Kiedy byłam mała, zabawki były dla mnie wszystkim. Nieważne, czy była to lalka, czy patyk – wybredna nie byłam. Większość moich zabawek zrobiłam samodzielnie (wystarczył sznurek, z którego potrafiłam upleść rodzinkę, ubranka dla lalek szyłam z materiałów, a meble mogły być ze wszystkiego, co znalazłam). Ale dla mojej mamy to nie były zabawki, tylko śmieci, które wyrzucała, paliła lub oddawała.
Zawsze marzyłam o domku dla lalek. Pewnego dnia ciocia (którą do dzisiaj widziałam kilka razy w życiu) kupiła mi wymarzony prezent. Bawiłam się nim tygodniami, ale niektóre zabawki stały w kącie i się kurzyły. Po czasie wróciłam do moich rękodzieł z obawy przed spaleniem lub oddaniem. Przerwę zrobiłam na dosłownie dwa dni, ale to wystarczyło, by oddać domek. Niedługo po tym pojechaliśmy do mojej spadkobierczyni z wizytą. Cieszyłam się, że przynajmniej pobawię się moim ukochanym domkiem... Myliłam się. Mój plastikowy skarb był połamany na drobne kawałeczki w piaskownicy. Skończył swój żywot tak, jak wszystko, co dostała ode mnie. W sumie to czego się spodziewałam od dziecka, które pozbawia kończyn i włosów własne lalki i niczego nie szanuje... Mama się tym faktem nie przejęła, bo „Przynajmniej się tym pobawiła”. To nic, że był to wyjątkowy prezent. No nic... mam jeszcze kilka zabawek. Ta... Przecież jak jest się uczniem drugiej klasy szkoły podstawowej, to nie powinno się już bawić zabawkami. Wszystko powędrowało do znanego Wam seryjnego zabójcy, który nie oszczędził moich najpiękniejszych rodzinek z włóczki... Nie miałam nawet prawa bawić się w rodzinę kartami, kredkami czy szachami, a przeszukania były codziennością.
Dziś wiem, że mama znęcała się nade mną psychicznie i zasłaniała się tym, że miała gorzej. Rodzeństwo mi dokuczało. To wszystko się nawarstwiało i z czasem było tylko gorzej, co doprowadziło do mojej depresji.
Mieszkam w Szwecji. Tutejsze bloki różnią się od polskich nie tylko tym, iż zamiast numerów mieszkań na drzwiach widnieje malutka plakietka z nazwiskiem (zresztą nie zawsze), ale przede wszystkim numeracją pięter. Nie ma parteru, tutaj jest to zawsze pierwsze piętro. Jako iż ze względu na obecną pracę często podróżuję i czasem kilka razy w tygodniu zmieniam miejsce pobytu, airbnb okazało się być świetnym i o wiele tańszym od hotelu rozwiązaniem. Jednak zawsze, ale to ZAWSZE korzystam z windy, mimo iż bloki nie są wyższe niż 4-5 pięter. Czemuż tak robię? Z lenistwa? Otóż nie! Uwielbiam ćwiczyć pośladki, wbiegając po stopniach, niestety moja malutka główka nie chce przyjąć do siebie faktu, że piętro oznaczone „2” to piętro drugie, a nie dopiero pierwsze... Tak że naprawdę niezliczone ilości razy wparowałam już do obcych mieszkań. Wstyd.
Początek lat 90.
Pojechałam na swoje pierwsze samodzielne wakacje-kolonie, miałam jakoś 8 lub 9 lat. Podróż odbywała się pociągiem, a ja jako jedyna osoba dosiadałam się, na stacji oddalonej od mojego domu o ok. 30 km, do grupy już jadącej.
Na wakacjach wszystko było super :)
Powrót znów pociągiem, tylko tym razem moi rodzice niestety zaspali. Kierowniczka kolonii wysadziła mnie z pociągu na stacji PKP o 4 nad ranem, w nieznanym mieście, i zostałam sama.
Telefony komórkowe były bardzo niepopularne, a na wsi, gdzie wtedy mieszkałam, dopiero co poprowadzono linię telefoniczną. Jedynym numerem, jaki znałam na pamięć, był nr mojej koleżanki, więc do niej zadzwoniłam. Jej rodzice zareagowali dość szybko i obudzili moich, na których byłam potem obrażona z miesiąc.
Mama zastała mnie śpiącą w budce telefonicznej.
I tak sobie myślę, że to chyba cud, że mnie nikt nie okradł albo coś gorszego. I że zostało mi parę „impulsów” na karcie, bo pieniędzy raczej już nie miałam.
Dziś wieczorem weszłam do internetu w celu poszukania informacji do pracy domowej na religię. Włączyłam Wikipedię i zaczęłam przeglądać artykuł o chrześcijaństwie.
Po dwóch godzinach zorientowałam się, że czytam już stronę o południowokoreańskim systemie szkolnictwa...
Kiedy byłam mała, miałam 6, może 7 lat, bardzo interesowała mnie komunia przyjmowana przez większość ludzi w kościele, którzy potem z grobowymi minami wracali na swoje miejsce. Też tak chciałam, ale że byłam za mała, to musiałam coś innego wykombinować.
I tak od tego czasu, za każdym razem, jak w domu pojawiały się Tik-Taki kupione przez babcię, przechadzałam się z poważną miną przez jej pokój, by na końcu włożyć sobie do buzi cukierek i z równie ważną miną wrócić na swoje miejsce.
Ot, takie wspominki – moja własna, dziecięca komunia :')
Pracuję na stacji benzynowej, głównie na nocki, i to co zastaję, kiedy przyjdzie czas na sprzątanie toalet, zawsze mnie zaskakuje. Kiedyś na ruchliwej zmianie starszy pan grzecznie mnie poinformował, że w toalecie ktoś nasyfił. Idę sprawdzić, otwieram drzwi, a kibel był pięknie ozdobiony w brązowe barwy. Na moje bystre oko ktoś po prostu miał rozwolnienie i postanowił załatwić się „na Małysza” albo nie zdążył i poszło w locie. To nie była oczywiście pierwsza taka sytuacja w mojej karierze. Damskie toalety też czasem zastaję w opłakanym stanie. Drogie kobietki, narzekacie na facetów, że nie podnoszą deski, a same załatwiacie się w locie i leci po całej desce. Masa zużytego papieru na ziemi, gile na umywalkach, wymiociny, krew na kibelkach i inne atrakcje czekają ludzi, którzy dbają o porządek publicznych toalet.
Ludzie, nie jesteście pępkiem świata i ktoś po Was skorzysta z tej toalety. Szanujmy siebie nawzajem, a przede wszystkim pracę innych ludzi. Ciekawe, czy we własnych domach też tak syficie :)
Było po 1:00 w nocy. Wracałem od znajomych jedną z głównych ulic. O tej porze była prawie pusta, co jakiś czas tylko przejeżdżał samochód. Z daleka zauważyłem, że idzie w moją stronę facet, wyglądał podejrzanie, ale na szczęście szedł w przeciwną stronę, poczułem więc ulgę, gdy mnie minął. Niestety, facet się zatrzymał, chwilę postał i zawrócił. Teraz szedł chamsko za mną. Przyspieszyłem kroku, przeszedłem na drugą stronę, a on za mną. Czułem, że mam go na karku. Przyspieszał razem ze mną.
Wiedziałem, że muszę coś wykombinować, bo miałem złe przeczucie. Nie miałem nic do stracenia. Wyciągnąłem telefon, wykręciłem numer do przyjaciela, który na szczęście jeszcze nie spał, odebrał, a ja rozdarłem się na całą ulicę: „No hej! Wracam już ze służby na komendzie. Zaraz będę w domu”.
Jeszcze nigdy nie widziałem, aby ktoś tak szybko uciekał.
Proszę, wybijcie mi z głowy to zauroczenie.
Jestem mężatką, on ma żonę. Oboje mamy nastoletnie dzieci. Znamy się od czterech lat, pracujemy w jednej firmie na równoległych stanowiskach (w różnych działach, ale współpracujących ze sobą). Od początku jest między nami niezwykła więź i nić porozumienia. Ufamy sobie i często rozmawiamy na tematy nie tylko zawodowe. Nigdy nie zrobiliśmy niczego, co przekroczyłoby granice. Ale mam wrażenie, że to wisi w powietrzu. W biurze ja jego szukam wzrokiem. On przychodzi do mnie często ot tak, zagadać. Wiele razy odwoził mnie do domu samochodem (chociaż mieszka w zupełnie innej części naszej miejscowości). Często proponuje, niby w żartach, żebyśmy coś razem zrobili – pojechali do nowego oddziału firmy w innym mieście, poszli na kurs obsługi pewnego programu itp. Na integracyjnym ognisku firmowym dał mi swoją bluzę, bo było zimno. Często mnie docenia i chwali. Troszczy się o moje samopoczucie, namawia do zwierzeń, gdy jest mi ciężko. Zawsze świetnie nam się rozmawia, moglibyśmy gadać godzinami na przeróżne tematy. Te rozmowy mnie wzmacniają i inspirują. Dla niego najwyraźniej też są ważne, bo do nich dąży. Pyta, kiedy się zobaczymy. Gdy czasem jesteśmy w firmie w większej grupie, jakoś tak się zdarza, że często zjawia się obok – podchodzi, zagaduje, przysiada się do stolika. Gdy jakiś czas temu miałam wypadek i trafiłam do szpitala, pisał codziennie, żeby dowiedzieć się o moje samopoczucie. A jak wróciłam do pracy, powiedział, że umierał ze strachu o mnie. Gdy czasem rozważam zmianę pracy, daje mi znać, że byłoby to dla niego bardzo trudne.
Nigdy nie zdobyliśmy się na żadne wyznania. Nie wiem, co myśli o nas. Może ponosi mnie fantazja, ale czuję, że z jego strony to więcej niż koleżeństwo. I z mojej... też. Zależy mi na nim, bo wnosi do mojego życia bardzo dużo dobrego. To nie jest tak, że przestałam kochać męża. Nie przestałam, jest dobrym człowiekiem, dba o mnie i dzieci. Ale z mężem nie mogę tak rozmawiać jak z tym kolegą. Nie rozumie mnie, nie jest mnie ciekawy, nie inspiruje mnie. Z kolegą czuję, że mogłabym przenosić góry. Nikt inny na świecie nie daje mi tego poczucia. Fascynacja kolegą nabiera mocy. Na myśl o nim albo na jego widok serce szybciej mi bije. I z jednej strony wiem, że nie pozwoliłabym sobie na zdradę. Z drugiej elektryzuje mnie myśl, że mógłby mnie choćby przytulić. Z utęsknieniem czekam na okazje, kiedy będziemy mogli spędzić razem trochę czasu. Nie szukam przygód, ale to jest silniejsze ode mnie. Chciałabym tego nie czuć. Poradźcie coś...
W gimnazjum zawsze podobały mi się koleżanki mamy – były dojrzałe, zawsze ładnie ubrane i bardzo seksowne. No i wpadłem na pewien pomysł... Moja łazienka jest łączona z pralnią, oddzielona drzwiami. W tym czasie akurat bardzo buzowały mi hormony i oglądałem dużo filmów dla dorosłych, więc zaaranżowałem typową scenę z jednego z nich... Ja, 15-latek bez ciuchów na sobie, stoję po ciemku w tej pralni i słyszę, że jakaś osoba wchodzi do łazienki. Szybka wojna myśli – robić to czy nie? Zdecydowałem się i wpadłem nagi do łazienki... gdzie moim oczom ukazała się koleżanka mamy, bombardująca kibel biegunką życia. Szybka wymiana spojrzeń, ona trochę zawstydzona, ja nie wiedziałem, co się dzieje i nagle punkt kulminacyjny – poczułem smród wytworzony przez panią Beatę... Porzygałem się.
Do dzisiaj, gdy się widzimy z księżniczką porcelanowego tronu, unikamy kontaktu.
Rzecz działa się w minione walentynki. Umówiłam się wtedy na randkę z chłopakiem poznanym przez internet. Wcześniej dużo pisaliśmy i rozmawialiśmy, okazało się, że mamy dużo wspólnych cech, np. oboje preferujemy naturalny wygląd i nie tolerujemy kłamstwa. P. dużo mówił o tym, jak irytują go sztuczne dziewczyny z kilogramami tapety i że nigdy by się z taką osobą nie umówił na randkę. To akurat mi odpowiadało, bo malować się za bardzo nie umiem i na co dzień tylko tuszuję rzęsy. Oboje też bardzo lubimy pływać, więc na miejsce naszego pierwszego spotkania P. zaproponował... basen. Powiem szczerze, lekko się zdziwiłam, w końcu to dość niecodzienne miejsce na randkę, ale ostatecznie się zgodziłam.
Praktycznie całe spotkanie było bardzo miłe, schody zaczęły się dopiero przy wychodzeniu z basenu, a dokładnie przy suszeniu włosów w szatni. P. zrobił to w 3 minuty, włosy miał obcięte jak amerykański żołnierz, więc nie stanowiło to problemu. Ja z kolei mam gęste włosy sięgające do połowy pleców. Basenowe suszarki nie należały do najmocniejszych, więc cały proces trochę mi zajął. W trakcie niego P. stawał się coraz bardziej niecierpliwy, pytał, czy długo jeszcze będę się bawiła we fryzjerkę, czy nie mogę już skończyć itp. Moje tłumaczenia, że na dworze jest zero stopni, a ja nie zamierzam się przeziębić, zupełnie do niego nie docierały. Pytałam, czy gdzieś mu się spieszy, powtarzałam, że jeżeli nie chce na mnie czekać, to może już iść. On jednak wolał zaczekać.
Kiedy już się wysuszyłam, widziałam, że ma nietęgą minę. Zapytałam, czy coś się stało, na to on odpowiedział, że nie może być z dziewczyną, która tyle czasu spędza przed lustrem (?) i tak o siebie dba (???). Po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł. Stałam tam jeszcze dobre 10 minut i zastanawiałam się, czy się nie przesłyszałam...
Dodaj anonimowe wyznanie