W tym tygodniu byłem na nowym Avatarze - istota wody. Film obejrzałem, moje odczucia na jego temat są najmniej ważne bo to nie strona z recenzjami.
Kilka dni później spotkałem się w gronie najbliższych współpracowników - niby normalnych ludzi . Większość z nich jest wykształcona dobrze lub bardzo dobrze. Podczas rozmowy o nowym Avatarze większość z nich uznała że... Jeb*** NaVi i głównego bohatera, który zdradził ludzkość dla małpy z kosmosu.
W pierwszej chwili pomyślałem, że to tylko głupi żart, ale temat podchwycił i kilka minut później zagorzała dyskusja toczyła się o tym jak najlepiej byłoby ich (NaVi) wytępić oraz, że to ludzie są najważniejsi, i że skoro mają więcej władzy broni i siły to powinni panować nad NaVi i Pandora.
Wstałem, spojrzałem na nich, oni na mnie i nim pomyślałem co robię to uderzyłem obiema pięściami w stół, teraz już wszyscy na mnie patrzyli...
W kilku niewybrednych zdaniach oznajmiłem im, że wolałbym tak jak Jake stać się NaVi, mieć żonę z innej planety i wyrzec się ludzi jako gatunku i swojej przynależności do niego.
Wykrzyczałem im co myślę o ich podejściu, porównałem ich do nazistów i oznajmiłem że wychodzę.
Na dworze zapaliłem papierosa, z nerwów trzęsły mi się ręce. Przez szybę widziałem jak od stołu wstaje mój kierownik, myślę sobie - teraz mi zaproponuje bym sam się zwolnił nim on to zrobi...
Wyszedł spojrzał na mnie, poprosił o papierosa i w milczeniu staliśmy i paliliśmy.
Poklepał mnie po ramieniu i poszedł bez słowa.
Nie wiem czego się spodziewać po świętach w pracy, ale chyba bezpowrotnie straciłem łatkę "tego cichego i spokojnego".
W gimnazjum na lekcji polskiego czytałam na głos "Kamizelkę" Prusa. Nowela o człowieku, który z powodu choroby chudnął i żeby uspokoić swoją żonę codziennie posuwał sprzączkę w koszuli, by wydawało się, że coraz bardziej opina się na nim i przytył. Zamiast przeczytać "Pan co dzień posuwał sprzączkę, ażeby uspokoić żonę" przeczytałam: "Pan co dzień posuwał sprzątaczkę, ażeby uspokoić żonę". Klasa oczywiście w śmiech, a nauczycielka wypominała mi to do końca gimnazjum.
Jest wigilia. Spędzam ją sam. Mam dość liczną rodzinę, ale chcę być sam. Dlaczego? W związku z moją nową pracą i obowiązkami zacząłem dobrze zarabiać. Stać mnie na wynajęcie mieszkania i normalne życie. Uciekłem od toksycznej rodziny, która zawsze uważała mnie za najgorszego idiotę, kretyna i wszystko co możliwe. Z rodziną utrzymuję kontakt ile muszę.
Mniej więcej dwa tygodnie temu dostałem listę prezentów, co mam kupić. Nie żadne drobnostki, tylko drogie perfumy, konkretne modele zestawów Lego (każdy po 400 zł) dla dzieci brata (ma ich troje), dla bratowej pieniądze (min 500 zł) itd. Byłem w lekkim szoku, ale OK. Zacząłem poszukiwania konkretnych rzeczy. Zacząłem liczyć wszystko. Prezenty miały mnie wynieść prawie 4 tys zł. Sam byłem pewny, że nic nie dostanę, bo zawsze słyszę ten sam argument – nie wiedzieliśmy, co ci kupić, to nie kupiliśmy nic. Tak jest w każde moje urodziny, imieniny czy święta. Każdy ode mnie dostawał prezent, a ja nie, bo nie wiedzieli.
Miarka się przebrała, jak po kilku dniach od dostania listy zadzwoniła bratowa z hasłem, że w sumie pieniądze przydadzą się jej szybciej, więc mogę zrobić jej przelew, a pod choinkę mogę dać jakąś drobnostkę, jak np. tablet... Zdębiałem. Przez te kilka dni było szukanie prezentów, jeżdżenie gdzie się dało, dzwonienie po sklepach, szukanie w necie. Było ciężko, ale znalazłem wszystko. Ale po tym telefonie olałem to. Powiedziałem sobie dość. Nie kupiłem ani jednego prezentu. Za kasę przeznaczoną na prezenty kupiłem sobie PS5 i kilka gier. Marzenie z dzieciństwa spełnione. Cztery dni przed świętami zadzwoniłem do rodziny i powiedziałem, że nie dam rady, bo dużo pracy, bo źle się czuję, bo chory jestem itd. Bratowa krzyknęła, gdzie jest jej 500 zł, które obiecałem jej dać, bo jej jest potrzebne, a ja nie mam dzieci. Powiedziałem jej ironicznym tonem, że nie moja wina, że wydała całą kasę, a dzieci to się planuje z głową, a nie ciulem...
Cała rodzina mnie zaczęła mnie nienawidzić. W sumie śmieci same się wyniosły. A ja? Chodzę sobie cały dzień w piżamie, jem pizzę, gram na konsoli, popijam piwo i śpię. Brakowało mi takiego relaksu od dłuższego czasu :-) Chyba nie dostanę zaproszenia na kolejne święta. W sumie mi to bez różnicy. Szkoda mi tylko dzieci brata. Są małe, nie będą rozumieć, dlaczego wujka nie było. Ich rodzice mogą im naopowiadać wszystko na mój temat i dzieci im uwierzą.
Dobra, dość tych smutów. Kolejne piwko czeka w lodówce, odpalam konsolę i idę grać :)
Tak że szanujcie swoje dzieci, braci, siostry – może to nie oni będą bohaterami dalszych wyznań :)
Trigger warning: Mówienie o krwi i bólu.
Potrzebuję pomocy.
Mam 16 lat i posiadam próg bólu, którego mało kto by mi pozazdrościł. Już od maleńkości na ból, który był dla innych ledwo wyczuwalny, ja płakałam i zwijałam się, jakby ktoś mnie obdzierał ze skóry. Może odrobinę przesadzam, ale naprawdę tak się czuję. Jakby tego było mało, w mojej rodzinie zdarzało się całkiem dużo chorób, niektóre z nich również były genetyczne. No i tu się zaczyna największy problem. Od niedawnego incydentu, siostra zaczęła nas wszystkich nalegać, abyśmy chodzili regularnie na badania krwi.
Zawsze bałam się szczepienia i igieł. Od którejś klasy podstawówki do teraz czułam ten sam ból za każdym razem, gdy na taką szczepionkę byłam zaciągana. Ale to jeszcze byłam w stanie przeżyć. Kiedy jednak wyskoczyli raz z badaniem krwi, wiedziałam, że będzie jeszcze gorsze. Wszyscy wokół mówili, że badanie krwi to jak ugryzienie komara. To samo mi mówili o szczepionkach, więc nie wierzyłam w takie durnoty. Kiedy przyszło co do czego, musiała przyjść i przytrzymać mnie druga pielęgniarka, bo dostałam takiego ataku paniki już na krześle, że krzyczałam i płakałam zanim poczułam jakikolwiek ból. Otóż było gorzej. Ugryzienie komara to nic w porównaniu, co wtedy czułam. Od wbicia igły, przez samo pobieranie krwi, aż po wyciągnięcie igły. Parę sekund trwało dla mnie godzinami, trudno mi to ubrać w słowa, ale z bólu wyłam całą drogę do domu. Zawsze też powtarzali, że wyrosnę z tego. Otóż nie, od tamtego czasu miałam szczepionki parę razy, bolały tak samo jak za każdym innym razem.
Mój problem się zaczyna od tego, że chcą mnie znowu zaciągnąć na badanie krwi. Nie wiem co zrobić. Rozumiem, że się martwią o moje zdrowie, ale jak tylko przytaczały temat... Dostawałam ataku paniki. Zaczynałam drżeć, płakać, ciężko mi było oddychać, robiło mi się ciemno przed oczami i słabo, chciałam tylko zniknąć i nie musieć o tym myśleć już nigdy więcej. Nie wiem, co teraz zrobić. Mówią, że mam się przygotować na to psychicznie, ale ja po prostu nie potrafię. Najbardziej mnie boli, że muszę na to pójść. Inne badania nie wchodzą w grę. Badanie śliny? Nie. Moczu lub kału? Też nie. Musi być krwi. Już nawet bym wolała przeciąć lekko dłoń i taką krew dać na badanie. Serio, jest aż tak źle. Chciałabym być nieprzytomna w czasie badania krwi. Ale usypianie też nie wchodzi w grę bo oczywiście - szczepionka. Już nawet kwestionuję głodzenie się cały dzień lub dłużej i nie spanie przez jakiś czas, tylko po to, aby zemdleć, albo chociaż być na tyle osłabiona, aby tego wszystkiego nie czuć.
Nie wiem, co robić. Jest podobno jakaś maść, ale w przychodni jej chyba nie mają czy coś. Nie chcę tego znowu przeżywać. Siostra kompletnie nie rozumie moich obaw, bo sama regularnie oddaje krew. Błagam, pomóżcie... Co mam robić?
Mam blisko do pracy, dlatego chodzę tam i wracam na piechotę. Parę tygodni temu połączenie roztopów i deszczu sprawiło, że na ulicach było bardzo mokro. A drogi w mojej okolicy pełne są dziur i kolein. W takich warunkach spacer do pracy zamienia się w grę zręcznościową. Trzeba uważnie planować swoje kroki, aby nie zostać ochlapanym przez samochody.
Przemykałem tak jak jelonek, gdy zauważyłem chyba 10-metrowy odcinek drogi gęsto wypełniony kałużami. Czekałem na dogodny moment, aby go ominąć. Obejrzałem się i zauważyłem, że zbliżający się autokar jedzie dość wolno i chyba nawet zwolnił na mój widok. Ruszyłem do przodu. Niestety albo źle skalkulowałem jego prędkość, albo on przyspieszył, bo nadjechał zanim zdążyłem opuścić niebezpieczny obszar. Co więcej, mimo że nie jechał szczególnie szybko to nawet nie spróbował ominąć kałuży, tylko wjechał centralnie w nią i mimo mojego uniku ochlapał mi spodnie i buty. Koniec gry, przegrałem. Momentalnie wpadłem w uzasadniony gniew, wystawiłem rękę ze środkowym palcem i ze wściekłym grymasem wydarłem się “K***** J***** M*Ć” lub coś podobnie elokwentnego.
Wtedy właśnie, stojąc z podniesioną ręką, zauważyłem że mijający mnie autokar nie był wypełniony przypadkowym zbiorem pasażerów, a siedziały w nim zakonnice. 100% zakonnic, w czarnych habitach. W ich oczach szok, patrzyły na mnie jak wysłannika Lucyfera. Kilka się przeżegnało. Po znieważeniu całego autokaru zakonnic nie ma dla mnie już ratunku, pójdę prosto do piekła.
Uparłem się, że przeczytam książkę po niemiecku, chociaż nie znam po niemiecku ani słowa. Jestem na 30 stronie i wciąż nie mam pojęcia o czym jest ta książka.
Gdy byłem małym dzieckiem, byłem zmuszony nosic aparat na zęby, z powodu zbytnio wysuniętych siekaczy. Z reguły nosiłem go tylko do snu, lub w domu gdy nikt z moich znajomych nie widział, ponieważ się wstydziłem.
Pewnego razu nie poszedłem do szkoły bo miałem grypę żołądkową. Jak się domyślacie tego dnia od rana nosiłem swój aparat. Późnym popołudniem zaczęło mnie zbierać na wymioty, więc szybko bez zastanowienia pobiegłem do ubikacji wypróźnić zawartość jamy ustnej. Po wszystkim byłem bardzo wymęczony więc postanowiłem się zdrzemnąć.
Po krótkiej drzemce, gdy się już ocknąłem naszła mnie myśl, że nie mam aparatu w buzi. Rozmyślając w strachu (moi rodzice wydali na niego parę stówek) doszedłem do wniosku, że zapewne aparat znajduje się w szambie. Nie zastanawiając się ani chwili, pobiegłem do taty opowiedzieć o całej sytuacji. Nazajutrz tata wyłowił moją zgubę z fekaliów, ale co najlepsze wyparzył mój aparat i chcąc nie chcąc musiałem go ponownie nosić.
Zapytałam ostatnio rodziców dlaczego mam tak mało zdjęć z dzieciństwa, podczas gdy moja siostra ma ich znacznie więcej. Ich odpowiedź: "Wyglądałaś prawie tak samo jak twoja siostra, więc uznaliśmy, że to bezużyteczne". Nie wiem czy żartowała, ale jakoś mi się tak smutno zrobiło.
Niedawno w trakcie rozmowy delikatnie zasugerowałam mojemu chłopakowi, że przydałoby się więcej namiętności w naszym związku. Chyba się tym przejął, bo dziś przyparł mnie zdecydowanym ruchem do ściany i pocałował namiętnie. Muszę przyznać, że na pewno wygląda to bardzo fajnie, szczególnie na filmach. Niestety dla mnie cały nastrój prysł w momencie gdy moja czaszka z impetem przydzwoniła w ścianę.
Od dwóch lat udaję, że jest mi dobrze w łóżku z moim chłopakiem. Nie chcę go ranić, dlatego pozostaję w tej relacji, ale prawda jest taka, że nie doświadczam tam niczego wyjątkowego. Próbuję dać z siebie wszystko i udawać, że jest mi dobrze, ale tak naprawdę nie mam orgazmów i nie czuję się spełniona seksualnie. Bardzo ciężko mi to przed nim ukrywać i często myślę o tym, jak mogę mu to powiedzieć bez zranienia go. Widzę, że to nie jest zdrowe dla mnie ani dla naszej relacji, ale boję się o tym rozmawiać. Kompletnie nie wiem, jak to powiedzieć. Co nie wymyślę, to jest złe. Najlepiej byłoby powiedzieć prawdę, tak myślę, szczerze... No ale jak się spyta, dlaczego po dwóch latach? Nie mam wytłumaczenia, w zasadzie to jest oszustwo. Już chyba prościej i lepiej dla niego i dla mnie, żeby go zostawić. Przynajmniej będzie mnie uważał za suczę, a nie myślał o tym, że jest beznadziejnym facetem.
Może się jakiś facet wypowie, jak by takie coś przyjął i jak zareagował. Dodam, że on naprawdę mnie kocha. Ja jego też, bo z miłości mu o tym nie mówiłam. Znaczy... oszukiwałam ;(
Dodaj anonimowe wyznanie