Wywołana przeze mnie winda zjechała na dół, po czym wyszła z niej pani w podeszłym wieku z niepewnym uśmiechem na twarzy. Skoro posłała mi uśmiech, to dlaczego go nie odwzajemnić? Uśmiechnęłam się do niej i wsiadłam do windy. A po chwili już wiedziałam, dlaczego tak dziwnie się uśmiechała – nigdy wcześniej nie czułam tak okrutnego pierdnięcia. Łzy w oczach, ale co robić, dojechałam na swoje piętro i wysiadłam.
Najgorsze, że na moim piętrze do windy wsiadł mój sąsiad, którym jestem zainteresowana. Na mój widok co prawda się uśmiechnął, ale gdy drzwi się zamknęły, to przez okienko zdążyłam dojrzeć wyraz zdziwienia i obrzydzenia na jego twarzy...
Chyba już nie mam u niego żadnych szans :/
Mam 37 lat i depresję. Oraz poczucie, że niczego w życiu nie osiągnąłem.
Jako że moi znajomi w dużej mierze należą do środowiska IT, mam też słabą grupę porównawczą i patrząc na nich, robi mi się jeszcze bardziej smutno, jak porównam ich życie z moim.
Skończyłem studia, ale niestety odbiłem się od muru doświadczenia – nikt nie chciał zatrudnić nieopierzonego studenta, woleli ludzi pracujących kilka lat w zawodzie. Znajomości też nie miałem. Podczas jednej rekrutacji oddzwonili, skakałem z radości pod sufit! Miałem zacząć od następnego tygodnia, przyszedłem na miejsce i usłyszałem, że przykro im, ale przyjęli kogoś z rodziny szefa...
Poszedłem więc do jakiejkolwiek pracy, próbując dalej dostać się do zawodu. Pracowałem głównie w obsłudze klienta (gastro, sklepy, call-center), fizycznie (budowlanka, magazyn itp.), dużo poniżej moich kompetencji. Zarabiam niewiele więcej niż najniższa krajowa. Za namową znajomych postanowiłem się przebranżowić na IT, wziąłem dodatkową pracę, po kilku miesiącach pracy dzień w dzień po paręnaście godzin udało mi się oszczędzić kilka tysięcy na kurs. Obiecywano, że rynek jest chłonny i 80% kursantów znajduje pracę. Rzeczywistość okazała się inna, na staż przychodzi ok. 60 cv/miejsce, na juniora ok. 300. Wysyłam cv od ponad 2 lat, oddzwoniono kilka razy, byłem na 2 rozmowach. Tyle. Aha, wybrałem ścieżkę testera, bo podobno tak miało być łatwiej wejść w branżę- więc nie mam jak robić portfolio, bo z czego? Z klikania po ekranie?
Do tego nie idzie mi z kobietami. Nie jestem jakiś brzydki, mocne 6, może 7 na 10. Jestem też całkiem wygadany. Przyciągam dziewczyny „z problemami”, a to z alkoholem, a to niezrównoważone psychicznie, jedna mnie zdradziła, inna po kilku latach wspólnego życia i planów ślubnych stwierdziła, że jednak czuje coś do byłego... A mi od jakiegoś czasu zachciało się żony. Kogoś, z kim będę dzielić życie. Mam serdecznie dość samotności, ostatni związek miałem kilka lat temu. I nie wiem, czy nie wyglądam na desperata, czy ta wewnętrzna pustka ze mnie nie wyziera.
I tak sobie żyję w wynajętym pokoju, bo nie stać mnie nawet na kawalerkę. Od początku epidemii odezwało się do mnie 2 znajomych, pomimo szukania kontaktu przeze mnie. Po pracy siedzę sam i oglądam Netflixa. I tak dzień w dzień.
Mam dość. Nie popełniłem jeszcze samobójstwa, bo nie ranić dziadków (są po 80, dziadek po 2 zawałach, mogliby tego nie przeżyć), boję się też, że coś pójdzie nie tak i zostanę warzywem.
Mam leki, ale niewiele zmieniają. Rozpocząłem też psychoterapię, ale nie wiem, jak ma mi ona pomóc, przecież psycholog nie załatwi mi dobrej pracy, nie da własnego mieszkania.
Mam już dość. Wegetuję.
Moja dobra znajoma stała się typową madką, dla której jej bombelek jest oczywiście najważniejszy. No i ostatnio na serio zaczęło jej odwalać. Najpierw poprosiła mnie, żebym dała jej nowego tableta, którego sobie kupiłam, bo jej bombelek jest chory i mu się nudzi. Ta choroba to zwykłe przeziębienie... Ale dobra, mówię, że mogę pożyczyć im na kilka dni, ale nie ma opcji, żebym jej oddała za darmo, bo zapłaciłam sama za to swoje ciężko zarobione pieniądze. Co usłyszałam? Że jestem nieczuła na cierpienie innych ludzi i mam w dupie jej syna.
Serio? Ja rozumiem różne sytuacje, ale ten gówniak ma wszystko, czego zapragnie i to zazwyczaj dostaje za darmo od ludzi, bo madka bierze ich na litość. Mówi wszystkim, że jej dziecko jest poważnie chore i chce mu umilić ostatnie chwile jego życia. No ręce opadają! W ten sposób wyłudziła już nowy telefon i jakieś mega drogie zabawki. Wymyśliła sobie zbiórkę, ustawiła zdjęcie jakiegoś chorego dzieciaka i wmawia ludziom, że to jej syn. A on tak naprawdę leży w łóżku z katarem i kaszlem. Coraz bardziej obawiam się, co wyrośnie z tego dzieciaka. Na razie jest rozwydrzony i rozpuszczony i uważa, że wszystko mu się należy.
Z koleżanką staram się ograniczać kontakty, ale to dosyć trudne, bo ciągle pisze do mnie wiadomości odnośnie do tego tableta. Hitem było, jak zapytała, czy w zamian za mojego tableta może oddać stare ciuszki małego, no bo on i tak z nich już wyrósł, a mi na pewno kiedyś się przydadzą.
Czasem, kiedy życie robi się już za bardzo frustrujące, wybieram sobie jakiś przypadkowy cel podróży, łapię stopa, a potem śpię w hostelach. Wolność, wiatr we włosach, ktoś tam dzieli się historiami. Ot tak, na kilka dni. Najlepiej jeszcze wyłączyć telefon, żeby nikt mi nie zawracał głowy. Bez takiego resetu po prostu nie mogę, cały świat zaczyna się robić zbyt irytujący i ja dla otoczenia także.
Każda kolejna kobieta, z którą byłem jakoś bardziej na poważnie, uważała, że na pewno ją zdradzam. No bo tak nagle jadę w pizdu, a potem wracam cały szczęśliwy. A ja tylko sobie oglądam chmurki czy inne starówki w Pcimiu Dolnym, albo gadam z tirowcami. I nawet za bardzo nie piję, bo szkoda tripa na kaca bez sensu.
Wakacje 2013. Obóz piłkarski dla dziewczyn w malowniczej scenerii gór. Całe dwa tygodnie żaru z nieba. Na nasze nieszczęście, boisko treningowe było oddalone o 4 km od naszego domku. W ramach „rozgrzewki” codziennie chodziłyśmy na boisko (oczywiście trenerzy jeździli autem i prawie nigdy nikogo nie zabierali).
Pewnego dnia, jako że ładnie nam szło na treningu, dostałyśmy pizzę na obiad. Od razu jak pojawiła się na stole, to nikt nie chciał jej zjeść. Oczywiście ja, jak to pasibrzuch, zjadłam prawie wszystko.
Następnego dnia pożałowałam. Już w drodze na boisko czułam się niezbyt dobrze. Na treningu niestety już było gorzej, ale uszczęśliwiona, że toalety obok murawy są otwarte, poszłam się tam załatwić. Zdziwiona, że tak łatwo i szybko poszło, wróciłam do ćwiczeń. W drodze do domu odłączyłam się troszkę od mojej paczki dziewczyn, aby w spokoju porozmawiać z mamą przez telefon. Konwersując już tak z dobre parę minut, nie dostrzegłam, że kumpela gdzieś znikła. Ona ukryła się w krzakach. W momencie, kiedy byłam obok niej, prawie wyskoczyła mi na łeb i tak mnie wystraszyła, że (za przeproszeniem moi mili, ale inaczej się nie da) zesrałam się w gacie. Zamarłam, bo było naprawdę źle, a do domu dobra połowa drogi. W końcu uświadomiłam moje koleżanki, co się stało, zanim by same poczuły. Po 10-minutowej fali śmiechu wszystkie zaczęłyśmy się zastanawiać co dalej. Każda z nas poszperała za chusteczkami, ale niestety nie było tego dużo, więc musiałam skorzystać z darów natury (liście z drzew).
Kiedy poszłam doprowadzić się do jakiegoś porządku, dziewczyny czekały na mnie, dalej śmiejąc się pod nosem. Jedna z nich usiadła na takim płocie z dużych drewnianych bali. Druga koleżanka, gabarytowo o wiele większa, usiadła obok niej. Po kilku sekundach płot runął na ziemię, tak hałasując, że właściciel wręcz wyskoczył z domu. Laski przed siebie, a ja pobiegłam za nimi, zapominając, że na drzewie wiszą moje majtki, a spodenki mam do połowy ubrane. Nie wiem, jak to wyglądało, ale do dzisiaj mam nadzieję, że ten facet niczego nie widział.
Ostatni kilometr. Podjeżdża duże auto. Patrzymy się, a tam chłopak kumpeli, jechał do niej w odwiedziny, proponuje podwózkę. Ja odmawiam z przyczyny znanej, ale on mówi, że mam się nie wygłupiać. No cóż... położyłam się koleżankom na brzuchu na ich kolanach. Wszystko fajnie i nagle tekst chłopaka: „Chyba dzisiaj ktoś gnój wywoził albo szambo komuś wywaliło, bo j**ie jak skurczysyn”. XD
Sytuacja wydarzyła się kilka miesięcy temu. Miałem wtedy złamaną nogę, więc wybrałem się MPK na uczelnię. W autobusie było trochę ludzi, ale wolnych miejsc również. Obok mnie jakiś facet, po przeciwnej stronie kilka młodych dziewczyn, jedną kojarzyłem z uczelni. Na kolejnym przystanku wsiadła ONA. Typowa moherowa babcia, z syndromem uprzykrzania pasażerom życia. Jak zapewne się domyślacie, upatrzyła sobie mnie na cel. Wydaje mi się, że nie zauważyła, że mam nogę w gipsie – zasłonił plecak i miałem białego buta na zdrowej nodze. No i stoi nade mną, warcząc, że mam ustąpić jej miejsca. Chciałem utrzeć jej nosa, więc uśmiechnąłem się, wziąłem kule i wstałem. Wierzcie – jej mina była bezcenna, ale i tak usiadła dumna z siebie. Wtem poczułem rękę na ramieniu. Obejrzałem się mocno zaskoczony. Brunetka, na oko w moim wieku, śliczna, wskazała mi na swoje miejsce. „Siadaj” – powiedziała, a ja jakoś nie miałem odwagi się z nią spierać. Zająłem siedzenie obok jej koleżanki. Tymczasem śliczna dziewczyna oparła się o rurę koło mnie i z założonymi rękami wpatrywała się wrogo w mohera. Babunia na początku krzywo na nią spojrzała, ale z czasem straciła rezon. Inni pasażerowie śmiali się pod nosem. Zawstydzona babunia opuściła MPK przystanek dalej, idąc tak szybko, że omal się nie wywróciła. Niestety tamta dziewczyna również. Nie zdążyłem nawet podziękować. Zrobiła na mnie naprawdę wielkie, pozytywne wrażenie.
Próbowałem dowiedzieć się od znajomej z widzenia, jak ona ma na imię i dostać jej numer, ale bez skutku. „Nie będzie zadowolona, że rozdaję jej numer obcym ludziom” – usłyszałem w odpowiedzi. Tyle. Nie mogłem jej odnaleźć w internecie, w końcu sobie odpuściłem. O sprawie zapomniałem.
Dziś, wracając do domu MPK, widziałem ją. Na moje nieszczęście, zauważyłem ją, dopiero gdy wysiadała. Po raz pierwszy serce zabiło mi tak szybko. Zapukałem w szybę, zanim autobus ruszył, a ona odeszła. Jeszcze nigdy nie widziałem tak pięknego uśmiechu. Pomachała mi. Rozpoznała mnie, więc jest nadzieja. Tym razem nie odpuszczę, wyciągnę jej numer, choćby nie wiem co.
Trzymajcie kciuki!
Mamy niepełnosprawne dziecko, do tej pory radziliśmy sobie dobrze finansowo, ale doszło dużo wydatków związanych z chorobą i moim brakiem możliwości pracy. Znajomi namawiają nas na 1,5%, zbiórki i inne fundacje.
Przez tendencje do generalizowania typu „madki” i „dej, mam horom curke” boję się poprosić o pomoc dla siebie (w praktycznym wymiarze) i dla dziecka, chociaż jej realnie potrzebuję. Tak samo przez takie generalizowanie boję się przyznawać, że dziecku coś jest, żeby nikt nie myślał, że chcę coś wymusić.
Takie oto czasy nastały.
Od zawsze byłam społecznikiem, mnogość młodszego rodzeństwa, kolonijne i obozowe wyjazdy (najpierw jako podopieczna, a potem wychowawca), sporo czasu spędzonego w szpitalach i sanatoriach we wczesnej podstawówce, mój temperament, charakter, to wszystko sprawiło, że mam w sobie sporo empatii, wrażliwości na krzywdę innych. Często potrafię zrezygnować z siebie, odłożyć swoje potrzeby, by innym było lepiej. Najczęściej to do mnie wraca, czasem trafiam na niewdzięczne pijawki, ale ogólnie lubię to w sobie i nie poddaję się.
Po szkole średniej naturalną koleją rzeczy były studia pedagogiczne, poszłam na nie z powołania, ze świadomego wyboru i cieszyłam się zdobywaną tam wiedzą. Po studiach trochę wolontariatu, trochę pracy za granicą, aż w końcu miałam marzenie osiąść w Polsce i dostałam pracę w domu dziecka. Pracuję tu od dwóch lat i niejedno już widziałam. Wychowawca nie jest nauczycielem, nie dotyczą go wszystkie przywileje pt. Karta Nauczyciela, całe wakacje wolne itp. Moje dyżury to także weekendy, święta, sylwester czy 3 maja. Wiedziałam o tym i nie przeszkadzało mi to. Muszę być też nauczycielem wszystkiego: czasem przyjdzie dzieciak z podstawówki z prośbą o pomoc w odrobieniu zadania z angielskiego, czasem ktoś z matematyką, licealista, który nie radzi sobie z napisaniem wypracowania – trzeba pomóc i muszę mieć jako taką wiedzę. Jestem pielęgniarką: dzieci przyjeżdżają do nas często z interwencji, z niewyobrażalnych warunków. Zdarzyło mi się odwszawiać podopiecznych, robactwa było tak wiele, że skakało mi na ubranie. Musiałam smarować dzieci maścią na świerzb, pilnować brania tabletek antykoncepcyjnych, podawać lek na robaki. Jestem rodzicem, psychologiem, który musi pocieszyć, dodać odwagi, pomóc w poradzeniu sobie z niejedną traumą. Jestem policjantem, który musi też czasem ukarać, dopilnować wykonania testu na narkotyki.
Mój dyżur nie kończy się z wybiciem określonej godziny, często muszę zostać dłużej, bo przedłużyła się wizyta u lekarza, jestem na szkolnych przedstawieniach moich podopiecznych (i nikt mi za to nie płaci, dyrekcja stwierdziła, że może to być najwyżej wolontariat), zostaję dłużej, gdy dzieciak coś przeżywa i chce ze mną rozmawiać.
Wynagradzają mi to uśmiechy dzieciaków, ich „jest ciocia najlepszą ciocią na świecie” i serce mi pęka, bo mogę pracować tam tylko do końca miesiąca. Kocham te dzieciaki, ale przy swojej pensji nie utrzymam się w Warszawie. Wiem, że ludzie pracują za mniej, ale po pierwsze jestem sama i nie wystarcza mi to na życie, a po drugie czy chcę tak wiele za lata włożone w moją edukację, za pełnienie dość ważnej przecież roli społecznej? Czy godna pensja to coś wielkiego? W ciągu tych 2 lat mojej pracy przez naszą placówkę przewinęło się kilkanaście osób i pensja sprawia, że fajni wychowawcy odchodzą, a tracą na tym dzieci, ale co mogę zrobić?
Dzisiaj uświadomiłam mojego 23-letniego faceta, że smoki nie istniały.
I on ma być ojcem mojego dziecka...
Gdy miałam około 14 lat, moja siostra zaczęła się spotykać ze swoim obecnym mężem. A. to śmieszek, o jego wybitnym poczuciu humoru przekonałam się podczas zakupów świątecznych.
Sklep, dwa dni do Wigilii, ludzi kupa, nie można dokopać się po buraki na barszcz. Widzę, że A. bardzo się nudzi i już po kilku godzinach zakupów z moją matką i siostrą ma dość.
Nagle A. podchodzi do mnie w alejce pełnej ludzi i krzyczy na pół marketu: „Wbijaj się w tłum, będziemy jeb@ć portfele!”. Ja szok, nagle w alejce pusto, ludzie się patrzą jak na wariatkę, a ja dalej stoję i nie wierzę, że to zrobił. Śmiał się cały czas i szybko zwiał. A ja stałam oniemiała.
Do końca zakupów chodziła za mną ochrona...
Zemstę szykowałam rok, ale to historia na inne wyznanie.;)
Dodaj anonimowe wyznanie