Moje najgorsze wspomnienie z podstawówki?
Działo się to dokładnie w trzeciej klasie. Tego dnia czułem się okropnie i od rana bolał mnie brzuch. Podczas obiadu mieliśmy pomidorową. Nie dość, że mi nie smakowała, to musiałem w tamtej chwili pilnie pójść do łazienki. Wstałem od stołu i jak najszybciej podszedłem do okienka oddać talerz, gdy pani, która akurat miała dyżur, szarpnęła mnie mocno za ramię, posadziła z powrotem na miejsce i powiedziała, że nie pójdę, dopóki nie zjem, po czym wróciła do swojego stolika.
Jako że dosyć się przestraszyłem, bo nauczyciel nakrzyczał na mnie po raz pierwszy, zacząłem dalej jeść, tak jak kazała. Niestety mój brzuch już tego nie wytrzymał i zwymiotowałem z powrotem do talerza. Nie było mowy, żebym zjadł to do końca, więc podszedłem do pani i powiedziałem, co się stało. Pani zwyzywała mnie i stała przy mnie tak długo, aż wszystkiego nie zjadłem...
Nie mam teraz żadnej traumy do jedzenia, ale pomidorowa wywołuje u mnie mdłości.
Po raz pierwszy miałem świadomy sen. Kiedy zdałem sobie sprawę, że to sen, pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałem, był mój oprawca z podstawówki, któremu w tym śnie spuściłem wpierdol za te wszystkie lata prześladowania.
Niby tylko sen, a obudziłem się z satysfakcją.
Niedawno był Dzień Matki, a ja swojej nie złożyłam nawet życzeń. Całe życie mnie poniża, wyzywa, uważa, że jestem beznadziejna i nic w życiu nie osiągnę, nikogo nie znajdę, a jestem tylko po to, żeby sprzątać w domu. Wiedziała o moich urodzinach, a też mi życzeń nie złożyła, nawet przy ludziach potrafi mi wytknąć wygląd. Mam 19 lat, a jestem traktowana jak dziecko w złotej klatce, które nie może mieć własnego zdania, dlaczego zatem mam kupować prezent komuś, kto właśnie tak mnie traktuje?
Wiem, matka jest tylko jedna, ale czy mam tolerować brak szacunku do mnie i udawać, że mnie to nie boli? Czy jestem wyrodną córką?
Wczoraj poszłam na spotkanie z przyjaciółkami i jakoś nam rozmowa zeszła na temat komplementów, które prawią nam nasi faceci. Po wysłuchaniu słodkości o tym, że jedna „przepięknie wygląda bez makijażu”, a druga „będzie najpiękniejszą mamą na świecie”, dotarło do mnie, że jedynym komplementem, jaki usłyszałam od mojego chłopaka, jest to, że mój śmiech brzmi tak, jakby chomik miał zawał.
Będąc kiedyś u przyjaciółki, musiałam skorzystać z toalety. Wychodząc z niej, wpadłam na jej mamę, która trzymała coś w rękach. Kobiecina uśmiechnęła się do mnie i z radosnym uśmiechem zapytała: „Kupa, siku?”. Byłam zaskoczona, ale odpowiedziałam zgodnie z prawdą: „Kupa nie, tylko siku”. Na twarzy rodzicielki mojej przyjaciółki pojawiło się zaskoczenie pomieszane z odrazą. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, że trzyma w rękach dzbanek z kompotem, a pytanie brzmiało: „Kompociku?”.
Mam dość swojej teściowej i to nie jest tak, że wszystkie kawały świetnie do niej pasują, bo jest fajna, można z nią pogadać itd., ale zabiera mi narzeczonego i jest nieporadna życiowo.
Ojciec narzeczonego umarł parę lat temu i teraz teściowa mieszka sama, kilkaset metrów od nas. Nic nie potrafi załatwić, nawet wypełnić druczka z rachunkiem, aneks do umowy, cholernie ważny, żeby uniknęła płacenia kary, znaleźliśmy pomiędzy starymi gazetami, dobrze, że chociaż umie włączyć pralkę i coś sobie ugotować.
Pracuje w zawodzie bardzo blisko lekarskiego, jedyne co bierze na ból pleców to maść, którą trzeba się codziennie smarować, no i oczywiście narzeczony po pracy od 7 do 18 musi tam jechać i to zrobić. W międzyczasie oczywiście przypomina się jej pierdylion rzeczy, które on jeszcze musi dla niej zrobić, w efekcie jak narzeczony wraca do naszego mieszkania, to jest 21, więc myje się, jakaś kolacja i spać.
Każdy zaplanowany wyjazd ona potrafi opóźnić o 2-3 godziny. Powiemy, żeby była gotowa na 9, to może się do 11:30 wyrobi, albo go odwoła o 12, bo „teraz to już za późno, jedźcie sami”. To samo tyczy się z naszymi wyjazdami – narzeczony okłamuje ją na każdym kroku, nie powie, że byliśmy sami za miastem, bo jej będzie przykro. Nawet nie powie prawdy o obiedzie, bo dla niej domowy hamburger to nie obiad i będzie się darła, że jak tak można jeść. Jej hipokryzja też mnie wkurza. Ma w domu burdel i dosłownie wszędzie jest warstwa kurzu, w kuchni z kratki wentylacyjnej wiszą całe kłębki tuż nad kuchnią, ale jak w samochodzie, którego my używamy na co dzień, zobaczy pyłek, to panika jakby normalnie nie wiem gdzie wsiadła.
Mam jej dość i zdarza mi się marzyć, żeby coś jej się stało albo żeby narzeczony się do niej przeprowadził i chociaż miałabym spokój z czekaniem na niego po kilka godzin z obiadem czy żeby się przytulić, bo po pracy mówi, że jedzie do naszego mieszkania, a w trakcie drogi okazuje się, że jednak teściowa ma jakieś plany i trzeba jej pomóc, bo sama sobie nie poradzi. Czasem już brakuje mi cierpliwość i siły, żeby to znosić. Jej nieporadność też mnie wkurza, nie potrafi za dużo oszczędzić, a zdarza się, że potrafi jedzenie kilogramami wyrzucać, bo jak kupowała, to miała ochotę, ale potem jej przeszło, no i oczywiście płacz i dramat, bo ona pieniędzy nie ma i wiecznie bieduje. Jak ktoś ma za mało pieniędzy, to raczej nie kupuje samochodu prosto z salonu (tak się zdarzyło parę lat wcześniej), a potem płacze, bo nie ma na nic pieniędzy.
Nie oczekuję rad ani tym bardziej poleceń, żebym szła do psychologa i „rozmowa mi pomoże”. Nie chcę też rozmawiać o tym z narzeczonym, bo to w końcu jego mama i staram się rozumieć, że chce się nie zająć na starość trochę, ale czasem nie daję z tym rady.
Uwielbiam zwierzęta, zawsze działałam w ich obronie. Jako małe dziecko kłóciłam się z koleżankami, które łapały koniki polne bądź żuczki majowe, nienawidziłam ludzi, którzy krzywdzą zwierzęta. Dokarmiam gołębie, nie umiem ich wyrzucić z balkonu, mimo że go osrały. Pająki łapię i wypuszczam, komary chętniej odganiam, niż zabijam.
Jest jednak jedna mała rzecz, której nie rozumiem. Rzecz, która mnie samą wprowadza w zakłopotanie.
Otóż kiedy byłam mała i nie mogłam zasnąć, wyobrażałam sobie, że topię myszy. Sprawiało mi to dziwną satysfakcję, jak wyobrażałam sobie, że wrzucam mysz do wiadra z wodą, a ona nie potrafi się wydostać, słabnie, topi się, ja ją wyciągam i daję jej odpocząć, po czym znów ją tam wrzucam. Choć nie skrzywdziłabym takiej myszy, to po dziś dzień jak oglądam jakieś filmy z pułapkami na myszy, wybijaniem ich itp., czuję okropną mieszankę satysfakcji i egzystencjonalnych przemyśleń nad kruchością życia oraz smutkiem, że temu stworzonku skończył się żywot. Chciałabym to zrozumieć i jakoś sobie wytłumaczyć.
Moja dziesięciogodzinna zmiana w restauracji prawie dochodziła końca. 22 zbliżała się dużymi krokami, jednak żebyśmy przypadkiem nie wrócili za szybko do domu, wparowała nagle grupka młodych dorosłych, że tak ich określę, mimo że zachowywała się gorzej niż dzieci. Przyszli już podpici, ale jedna z dziewczyn przechodziła samą siebie. Po złożeniu zamówienia poszli zająć stolik, który najwidoczniej nie należał do najczystszych. Podczas gdy ja zanosiłam inne zamówienie, zaczepiła mnie owa dziewczyna, która przyszła tutaj również ze swoim chłopakiem. Na początku kulturalnie zapytała, czy mogę przetrzeć jej stolik, na co odparłam, że za chwilkę zapytam, czy jest ktoś wolny, żeby to zrobić, ponieważ akurat niosłam zamówienie, na co dziewczyna mruknęła pod nosem: „Kurwa, nie że »zapytam«”, tylko to wycieraj” niestety na tyle głośno, żebym to usłyszała. Kiedy wróciłam za bar, oczywiście opowiedziałam wszystko kierowniczce, na co ona, ku mojemu zdziwieniu, sama wzięła szmatkę, poszła tam i zapytała mniej więcej tak: „Czy to państwo prosili o przetarcie stolika?”. Kiedy uzyskała odpowiedź twierdzącą, powiedziała: „Następnym razem wystarczy tylko poprosić, ponieważ w tym lokalu się nie kurwuje”.
Pijana dziewczyna wielce oburzona, jej chłopak z krzykiem, że jak to ktoś śmie obrażać jego dziewczynę i że im się należy szacunek, bo oni są STAŁYMI KLIENTAMI. Dziewczyna tak się oburzyła, że wróciła do auta z płaczem, że ona nie da się obrażać, a jej znajomi natomiast przyznali, że „ona to wszędzie musi zrobić wiochę”.
Od tamtej pory „stałych klientów” nie widziałam jeszcze w naszej restauracji.
Lata morderczych treningów gimnastyki, życie poświęcone ćwiczeniom oraz jeden cel: osiągnięcie jak największej gibkości. Mimo że nie doszedłem jeszcze do skrajnej elastyczności, zdobyłem umiejętność, której nigdy nawet bym się nie spodziewał, że zdobędę, a którą głupio się chwalić. Umiejętność, dzięki której wierzę, że robię postępy.
Potrafię się m@sturbować stopami.
Ogólnie jestem zdania, że w życiu nie powinniśmy żałować niczego, bo wszystko, co zrobiliśmy, kształtuje nas i naszą osobowość. Jednak jest jedną rzecz, o której nie mogę zapomnieć i spędza mi sen z powiek już od jakiegoś czasu.
W wieku 10 lat lekarze podejrzewali u mnie rzadką, ale niegroźną chorobę krwi. Z tego powodu postanowili wysłać mnie do szpitala na oddział hematologiczny, jednak jak się okazało, był on połączony z onkologią (swoją drogą, były to najgorsze trzy dni w moim życiu). Na sali leżałam z o rok starszą ode mnie dziewczynką, Weroniką. Od długiego czasu walczyła z nowotworem mózgu. Pomimo choroby była ciągle uśmiechnięta, żartowała i była chętna do zabawy, jednak jej stan zdrowia nie pozwalał jej na długie wyprawy i wychodzenia poza salę. Stąd też znalazła sobie we mnie przyjaciółkę. Starałam się dawać jej jak najwięcej pozytywnej energii, jednak widok tych wszystkich dzieci, które mimo cierpienia, umiały korzystać z życia, sprawił, że ciągle miałam ochotę to płacz.
Weronika bardzo lubiła grać w Piotrusia. Codziennie umiała rozegrać ze mną ponad kilkanaście partii. I tutaj pojawia się rzecz, której naprawdę żałuję – niby drobna, głupia, ale teraz gdy o tym myślę, jest mi naprawdę wstyd. 10-letnia ja leżałam na łóżku, gdy Weronika poprosiła mnie o grę w Piotrusia, a ja po prostu udawałam, że śpię. Zamknęłam oczy, odwróciłam się na drugi bok i kompletnie ją olałam. Słyszałam rozmowę między nią a moją mamą, kiedy ta tłumaczyła jej, że byłam zmęczona i potrzebuję snu. Słyszałam smutek w głosie Weroniki.
Jakiś czas potem Weronika zmarła. Dowiedziałam się o tym z profilu na NK jej taty. Strasznie to przeżyłam.
A dopiero rok temu, kiedy jestem już prawie pełnoletnia, przypomniała mi się właśnie wyżej opisana sytuacja, kiedy podczas lekcji angielskiego pani zapytała nas, czego najbardziej żałujemy. A ja właśnie bardzo żałuję tego, że nie umiałam spiąć pośladków i umilić Weronice tego trudnego dla niej czasu. Mogę śmiało stwierdzić, że to najgorsza rzecz, jaką zrobiłam drugiemu człowiekowi i jest mi z tego powodu niezmiernie przykro.
Dodaj anonimowe wyznanie