#ExRJE

Nigdy nie wykorzystałem okazji i nie poszedłem z żadną dziewczyną na jednorazowy numerek. Zawsze szanowałem kobiety, a mój najkrótszy związek trwał 5 lat.
Dziewczyna, z którą zacząłem się spotykać i mógłbym chcieć spędzić z nią resztę swojego życia, wypłakuje mi się teraz przez telefon, że na świecie nie ma dobrych facetów, bo ostatnio ZNÓW ktoś ją przeleciał i nawet nie zadzwonił.

#FvteW

To było jakieś 20 kilka lat temu. Mój kumpel tak bardzo interesował się pewnym tematem, że nie widział dla siebie życia w roli innej niż człowieka pracującego w tej właśnie branży. Dlatego po podstawówce zdecydował się na złożenie papierów do technikum z tym związanego. Nie wiem jak to teraz wygląda, ale w tamtych czasach do techników trzeba było zdawać egzaminy. Mój kolega mimo całej swej miłości do kolei, nie miał nigdy zdolności do nauk ścisłych. A jednym z egzaminów była matematyka. Wiedział on jednak, że ja z matematyką problemów nie miałem. Więc poprosił mnie o pomoc w przygotowaniu. Zgodziłem się bez problemów. Jednak po jakimś czasie obaj zauważyliśmy, że te nasze „korepetycje” są jak jedzenie wykwintnych potraw – niby wszystko ślicznie i pięknie, ale potem i tak gówno z tego wychodzi.

I tu zrodził się iście piekielny plan – pójdę za kolegę na egzamin. Ponieważ legitymacje szkolne robiliśmy jeszcze w 4 klasie (8 klasowa podstawówka), więc zdjęcia były mocno nieaktualne i właściwie na zdjęciu mógł być ktokolwiek, a ja i tak byłbym w stanie wszystkich przekonać, że to ja jestem. Więc uzbrojony w legitymację ubrałem się jak należy i poszedłem na egzamin. Przy pokazywaniu legitymacji przy drzwiach poślady z nerwów ściskałem bardziej niż nowy ministrant na zakrystii. Ale… udało się. Egzamin napisałem, kolega do szkoły się dostał (pozostałe egzaminy zdał sam). Szkołę skończył, ale kontakt nam się urwał i nie wiem, czy znalazł zatrudnienie w wymarzonej branży.

Teraz zastanawiam się, jakie cholerne szczęście mieliśmy, że nam się to udało – byłem już wtedy o głowę od niego wyższy i gdyby ktoś zapamiętał mnie z egzaminu z matmy, a potem porównał z człowiekiem, który przyszedł na pozostałe egzaminy, to nie ma bata – musieliby się połapać…

#Jpyif

W samolocie byłoby całkiem przyjemnie, gdyby nie facet siedzący za mną, który przez bite 8 godzin chrapał i wciągał co kilkanaście sekund gluty nosem, wydając z siebie ten obleśny gulgoczący odgłos, bo chyba żal mu było takie dobre gluty wysmarkać. Po zwróceniu uwagi udawał, że nie rozumie żadnego cywilizowanego języka i po chwili znów usypiał.

#HN4BC

Jakiś czas temu postanowiłam zorganizować urodzinowe przyjęcie niespodziankę dla mojej przyjaciółki. Wszystko było już załatwione, jej chłopak miał zapasowe klucze, więc wpuścił nas wcześniej do mieszkania, udekorowaliśmy je, a następnie czekaliśmy aż Aśka wróci z uczelni. W końcu słychać kroki, światła zgaszone, my w ukryciu, czekamy na sygnał, żeby równo wyskoczyć i krzyknąć „Niespodzianka!”, jak to w filmach bywa. Asia wchodzi do mieszkania, cisza jak makiem zasiał. Wszystkie oczy utkwione w solenizantce, czekamy na odpowiedni moment, 3, 2, 1...
Uprzedziła nas Aśka... puszczając najdłuższego i najgłośniejszego bąka w historii.

I teraz wyobraźcie sobie co byście zrobili na jej miejscu: wchodzicie do ciemnego, pustego mieszkania, wypuszczacie z siebie takiego potwora, a z pokoju dolatuje was zdziwiony męski głos „O kurwa, Aśka, oszczędź!”.
Miała prawdziwą niespodziankę.

#DDrDp

Mam kobietę od wielu lat, ona ma siostrę. Zawsze widujemy się RAZEM. Jak na początku było to fajne, tak powoli mam dosyć... zawsze ciągnie tę siostrę ze sobą. Nie możemy się nawet pocałować, bo ona wcześniej do mnie zarywała i teraz patrzy na to krzywo. Cała sytuacja jest śmieszna, bo doszło do tego, że planowaliśmy wspólną przyszłość, ale okazuje się, że RAZEM! Mamy mieszkać u nich w domu. Siostra piętro wyżej czy niżej i my gdzieś tam. Nie wyobrażam sobie tego, tym bardziej że nie jest ona do końca normalna i w dodatku od jakiegoś roku denerwuje mnie jej sama obecność. Jak mają przyjechać razem, to aż się denerwuję i potrafię odwołać całe spotkanie. Już widzę tę twarz siostry i aż mnie telepie, że znowu będzie siedzieć, przyzwoitka, pół dnia. W sumie nawet bardzo nic nie robi z nami. Nos w telefon i te jej  „głębokie” przemyślenia w tle. Na seks muszę czekać do wieczora, aż ta siostra w końcu wyjdzie ode mnie po trzech ostatnich piwkach. Przeciąga ile wlezie. Nie wyobrażam sobie też np. chodzić po domu w bokserkach, gdybym zdecydował się zamieszkać z nimi.

Kocham moją kobietę, rozmawiałem z nią o tym, że ta relacja nie jest normalna i że nie mam zamiaru być w związku z dwiema kobietami i jeszcze niańczyć tę jej siostrę (myślę, że sama sobie nie poradzi w życiu, dlatego mnie tak szykowały do wspólnego mieszkania tymi naszymi wspólnymi spotkaniami), ale moja śmieje się i mówi, że nie będzie tak strasznie, że każdy będzie mieszkał na innym piętrze itd. Że co?! Czuję się oszukany. Siostra ta nie jest niepełnosprawna czy coś, tylko po prostu po mojemu... głupia – prania nie zrobi, obiadu, nic. Gada jakieś głupoty, albo o ufoludkach, albo o innych pierdołach. Nie wiem co robić. Wychodzi na to, że taki był plan, a moja nie pozostawi siostry. Myślałem nawet, żeby już założyć tamtej profil randkowy, żeby kogoś jej znaleźć, żeby zaczęła żyć swoim życiem. Najbardziej boli mnie, że dla mojej to nie problem życie we trójkę. Sama nigdy do mnie nie przyjechała, tylko na moją prośbę, że może dziś bez piątego koła u wozu? Wkurwiam się i płaczę czasem z bezradności. Dodam, że wszyscy jesteśmy po czterdziestce... więc gdzie dojrzałość? Uciekać? Czy zgarnąć obie panie do kupy i wyjaśnić jakoś to? Tylko że czuję, że to będzie wtedy koniec. Nie chcę jej tracić. Chcę tylko stracić jej siostrę w końcu.

Cholernie dziecinna sytuacja, a ja się dałem omotać wspólnymi spotkaniami przez tyle lat. Buntuję się już od jakiegoś czasu, żeby też nagle nie wypalić do tej siostry „wypier...”, nie ranić mojej połówki, bo dla niej siostra jest bardzo ważna. Tylko że dla niej, a nie dla mnie. Po mojemu już dawno powinny pójść w swoje strony, ale czasem jest taka więź w rodzinach i też nie chcę jej przerywać. Najbardziej mnie boli reakcja mojej kobiety, że to nie problem, żeby być we trójkę. Czekam, aż mi zaproponują wspólne łóżko, bo chyba tylko tam jeszcze nie było tej siostry... masakra jakaś. Czuję się jak w kiepskiej komedii, bo inaczej się tego nazwać nie da.

#07EoA

Śpieszyłam się dzisiaj na rozmowę o pracę. Kiedy wchodziłam do pociągu, jakaś kobieta nadepnęła mi na buta. But spadł i... wpadł w szczelinę między drzwiami a peronem. Zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, drzwi się zamknęły, pociąg odjechał, a ja wraz z nim, bez buta i godności osobistej.

#6Wp3H

Z A poznałam się w gimnazjum. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy i tak przyjaźń trwa już 20 lat… No właśnie, czy trwa…?
W gimnazjum i liceum było zajefajnie. Razem się śmiałyśmy i płakałyśmy, razem się upijałyśmy, uczyłyśmy, pocieszałyśmy po nieudanych związkach. Na studia poszłyśmy do innych miast, ale to niczego nie zmieniło w naszej relacji, dalej byłyśmy blisko. Byłam świadkiem na jej ślubie, a ona na moim. Pojawiły się dzieci, nasze córki są w tym samym wieku. No bajka.
Mieszkamy w różnych miastach, każda z nas została w mieście, w którym studiowała. Obie pracujemy, mamy domy, pełne rodziny. I od kiedy pojawiły się te rodziny, to mam wrażenie, że tylko ja się staram. To ja zawsze przyjeżdżam ich odwiedzić, to ja zawsze dzwonię, to ja zawsze przyjeżdżam na jej urodziny. Ona nie była u mnie ani razu, chociaż zapraszałam ja milion razy. Zawsze znajdzie jakaś wymówkę (dziecko ma chorobę lokomocyjną, mąż wyjeżdża na weekend, przyjechałaby, ale bez dzieci, a nie ma gdzie zostawić itd.). Jak się spotykamy, to jest super, nie czuję, żeby coś było nie tak…
Od pół roku nie przyjeżdżam i nie dzwonię. Ona też. Umieram w środku, tak bardzo za nią tęsknię. Cały czas rozmyślam nad tą połową mojego życia i zastanawiam się, co tu poszło nie tak. Pytałam ją nie raz, czy przyjedzie do mnie albo czy wyskoczymy gdzieś razem same bez dzieci i mężów, ale zawsze było COŚ. Biję się z myślami, czy zadzwonić… ale czuję, że jej już nie zależy. Bo jakby zależało, to odezwałaby się, prawda?

#AUvVv

Jakiś czas temu zepsuł mi się telefon, nie miałam w domu żadnego zastępczego. Chłopak zaproponował mi, że pożyczy od swojej mamy, bo niedawno kupiła sobie nowy, a stary leży w szufladzie.
Pożyczyła z wielką chęcią. Szkoda tylko, że nie usunęła nagich zdjęć, na których była ze swoim nowym facetem podczas zabaw łóżkowych.

Nigdy nie byłam tak zażenowana. Nikomu o tym nie powiedziałam, to chociaż anonimowym się wyżalę.
Co się zobaczyło, to się nie odzobaczy...

#31kBQ

Od zawsze byłam gruba. Geny, insulinooporność i inne gówna, na które można zwalić winę. Ojca nigdy nie poznałam, a wszyscy ze strony matki byli grubi. Babcia ze 120 kg, dziadek też przy sobie. Matka 160 kg wagi. No i ja. Dziś mam 35 lat i ważę 70 kilo – dokładnie tyle ostatni raz ważyłam w wieku 11 lat. Moja mama całe życie wbijała mi do głowy, że to jest OK, taka nasza natura, a wszyscy szczupli ludzie są źli. Nasze posiłki to zawsze było smażone, tłuste żarcie. Nigdy nie widziałam na naszym stole sałatki (oprócz pomidorów w majonezie). Gdy fast foody zaczęły stawać się popularne, to McDonald leciał co weekend.

Mama nie miała wielu koleżanek, a jeśli już, to o podobnych gabarytach. Odbierałam jej zachowanie tak, jakby gardziła ludźmi chudszymi od niej. Tego samego uczyła i mnie. Miałam tylko koleżanki z dużą nadwagą. Kiedy weszłam już w wiek nastoletni, poznałam w liceum Paulinę. Naprawdę super nam się rozmawiało, jednak miała jedną wadę – była szczupła. Mama zakazała mi się z nią spotykać. Miałam tak wyprany mózg, że mimo iż miałam już 16 lat ,posłuchałam jej i odcięłam moją najlepszą przyjaciółkę z powodu wagi! Gdy żaliłam się mamie, że wszyscy się ze mnie śmieją i nigdy nie znajdę chłopaka, bo jestem gruba, to dostawałam niezły opieprz. Nie mogłam przejść na żadną dietę, bo nie miałam swoich pieniędzy. Gdy prosiłam mamę o kupienie warzyw czy owoców mówiła, że nie ma pieniędzy na moje fanaberie i mam jeść to, co jest w domu. Próbowałam się nawet głodzić, ale wtedy potrafiła mnie trzymać przy stole przez godzinę i pilnowała, żebym zjadła. Kiedy poprosiłam, żeby zabrała mnie do lekarza, bo źle się czuję i ciężko mi się ruszać, to znowu dostałam opierdol.

Nie poszłam na studia, moja samoocena była tak zniszczona, że zamknęłam się w domu. Jakiś czas po skończeniu liceum odezwała się do mnie Paulina. Mówiła, że mieszka i pracuje Irlandii i zaprosiła mnie do siebie. Odmówiłam. Paula nie dała za wygraną. Przyleciała po mnie, spakowała torbę i razem poszłyśmy na autokar... Ile ja się wtedy od matki nasłuchałam płaczu, wypominania, krzyku, że jeśli wyjadę, to ona się zabije...

Zaczęłam pracę w hotelu na sprzątaniu. Mieszkałyśmy z Paulą w jednym wynajętym pokoju. Rano wyciągała mnie na bieganie. Robiła nam obu posiłki. Zaczęłam tracić wagę. Byłam wniebowzięta. Matka całe życie wmawiała mi, że to geny, że tego nie zmienię. Po kilku latach poszłam tutaj do szkoły, znalazłam dobrą pracę. Założyłam rodzinę. Długo też chodziłam na terapię. I tak minęło 15 lat. Z Paulą nadal jesteśmy najlepszy przyjaciółkami, a z matką nie rozmawiałam odkąd wyjechałam.

Rok temu napisała do mnie kuzynka, że mama jest chora. W głowie miałam, że to rak i że warto się pogodzić. Nie, nie miała raka. Tak się roztyła, że była już przykuta do łóżka pod tlenem, a mimo to nadal ciotka podawała jej kurczaki na jej życzenie. Matka trzy miesiące temu zmarła na własne życzenie – miała 56 lat.

Jestem szczęśliwą kobietą, ale nigdy nie wybaczę matce tych krzywd.

#uAi4Q

Jajka niespodzianki zawsze miały w sobie jakieś zabawki wypuszczane seriami: świstaki na sankach, hipopotamy itp. figurki. W opisywanym tu czasie, gdy miałam jakieś 5 lat, był sezon na gumki w kształcie zwierzątek – można je było wsadzić na ołówek dzięki specjalnemu otworowi w spodzie zwierzaka. Posiadałam wtedy kilka z tych gumek, w tym szczególnie lubianego niebieskiego misia. Biedny misiek był gryziony, rzucany, topiony, aż pewnego dnia został wciągnięty – w moją zatokę... Co miałam w głowie sprawdzając jak daleko mogę go włożyć, żeby dało się go wyciągnąć – tego nie wiem. W pewnym momencie się zagapiłam i ślup... miśka nie ma. Przerażona nic rodzicom nie powiedziałam... Jednak jest i happy end – kilka dni później brat rozbawił mnie tak bardzo, że wręcz zanosiłam się śmiechem. W pewnym momencie zakręciło mnie w nosie i kichnęłam. Raz. Wyglądało jakbym wykichała pół mózgu, a w środku tego mój niebieski misiek! Brat nigdy się nie dowiedział, co to takiego urodziłam nosem. A ja do dzisiaj nie wiem:
1. Jak coś tak dużego weszło do nosa kilkuletniego dziecka?
2. Czy wtedy przypadkiem nie wyczerpałam swojego życiowego limitu szczęścia, bo rozumu nie było w tym ani grama...

PS Jako jedyna w rodzinie nie mam problemów z zatkanymi zatokami ;)
Dodaj anonimowe wyznanie