie sądziłem, że zwierzę zostanie moim najlepszym przyjacielem i pomoże mi przejść przez trudne chwile. Teraz moje leki dalej pomagają, a dzięki kotce czuję się potrzebny oraz jestem w stanie zrzucić z siebie ciężar codzienności.

#3wA1a

Poznałam Go jak miałam siedem lat. Choć może wszystko zaczęło się jeszcze wcześniej - pamięć bywa ułomna, wspomnienia zaczynają się zacierać.
Poznałam Go i wszystko się zmieniło, przestałam być sama, miałam przyjaciela...
Nieważne już było to, czy w szkole dopadnie mnie podstawówkowy prześladowca, czy znów usłyszę serię wyzwisk.

Nieistotne było to, że w domu znów będzie źle... Nieważne, że musiałam nauczyć się płakać w ukryciu, bo łzy bywają zaraźliwe, ani że parę lat później dla zabawy próbowano trafić we mnie kamieniem, czy petardą. To wszystko nie miało znaczenia, bo był On...
Bo wystarczyło ułożyć głowę na poduszce, zamknąć oczy i poczekać, aż zjawi się we śnie...
Małe dziecko nie widziało w tym problemu. Dopiero nastolatka, około 15 wiosny życia znalazła "prawdziwych przyjaciół" i z przerażeniem zdała sobie sprawę z tego, że zaczęła odczuwać dziwną tęsknotę, za kimś kto nawet nie istnieje.

Niedługo później zorientowałam się, że jestem zakochana w wytworze swojego umysłu, w człowieku, którego nigdy nie będę wstanie dotknąć, który mnie nigdy nie przytuli... Którego nigdy nie widziałam na oczy (choć według psychologów to niemożliwe i gdzieś musiałam zobaczyć jego odbicie. W telewizji. Wśród tłumu na ulicy... Wiele razy szukałam logicznego wyjaśnienia).
Konflikt tragiczny. Balansowanie między szaleństwem i normalnością, na granicy codziennego smutku, a szczęścia, które wbrew pozorom mi dawał. Cóż, życie zawsze lubiło dawać mi w kość.
Mówiłam sobie, że muszę znormalnieć, pochowałam rysunki snów, chciałam zacząć "od nowa".

Skończyłam gimnazjum, dostałam się do liceum w innym mieście.
Nowa szkoła - nowe szanse, jak mawiają...
Pierwszy września. Tłum obcych ludzi i nagle jedna znajoma twarz.
Nie sądziłam, że gdzieś na świecie naprawdę może istnieć człowiek tak zwodniczo podobny do mojego Wyśnionego. Od tego dnia mogłam spokojnie rywalizować o tytuł "stalkerki roku". Ale On... Miał takie same oczy. Ten sam krzywy uśmiech, który tak dobrze pamiętałam... Jakby tego było mało, sny zniknęły. A Nieznajomy zaczął mi się przyglądać z podobną uwagą, jaką ja mu poświęcałam.

Niemniej jednak wspominałam, że życie lubi sobie ze mnie żartować. Okazało się, że Pan Chyba Wyśniony ma dziewczynę. Więc zgodnie z zasadami trzymam się z daleka. Nie było to trudne, bo był w innej klasie.
Próbowałam. Zaczęliśmy mieć wspólne zastępstwa. Połączono nam jeden przedmiot, więc widzę go średnio 8h w tygodniu. Jakby tego było mało, podobno na ostatniej imprezie pytał o mnie mojego znajomego.
Dziękuję losie za wsparcie w "normalnieniu".

Opowieść rodem z książki Fantasy, nie przeczę. Ale z drugiej strony ponoć to życie pisze najlepsze scenariusze.

#JZcgU

Mam prawie 14 lat. Od jakiegoś czasu nie mogę wytrzymać w domu, ciągłe kłótnie z ojczymem głównie o to, że wszystko rozwalam. Potrafi zrobić wielką aferę o jedną łyżeczkę, która spadła ze stołu. Mama często mi nie pomaga. Zawsze staje po jego stronie. Wyżywają się na mnie i drą ile wlezie. Nie mam żadnych znajomych. Niby jest jakaś koleżanka, ale jest ciągle na wyjazdach z rodziną. Siedzę całe wakacje sama i nie mam co robić.

Wyjechałam z moją trenerką, ojczym miał się zająć moimi zwierzętami. Jestem wielką miłośniczką zwierząt – mam dwa psy i dużo kur, chociaż to dziwne, ale bardzo je kocham. Teraz jest okres lęgowy, więc mam dużo piskląt i czekam na kolejne. Kiedy jechałam na wyjazd, próbowałam mu wytłumaczyć, jak ma się zajmować zwierzętami. Chciałam u powiedzieć, że mam kwokę, która czeka na młode. Ale on tylko się na mnie darł, że wszystko wie i żebym nie tłumaczyła mu tego jak idiota. No to zostawiłam to.

Przed chwilą wróciłam do domu – pies nie był na spacerze przez dwa dni. Małe pisklaki siedziały zmarznięte na deszczu, a zapowiadali 8 stopni. Dwa kurczaki nie żyją, bo miał sprawdzić, czy się wykluły, ale oczywiście tego nie sprawdził. Zdechły z głodu, bo nikt ich nie nakarmił. Powiedziałam mu to, a on nawet nie przeprosił, tylko jeszcze raz się wydarł. Dzwoniłam do mamy, ona jak zawsze stanęła po jego stronie i kazała mi go zrozumieć. Co do zrozumienia – zwyczajnie zrobił na złość lub po prostu zapomniał o ważnych dla mnie rzeczach.

Ciężko jest mi tu wytrzymać. Samookaleczam się i mam myśli samobójcze. Już naprawdę nie wiem co mam robić. Telefon zaufania wiecznie nie odbiera. Jestem totalnie sama.

#iKX9h

Swego czasu mieszkałem w Wielkiej Brytanii. Pracowałem tam parę lat w moim zawodzie, zdobywałem doświadczenie, a przy okazji studiowałem. Każdy, kto był kiedyś za granicą wie, że w końcu nadchodzi ten moment, że człowiek chce już wrócić do ojczyzny i zacząć układać sobie życie na swojej ziemi. Ku mojej wielkiej radości, zostałem zaproszony na rozmowę o pracę w wymarzonym miejscu, na wymarzonym stanowisku! Mało tego, okazało się, że z moim doświadczeniem mam szansę zarabiać w Polsce naprawdę dobre pieniądze! Kupiłem więc sobie bilet.

W zapasie miałem dwie godziny, aby dotrzeć z lotniska do miejsca (na szczęście w tym samym mieście), gdzie odbywała się rozmowa, a następnie wrócić na lotnisko i parę godzin później wsiąść w samolot powrotny na Wyspy. Jednym słowem – szybka akcja!
Już na pokładzie zorientowałem się, że otoczony jestem przez moich rodaków, z czego większość była już bardzo nietrzeźwa. Najbardziej upojony był pewien archetypowy „Janusz” – śmierdzący potem 50-letni wąsacz, który darł się na cały samolot, śpiewał i klepał w tyłki stewardessy.

Przez ostatnią godzinę lotu gość bardzo niekulturalnie domagał się pozwolenia na zapalenie papierosa. Najwyraźniej wymoczona w taniej wódce gąbka, którą nosił pod czerepem, nie przyjmowała odmów. Oto bowiem, gdy samolot zniżał się do lądowania, wąsacz wstał i chwiejnym krokiem poczłapał do ubikacji. Po chwili wszyscy poczuli zapach papierosowego dymu. Zanim do akcji wkroczyło kilku chłopaków z męskiej części obsługi i siłą wyciągnęli idiotę z kibla, pilot podjął decyzję o ponownym wzniesieniu maszyny, wykonaniu jeszcze jednego okrążenia i kolejnej próbie lądowania.
Na lotnisku znalazłem się o godzinę za późno. To jednak nie był koniec kłopotów – od razu, na dzień dobry, ja i kilku innych świadków Januszowych wybryków musiałem złożyć zeznania policjantom, którzy zostali wezwani jeszcze, gdy maszyna była w powietrzu. Trwało to dwie godziny!

Zupełnie załamany zadzwoniłem do mojego potencjalnego pracodawcy, aby wytłumaczyć zamieszanie. Gość był bardzo miły. Zrozumiał, ale jednocześnie powiedział, że ogromnie mu przykro, ale musi być fair w stosunku do innych osób starających się o moją pozycję. Termin rozmów się skończył i niestety – nie może zrobić dla mnie wyjątku. Załamany, zostałem jak ta sierota na lotnisku, skąd po paru godzinach wróciłem na Wyspy.

Z tym samym Januszem zetknąłem się dwa miesiące później. Był martwy. Facet udusił się własnymi wymiocinami.
Skąd to wiem? Osobiście przeprowadziłem jego sekcję zwłok. Jestem koronerem. W Polsce aplikowałem na stanowisko specjalisty medycyny sądowej.

PS. Dopiero po trzech latach mi się to udało. Do zobaczenia na zimnym stole sekcyjnym! ;)

#mNAhz

Wyznanie #0ETYy skłoniło mnie do zwierzeń. Jego autorka opisała w nim swoje pragnienia związane z łaskotkami. I muszę przyznać - mam tak samo jak ona. To nie będzie jednak kopia tamtego wyznania, dlatego doczytajcie do końca.

Tak więc moją fantazją jest związanie i dokładne połaskotanie jakiegoś faceta. Taka wizja niesamowicie mi się podoba. Jak pomyślę o jeździe paznokciami po jego stopach i pachach, delikatnym smyraniu piórkiem po brzuchu i mocnym szorowaniu szczotką jego stóp, tak aby się wił i śmiał ze wszystkich sił to mam wielką ochotę wcielić ten plan w czyn. Jeszcze gdyby to był jakiś twardziel, którego nic nie wzrusza, ale po krótkim masażu łaskotkowym błagałby o litość, to byłoby super. Podobnie mam zresztą w drugą stronę: gdyby jakiś koleś mnie unieruchomił i "pomęczył" porządnymi łaskotkami, byłoby idealnie.

Pewnie myślicie sobie: to zupełnie jak autorka tamtego wyznania. Po co zatem pisać o tym samym? W czym tkwi problem?

Mianowicie, sam jestem facetem. I to do tego hetero. Nie wyobrażam sobie seksu ani związku z innym mężczyzną. Ale łaskotki... to coś innego. Je mógłbym robić jedynie z innym chłopakiem. Oczywiście bez niepotrzebnej nagości. Wystarczyłyby mi nawet bose stopy i odsłonięte pachy. Łaskotki mnie nie podniecają seksualnie. Po prostu sprawiają, że czuję się jakoś uspokojony i zrelaksowany. Kiedyś w gimnazjum, w ramach przegranego zakładu, mój kumpel mnie łaskotał. Pamiętam do tej pory co wtedy czułem. To było takie... niezwykłe. Podobnie było jak dla żartu łaskotałem mojego kuzyna. Potem próbowałem tego samego z moją ówczesną dziewczyną, ale to nie było to - ani jako łaskoczący, ani łaskotany. Dlatego chciałbym spróbować tego ponownie z jakimś chłopakiem, ale niestety - to nie jest wcale takie proste znaleźć kogoś, kto też jest hetero (homo też mógłby być, byleby nie interesował go seks) i dałby mi się połaskotać, bądź chciałby połaskotać innego kolesia.

Nie piszę tego jako ogłoszenia, ani nie szukam porad. Chciałem to po prostu wyrzucić z siebie, a takich rzeczy raczej nie powiem nikomu. Na razie to jedynie moja czysta fantazja o tym, ale może kiedyś znajdę jakąś osobę, której zaufam na tyle aby tę fantazję spełnić. Jedynie trochę martwię się, że moje "zboczenie" jest mocno dziwne i może wpłynąć na przyszłe relacje romantyczne. Panuję nad nim, przynajmniej na razie. I czasami zastanawiam się czy kiedyś mi przejdzie.

#HUCSB

Zerwałam z chłopakiem kilka tygodni temu. Dziś zadzwonił do mnie i mówi „znalazłem u siebie w domu twoją wsuwkę do włosów, to znak, że powinniśmy być razem”.

Ja już nie wnikam w logikę wypowiedzi, ale jeśli będzie dzwonił za każdym razem, jak znajdzie tam moją wsuwkę, to będzie dzwonił do śmierci.

#6YTrU

Zamknęłam wczoraj dziecko sąsiadki u siebie w komórce i mało nie dostałam zawału, jak jej matka oskarżyła mnie, że coś jej zrobiłam i straszyła policją, bo nie mogła jej znaleźć, a wie, że nienawidzę tego dziecka. A ja tylko zamknęłam komórkę i nie wiedziałam, że mała była w środku.

Kupiliśmy z mężem pół domu do remontu. Podwórko nie jest podzielone płotem, bo wcześniej domem dzieliły się dwie siostry. 5-letnia córka sąsiadki nie rozumie, że ani dom, ani podwórko nie są już wspólne i nie życzę sobie, żeby włóczyła się po mojej części posesji, robiła bałagan, zaglądała wszędzie i wchodziła do pomieszczeń gospodarczych. Raz nawet weszła mi do domu i grzebała w lodówce. Mówiłam jej matce, że ma wytłumaczyć córce, że wspólnego domu już nie ma i nie życzę sobie obecności jej dziecka na moim kawałku działki. Matka albo ma to w czterech literach, albo jest na tyle nieudolna wychowawczo, że nie potrafi wyegzekwować prostego zachowania od dziecka.

Płot powstanie dopiero pod koniec miesiąca, a do tej pory nie wiem, czy mam gonić to dziecko kijem czy co. Mąż rozłożył mi duży basen na ogrodzie, wracam po pracy, a w basenie pełno zabawek, ziemi, trawy i mocz, bo to dziecko tam jakimś cudem wpadło i zsikało się ze strachu. Muszę teraz wymienić 13 tys. litrów wody i szlag mnie trafia, bo jest piękna pogoda, a muszę czekać jeszcze ponad dwa tygodnie, aż mąż wróci z trasy i to zrobi.

Matka tego dziecka jest na tyle bezczelna, że zabrania mi jedzenia lodów, słodyczy na własnym podwórku, bo dziecko jej płacze, że też chce. A niech sobie płacze. Czy ja jestem w jakimś więzieniu czy co? Będę sobie robiła na swoim kawałku ziemi co chcę i jadła co chcę, a jak jej się nie podoba, to niech zamknie swoje dziecko w domu na całe lato, bo ja nie zamierzam się dostosowywać do cudzego dziecka i nie móc pozwolić sobie na loda na leżaku. Nie wspomnę już, że na huśtawce ogrodowej zastałam brudne ślady małych butów i plam po czekoladzie oraz że strach trzymać samochód na własnej posesji, bo nie wiadomo, co to dziecko wykombinuje. Czekam tylko aż mój mąż wróci i niech postawi ogrodzenie. To miał być nasz wymarzony kąt, a widzę, że czekają nas tutaj przeboje.

#wTIcw

Poznawaliśmy się dopiero, ale już mi się strasznie podobał.
Przyszedł do mnie. Siedzieliśmy w moim pokoju, kiedy sprawy zaczynały przybierać bardzo dobry obrót, zbliżyliśmy się do siebie, już byliśmy na punkcie pocałunku, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem i pojawiła się w nich moja współlokatorka krzycząca, że jej pies się zesrał rzadkim gównem na dywan i nie może sobie z tym poradzić.
Dzięki.
Dodaj anonimowe wyznanie