#ykd1X

Jakiś rok temu, gdy trwała akcja szczepień na COVID, dowiedziałem się, że brat mojej partnerki wraz z małżonką załatwił sobie certyfikat u znajomego lekarza. Już wcześniej dał się poznać jako antyszczep, ale taka bezczelność po prostu ścięła mnie z nóg.
Dodam, że ów osobnik jest powszechnie szanowany jako były policjant (i to w stopniu oficerskim), świetny mąż i ojciec i w ogóle wzór cnót wszelakich. A tu proszę – popełnia ordynarne przestępstwo, i to nawet nie dlatego, że mu ktoś w pracy kazał, po prostu chcieli polecieć na wakacje bez testu.

Nieźle się z partnerką ściąłem przy tej okazji – nie wiem ile było w tym automatycznej obrony brata, a ile faktycznej akceptacji dla takich kombinacji. Ja tego człowieka unikam w każdym razie. Rozważałem zgłoszenie przestępstwa, ale po co mi to. Jeszcze sam zostałbym potępiony za atakowanie takiej „podpory społeczeństwa”, nie mówiąc już o zatruciu stosunków z jego siostrą.

#UvU4v

Kiedy skończyłem osiemnaście lat, postanowiłem za odłożone kilka stów wykonać zabieg usunięcia stulejki. W mądrej książce przeczytałem bowiem, że ta przypadłość utrudnia lub wręcz uniemożliwia współżycie. Do tego wstydziłem się pokazać „nienormatywnego” penisa dziewczynie.

Przed zabiegiem musiałem odbyć wizytę urologiczną. Wchodzę, za biurkiem lekarz około siedemdziesiątki. Kazał mi zdjąć spodnie, rzucił okiem i zadał pytanie: „Masturbuje się pan?”. Odruchowo zaprzeczyłem, bo kto by się przyznał, zwłaszcza w tym wieku. „Przecież widzę, że pan się masturbuje” – mruknął i zaczął wypisywać skierowanie.

Do dziś nie wiem, czy faktycznie mój mały wyglądał jak u typowego incela, czy też była to tylko psychologiczna zagrywka. Ale wiem jedno – facet zabił we mnie całkowicie zaufanie do lekarzy tej specjalizacji. A ze względu na ojca alkoholika zawsze miałem problem z nawiązywaniem relacji z innymi mężczyznami, zwłaszcza starszymi. To się zemściło później, gdy się okazało, że ów zabieg nie był końcem moich problemów z seksem, tylko początkiem. Ale to temat na inną historię.

#FWkPC

Jako mały dzieciak strasznie lubiłem pływać, jeździłem nad żwirownię z rodzicami. Był tam fragment wyznaczony bojami, na którym można się kąpać bez obaw, że nagle dno zniknie spod nóg.
Dlaczego mówię, że lubiłem pływać?
Cóż, gdy pewnego razu pływałem w wodzie, coś dotknęło mojej nogi, choć w sumie bardziej ktoś niż coś.
Znalazłem topielca sprzed trzech dni…

#LJ3fz

Ogólnie uważam się za osobę tolerancyjną wobec LGBT. Może nie środowiska jako całości, ale pojedynczych znanych mi osób. A są wśród nich facet, który miał żonę, ale ją zostawił dla mężczyzny, oraz drugi, który zmienił płeć na kobiecą. Niech sobie żyją jak chcą – mnie nic do tego, o szczegóły nie wypytywałem, bo nasz poziom znajomości nie był wystarczająco wysoki.

Jednego jednak nie jestem w stanie zrozumieć: niebinarności. Przykładowo, kiedyś zobaczyłem na jakieś grupie FB osobę, która tak się określała (oczywiście z zagranicy). Zapytałem, o co jej chodzi, bo na zdjęciu widniała normalna, młoda dziewczyna. Odpisała, że jeździ na motocyklu, uprawia inne typowo męskie sporty, więc nie chce być identyfikowana z kobietami, jednak facetem też się nie czuje i dlatego oficjalnie nie ma płci. Szczęka mi opadła i nie miałem siły pytać dalej. Nie wiedziałem, że baba nie może jeździć na motorze...

Staram się znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie tego zjawiska pomiędzy „chora dewiacja” i „normalny etap rozwoju społeczeństwa”, ale za cholerę nie mogę. Nawet jeśli przyjąć, że abinarność jest konstruktem społecznym i oznacza wykonywanie ról charakterystycznych dla obu płci... to przecież tak robi większość z nas, czy nie? Panowie gotują, sprzątają i zajmują się dziećmi, a potem wyskakują na piwo z kolegami. Kobiety pracują w fabryce, na budowie, nawet pilotują samoloty, ale przed wyjściem z domu malują się i stroją, jak zawsze. Po co jeszcze komplikować sprawy i wprowadzać nowe płcie?

#fMie6

Kilka lat temu wracałem z imprezy. Zachciało mi się sikać, więc skręciłem w pierwsze lepsze krzaki. Nagle słyszę jakieś krzyki i wyzwiska, ale będąc w stanie upojenia, zupełnie się tym nie przejmuję. Okazało się jednak, że obficie obsikałem jakiegoś żula, który prawdopodobnie załatwiał w tym miejscu większą potrzebę. Wstał, podciągnął spodnie i zaczął mnie gonić, ale odpuścił po kilkunastu metrach.

#SzUmW

Popełniłam błąd.

Jakiś czas temu poczułam potrzebę zmiany pracy. Pracuję w transporcie i dotychczasowa praca pod tzw. krawatem nie przynosiła mi satysfakcji. Czułam się wykorzystywana na maksa przy śmiesznych zarobkach, mimo ogromnej renomy marki. W tym czasie moja przyjaciółka, która jest z tej samej branży, zatrudniła się w małej firmie, którą wychwalała pod sam sufit. Wpadłam się dosłownie tylko przywitać i poznać ludzi, których tak bardzo chwaliła. To moje szybkie „dzień dobry” przerodziło się tego dnia w luźną rozmowę kwalifikacyjną. Zastanawiałam się jakiś czas i w końcu zgodziłam zmienić pracę. Moim głównym atutem, czego nie ukrywam, była przyjaciółka. Szefowi zależało na jak najlepszej atmosferze w biurze. Szybko się odnalazłam, robię świetną robotę i dużo zarabiam dla firmy. Zarobki są lepsze, choć czekam na podwyżkę. Są perspektywy i wszystko byłoby naprawdę okej, gdyby nie... moja przyjaciółka.

Jak tylko okazało się, że jestem dużo lepsza od niej w tej pracy, znowu zaczęło się wykorzystywanie mnie, i to przez nią. Moja przyjaźń powoli przeradza się w nienawiść, krzywych akcji jest mnóstwo. Laska potrafi pójść na chorobowe, wysyłać mi w tym czasie zdjęcia z chorobowego urlopu kij wie gdzie, podczas gdy ja zasuwam za nią i ledwo zipię. Podobny numer wywinęła mi na święta. Wiedziała, że mam pełną chatę gości – masa roboty, wiadomo. Poszła na 2 tygodnie chorobowego przed samymi świętami, bo ona musi posprzątać chatę, a na same święta i tak wyjechała z rodziną do hotelu. A ja? No cóż. Praca za dwóch w tak gorącym okresie jak święta doprowadziła mnie do choroby. Siedząc z ludźmi przy stole, zasmarkana i wykończona, miałam ochotę po prostu wyprosić ich wszystkich, marzyłam, żeby święta już się skończyły. Do tego wciąż dochodzą przytyki związane z moją decyzją o nieposiadaniu potomstwa. Mam partnera oraz psa, których kocham całym sercem, co dla niej jest równoznaczne z tym, że nie jestem pełnowartościowym człowiekiem.

W pracy największe problemy lądują zawsze na moim biurku. Podczas kiedy ja nie wiem w co włożyć ręce, ona potrafi grać w pasjansa. Zapytacie, czemu nie pójdę z tym do szefa? Bo czuję głupią lojalność, mimo że przyjaźnią już tego nie nazwę i mimo że naprawdę lubię tę pracę i ludzi, to chyba będę musiała ją zmienić, bo lepiej nie będzie.
Wczoraj dostałam telefon od zrozpaczonej przyjaciółki, że jej życie jest bez sensu i jest jej tak bardzo przykro, że musi popsuć moje plany, ale ona w trybie pilnym wyjeżdża i nie będzie jej w pracy w piątek. Piątek, który już pół roku temu zaplanowałam sobie jako wolny, mam gości i od dawna kupione bilety na atrakcje, których nie da się przebukować, a które są bardzo drogie. Powiedziałam „Nie. Masz problem” i się rozłączyłam. Aktualnie siedzę i szukam nowej pracy. Życzcie mi powodzenia.

#Vsxaa

W ostatnie Andrzejki urządziliśmy ze znajomymi mały seans wróżb. Jedną z nich było lanie wosku przez klucz (co tam, że przez taki, którym się śrubki odkręca).

Koledze kawalerowi z długim stażem wyszło serce i ostatnio znalazł w końcu dziewczynę, koleżance wyszedł motyl i uwolniła się od toksycznego związku, drugiej wyszedł kot (koty chodzą własnymi ścieżkami) i w końcu zaczęła iść swoją ścieżką i nie słuchać innych.

A mi? Mi wyszła Afryka. W głowie miałam już niesamowite podróże, które mnie czekają. Ale wszystko wskazuje na to, że Afryka z wosku chciała mi powiedzieć, że w tym roku będę zapier***ała jak Murzyn. Jak na razie się sprawdza, a pieniędzy brak.

#nP6Cm

Historia o tym, jak łatwo można popaść ze skrajności w skrajność.

Moja siostra od małego była, jak to babcia mawiała, „pyzata”. Niby winne były geny, mama i tata też do najszczuplejszych nie należą. No i wiadomo jak to na wsi: „jedz dziecko, jedz”, „rośnie, to potrzebuje”, „kochanego ciałka...” itp. Więc siostra tak sobie rosła, aż w momencie skończenia studiów ważyła około 120 kg. Była wesołą grubaską, co tu kryć, ale akceptowała siebie taką. Punkt zwrotny nastąpił, gdy dostała pierwszą poważną pracę i wyprowadziła się do miasta wojewódzkiego. Pod wpływem nowego otoczenia zapisała się do trenera personalnego, mamine gołąbki zamieniła na sałatki. W ciągu roku z rozmiaru 46 przeszła na 36, pełna metamorfoza, jak u Chodakowskiej. Uważa teraz, że wszystkie rozumy pozjadała i ma prawo, a wręcz obowiązek „zabrać się” za nas. Potrafi wparować do domu i nakrzyczeć na nas, że a to rosół za tłusty, a to sera za dużo na zapiekance, a to mamine wypieki wpędzą nas do grobu. Przeszukuje szafki i wyrzuca wszystko, co wg niej jest absolutnie zakazane do jedzenia, typu cukierki, zupki chińskie, jakieś ciacha. Na nic tłumaczenia, że nikt od rana do wieczora nie opycha się chipsami i zapija colą, mamy tego absolutnie nie jeść i koniec.

Doszło do tego, że mam w swoim pokoju sekretny schowek na swoje smakołyki, a mama boi się zrobić ojcu np. golonkę na obiad od wielkiego święta, bo siostra może wpaść i wyzywać. Rodzice nie są chorobliwie otyli, ale siostra widocznie za punkt honoru wzięła sobie przerobienie ich na swoje podobieństwo i absolutnie nie chce odpuścić. W domu oczywiście też obiadu nie ruszy, bo to wszystko wg niej tłuste i źle przyrządzone. Powiedziałem jej kiedyś, że gdyby zjadła raz te mamy pierogi, to świat by się nie zawalił, a mamie byłoby bardzo miło i że jednak wolałem siostrę grubaskę. Obraziła się wielce, bo to dla naszego dobra przecież.

Ja rozumiem, że otyłość jest niebezpieczna dla zdrowia, ale jak można wchodzić do czyjejś kuchni i wyrzucać mu jedzenie z szafek? Jeszcze raz podkreślę, że ani mama, ani tato nie mają żadnej otyłości, pewnie że mogliby oboje parę kg zrzucić, ale ja nie będę ich do tego namawiać ani tym bardziej narzucać im jakichś głupich diet typu 1200 kcal. Jeśli oboje czują się dobrze w swoich ciałach, to wszystko jest moim zdaniem okej.

#ISTyt

Dzień mojego ślubu i wesela. Wszystko na wysoki połysk, dom pełen ludzi chcących być świadkami błogosławieństwa. Ochy i achy, klasyk i tradycja. W tym wszystkim ja, panna młoda. W białej sukni koszmarnie plączącej się pod nogami, trochę zestresowana, trochę zagubiona. I co? No to, że zachciało mi się na „dwójeczkę”.

W domu rodzinnym kibelek jest mały i ciasny – umywalka, wanna, pralka, muszla. To nie problem w normalnych warunkach i odzieniu. Moje normalne i wygodne nie było. Jednak z biologią nie wygram, idę, robię co muszę. Spłukuję i... muszla się zapycha. Solidnie. Niewiele myśląc spłukuję drugi raz i przelewam czarę goryczy – dosłownie. Kiecka do ziemi, gówno atakuje, a ja nie mam gdzie uciekać – przecież nie wyjdę, za drzwiami, nomen omen, kupa ludzi. Jakimś cudem zarzuciłam sobie sukienkę na głowę i ramiona, jednak problem pozostał. Odetkać szczotką nie idzie, podłoga uwalona, ktoś dyskretnie puka, pytając, czy wszystko w porządku. No cóż... prawie. Jedną ręką trzymam jakoś kieckę, drugą wsadzam do kibelka. Wygrzebałam, popłynęło. Podłogę ogarnęłam jakimiś rzeczami z kosza na brudy, wsadziłam do pralki i ją odpaliłam. Skuteczne zacieranie śladów zbrodni, nie ma co. Matka już za drzwiami lekko panikuje, bo czasu coraz mniej, do kościoła trzeba się zbierać, a ja pranie robię? Proza życia, mamuś. Przyszła perfekcyjna pani domu w akcji.

Nie uwaliłam sukienki, ale domyć rękę skalaną kupą nie było lekko. Jakoś się udało. Łazienka ogarnięta, chociaż fiołkami nie pachnie. Można ruszać.

Zdziwienie w oczach matuli na widok wirującej pralki – nie do opisania.
Kmininie przez całą mszę kto rozwiesi pranie – bezcenne.
Wspomnienia z wesela – no cóż, trochę gówniane. Tak jak i późniejsze małżeństwo, ale to już inna bajka.
Dodaj anonimowe wyznanie