#IIzIn

Pierwszą „randkę” miałam ze swoim pierwszym „poważnym” chłopakiem, kiedy chodziłam do gimnazjum. Wybraliśmy się na „romantyczny” spacer po pobliskim parku.
Była wiosna. Pierwsze pocałunki, motylki latają, a pszczółki brzęczą radośnie.
Wtem z głębi jego brzucha wydobywa się potworny odgłos! Mój szesnastoletni Romeo w pośpiechu przerywa pocałunek i biegnie czym prędzej w stronę pobliskich krzaków.
Ja trochę zdziwiona, ale idę zaraz zanim, kiedy to... Zastaję swego ukochanego w pozie jednoznacznej, robiącego kupę na SAMYM ŚRODKU ścieżki! Patrzę na niego, śmieję się, a on krzyczy:
- Szybkooo! Biegnij po chusteczki!!
Czym prędzej wystartowałam do pobliskiego sklepu, zakupiłam paczkę chusteczek higienicznych, po czym wracam w miejsce, w którym zostawiłam go zgiętego wpół na środku ścieżki, jednak nigdzie go nie widać. Wchodzę do parku, imieniem wołam, a tu nic. Chodzę, chodzę, a tu nic. Zniknął! Siadam na pobliskim kamieniu, myślę sobie „przecież daleko bez tych chusteczek nie poszedł” i nagle coś zaczyna zajeżdżać. Spoglądam w stronę smrodu, a przede mną leży jeden wielki, cuchnący kleks. Zrezygnowałam z czekania. Poszłam do domu.

Koniec historii jest taki, że kiedy czekał na chusteczki, postanowił trochę przesunąć się w krzaki, bo szli jacyś ludzi. Kiedy zdziwieni spojrzeli na kolesia z gołą dupą w krzakach, odpowiedział tylko „No co? Zdarza się!”, po czym podtarł się koszulką i uciekł do domu...

Tak że... Mój chłopak zesrał się na pierwszej randce.
Ślubu nie wzięliśmy, ale byliśmy razem jeszcze kilka lat.

#SmkZP

Opowiem Wam jak to jest być dzieckiem rodziców, którzy są ze sobą z poczucia obowiązku, a nie z miłości.

Rodzice „wpadli” ze mną, gdy mama miała 17 lat, a tata 20. Tata pochodził ze wsi, więc miał raczej konserwatywne spojrzenie na świat. Gdy tylko się dowiedział o ciąży, padł na kolana, aby się oświadczyć. Mama się zgodziła, bo jej mama, a moja babcia nagadała, że co ona zrobi sama z dzieckiem. Mama kiedyś opowiadała, jak w dniu ślubu dziadek ją jeszcze próbował namówić na to, by zrezygnowała, ale słowo się rzekło.

Gdy byłam dzieckiem, mieszkaliśmy w malutkim mieszkaniu – kuchnia, dwa pokoje (salon i mój malutki pokoik o powierzchni 4 m2) i łazienka. Rodzice odkąd pamiętam spali osobno, swój malutki pokoik musiałam dzielić z mamą. Wstawiła tam łóżko, które zajmowało 3/4 pokoju i spałyśmy razem do 13 roku życia, potem się wyprowadziliśmy do większego mieszkania i mama miała osobny pokój. Z rodzicami jeździłam na wakacje osobno, jadłam osobno, właściwie nic nie robiliśmy razem jako rodzina. Tata znalazł sobie hobby i nie było go wiecznie w domu. Gdy byłam starsza i mama ciągała mnie po koleżankach, to za każdym razem słyszałam, jak obgadują tatę. Z czasem nawet mi się zaczęła zwierzać, jaki to ojciec jest beznadziejny. Jako nastolatka wierzyłam w to i nie traktowałam taty zbyt dobrze. Dopiero z czasem zrozumiałam, że mama zwyczajnie kłamała, a tata jest cudownym, ciepłym człowiekiem, którego postawa żony bolała całe życie.

Potem mama wymyśliła budowę domu i wzięli kredyt na 30 lat. Ja wyprowadziłam się w wieku 19 lat, bo ciężko było znieść atmosferę w domu. Zostali sami na 200 m2. Do dzisiaj atmosfera pomiędzy nimi jest dość sztywna. Nigdy nie widziałam, żeby się przytulili, dali sobie buzi czy zrobili cokolwiek razem dla rozrywki.

Teraz, kiedy mama zaczyna narzekać na tatę, od razu ucinam temat. Gdy kiedyś, wkurzona kolejną tyradą na tatę, zapytałam, czemu się po prostu nie rozwiedzie, to odpowiedziała, że nie może, bo sama nie spłaci kredytu, a za bardzo zależy jej na domu.

Tak że jako młoda dorosła musiałam uczyć się, jak powinna wyglądać miłość dwojga ludzi. Przez długi czas myślałam, że tak to wygląda, że moi rodzice żyją normalnie. Teraz, gdy mam już męża i patrzę np. na swoich teściów, którzy są wzorowym małżeństwem, aż płakać mi się chce, że rodzice zmarnowali całe życie nie wiadomo po co. Oboje mogli sobie znaleźć partnerów, których by kochali i byli szczęśliwi. Sto razy bardziej wolałabym ten scenariusz niż wymuszoną uprzejmość i obojętność wobec siebie.

Ja sama wiem, że jeśli zacznę być nieszczęśliwa w małżeństwie i nie będę w stanie tego naprawić przez dłuższy czas, to bez wahania się rozwiodę. Nie dla siebie, choć częściowo też, ale dla zdrowia psychicznego całej rodziny.

#JpDHP

Historia mojej siostry z czasów studenckich: moja siostra studiowała na politechnice typowo „męski” kierunek – budownictwo. Na swoim roku miała jeszcze trzy dziewczyny, z jedną z nich się zaprzyjaźniła. Jeden z cięższych przedmiotów prowadził straszny szowinista – teksty, że miejsce kobiet jest w kuchni były na porządku dziennym. Nie przeszkadzało mu to jednak dawać piątki dwóm dziewczynom, które na zaliczenia przychodziły z biustem na wierzchu. Moja siostra z koleżanką jednak do takich dziewczyn nie należały, były ambitne i chciały jak najwięcej się nauczyć. Z tego też powodu każdy egzamin kończył się dla nich kilkoma poprawkami, bieganiem za prowadzącym i tysiącem załatwień.

Przyszedł czas ostatniego egzaminu z tym prowadzącym, który, oczywiście, musiały poprawiać. Udało im się, pozostało im tylko odebrać od niego jakieś papiery i podpis. Jednak koleżanka siostry należała do tych mściwych istot, więc obmyśliły plan zemsty za trzy lata męki. Otóż prowadzący oprócz bycia szowinistą cechował się jeszcze pedantyzmem. Potrafił wywalić studenta z zajęć za niewyprasowaną koszulkę czy brudne buty. To właśnie postanowiły wykorzystać dziewczyny.

Na ostatnie spotkanie koleżanka siostry ubrała nowe, wysokie buty, na jednym z obcasów uprzednio umieszczając nutellę, aby wyglądało, jakby wdepnęła w kupę.
Weszły do pokoju prowadzącego i usiadła tak, aby on zauważył brud na jej bucie. Oczywiście złośliwie zwrócił jej uwagę na niestosowny ubiór. Udając zmieszanie, po uprzednim daremnym poszukiwaniu chusteczki, zdjęła maź palcem z buta i go zjadła.
Prowadzący na ten widok zwymiotował na swoją bielutką koszulę, marynarkę, spodnie i jeszcze parę papierów znajdujących się na biurku.
Podobno nigdy potem nie odważył się nikomu zwrócić uwagi na brud na butach.

#qtaHM

Parę tygodni temu rozstałam się z narzeczonym po 6 latach związku, wspólnym mieszkaniu i wielu różnych zobowiązaniach. Nie będę się rozwodzić dlaczego tak się stało, wina była po obu stronach i to nie była jedna sytuacja. W każdym razie dalej razem mieszkamy, ale w osobnych pokojach. Ja staram się żyć dalej, inwestować w siebie i rozwijać się. W ciągu tych paru tygodni zaczęły pojawiać się moje pierwsze sukcesy w dziedzinach, które do tej pory stały w miejscu. Po prostu chcę się czymś zająć. Natomiast mój były narzeczony kompletnie źle to znosi. Oprócz ogólnej rozpaczy i braku akceptacji ma straszne wahania nastrojów. Chodzi też do psychologa. Staramy się jednak w domu żyć normalnie, jako tako, aby nie zwariować, więc czasem rozmawiamy ze sobą.

Ostatnio zapytał mnie, jak to się dzieje, że ja to tak lekko znoszę, że w ogóle po mnie nie widać, że coś jest nie tak. Odpowiedziałam, że po prostu staram się być silna i koniec. Ale prawda jest taka, że jako bardzo młoda dziewczyna przeżyłam dużo gorsze rozstanie i to też z mojej decyzji.

Kiedy moi rodzice się rozwodzili, ustalili między sobą, że (typowo) dzieci zostają z matką, która w tej sytuacji się wyprowadzała z domu, który razem wybudowali moi rodzice. Ale przy okazji jakiejś rozmowy ja oznajmiłam wszem i wobec, że nigdzie się nie ruszam i niech robią co chcą, ale ja w tym uczestniczyć nie będę. Wszyscy naokoło myślą, że to przez lepsze zaplecze finansowe mojego ojca i przez duży dom, a którym mogłam zostać. A prawda była taka, że wiedziałam, że moja mama jest silniejsza i sobie poradzi mimo swoich problemów. Mój tato mógłby się załamać, będąc samemu. Z kolei moja mama ma poważne problemu z alkoholem i wiedziałam, że gdybym zdecydowała się na wyprowadzkę, zostałabym głównym rodzicem mojego młodszego brata, bo mama wiedziała, że nie zostawię go samemu sobie, kiedy ona nachleje się do nieprzytomności.

Zrobiłam to dla dobra ogółu, taki miałam zamiar. Moja matka dostała szału, szarpała mną, krzyczała, że nigdy nie będę już jej córką. Tak naprawdę w ogóle tego nie pamiętam. Pamiętam tylko straszny smutek wtedy i drgawki. Pamiętam dokładnie datę, kiedy się wyprowadziła i jak potem codziennie rano siadałam na stołku, przy którym dawała mi śniadanie, zanim rozbudziłam się na tyle, żeby sobie przypomnieć, że już jej tam nie ma. Bardzo długo nie rozmawiałyśmy ze sobą, a nawet po latach ten kontakt nie jest szczególnie rozwinięty. Dla przykładu, kiedyś spędzałyśmy razem święta. Obie za dużo wypiłyśmy i pod kontekstem rozmowy przyznałam jej, że zostałam zgwałcona. Powiedziała tylko, że jest jej przykro, ale ma swoje problemy na głowie. Wtedy coś we mnie umarło na zawsze.

Zatem, kochanie, musisz wiedzieć, że strata żadnego chłopaka nie będzie się równać stracie matki, więc jeśli jako dziecko byłam na tyle silna, to ty też dasz radę.

#nfpD8

Niedawno nie poznałam mojego wujka, którego widuję co tydzień. Na dodatek musiałam się do niego zwrócić i powiedziałam „proszę pana”, niczego nieświadoma. A ostatnio nie poznałam swojej mamy, jak jechała na rowerze naprzeciwko. W dodatku jako że moje koleżanki powiedziały do niej „dzień dobry”, ja odruchowo zrobiłam to samo.

Chyba czas na okulary.

#0ay6E

Kilka lat temu doszłam do wniosku, że nadszedł ten czas, by udać się po raz pierwszy na kontrolę, miałam wtedy jakieś 17-18 lat. Jako w miarę dojrzała osóbka, nie bałam się takiej wizyty, zapisałam się do lekarza mężczyzny. W dniu badania zjawiam się rozradowana w przychodni, wizyta na godziny południowe, wcześniej zwolniłam się z lekcji huhuhu, wszystko perfecto.
W gabinecie wita mnie lekarz – starszy pan z wąsem, na moje oko przed 50. Na początek pogaduchy „a po co pani?”, „a dlaczego?”, „coś się dzieje?”. Po standardowym przeglądzie podwozia lekarz proponuje, że zrobimy jeszcze usg dopochwowe (mój organizm troszkę szalał w tym buntowniczym okresie). No więc zabieram swój goły tyłeczek i drepczę na leżankę, tam rozkładam się wygodnie jak Rosja na mapie i patrzę, co doktorek będzie działał.

Większość chyba wie, jak takie badanie wygląda – lekarz wziął specjalny przyrząd (to chyba sonda), nażelował go porządnie i wsuwa tam gdzie trzeba. W tym momencie słychać donośne wibracje, po czym nasz wzrok pada na torebkę leżącą razem ze mną na kozetce. Chwyciłam znajdujący się w niej telefon, a doktorek chcąc rozładować moje napięcie, mówi zadowolony:
- Hohoho, widzę, że mamy tutaj sprzęt z nakładką wibrującą!

Spaliłam trochę buraka, nie wiedząc w sumie jak zareagować na ten dwuznaczny żart doktorka, ale po chwilowej konsternacji nieźle się uśmiałam.
Byłam u tego przemiłego pana jeszcze kilka razy, na szczęście nie okazał się on starym zboczuchem :)

#EWoLs

Choruję na otyłość od kilku lat. Te kilka lat temu wyglądałam bardzo fajnie, szczupło, bez problemu mieściłam się w rozmiar S i paradoksalnie wtedy też miałam najwięcej porażek na polu miłosnym. Albo chciał mnie ktoś, kogo ja nie chciałam, albo chciałam kogoś, kto totalnie nie liczył się z moimi uczuciami i traktował jak lalkę do seksu. W końcu znalazłam sobie kogoś na dłużej i akurat wtedy pojawił się mój problem z wagą. Nie potrafiłam utrzymać szczupłej sylwetki, bo dużo pracowałam i jednocześnie dużo imprezowałam, często jadałam na mieście, piłam dużo alkoholu i zaczęłam tyć, nabawiłam się sporej insulinooporności, nadwaga szybko przerodziła się w otyłość, z którą zmagam się do dziś. W dodatku mam ogromny problem z jedzeniem, potrafię naprawdę dużo zjeść, kiedyś tak nie miałam.

Poprzedni związek mi się posypał i teraz jestem w kolejnym, już po zaręczynach, mamy też córkę. Kiedy wzięłam się na poważnie za siebie i poszłam do dietetyka, to wkrótce okazało się, że jestem w ciąży. Przez te 9 miesięcy dużo wymiotowałam i miesiąc po porodzie jak się zważyłam przeżyłam szok. Schudłam po ciąży prawie 20 kg. Teraz, kiedy córka podrosła, już zdążyłam nadrobić te kilogramy. Nie mogę na siebie patrzeć w lustrze, czuję się, jakbym była w kompletnie obcym ciele.

Powolutku, małymi kroczkami zmierzam do celu. Chcę mieć ładną sylwetkę na ślub i chcę, żeby mój przyszły mąż był ze mnie zadowolony. Ograniczam kalorie i pilnuję się, tłumaczę sobie, że nie muszę wcale jeść wszystkiego, na co mam ochotę. Nikomu o tym nie mówię, bo to mój cel i moje życie. Nie chcę żadnej presji. Komentarze na temat mojej wagi chowam sobie gdzieś głęboko. Wkrótce zrobię sobie badania, żeby wiedzieć, na czym stoję i na co powinnam zwrócić szczególną uwagę. Ale wiecie o tym tylko Wy. Trzymajcie kciuki!

#bT0Qq

Jestem szczęśliwa, że przeżyłam dzieciństwo w czasach kiedy słowo „telefon” dzieciakom kojarzyło się jedynie z dwoma kubeczkami na sznureczku.

Kiedy rodzice w czasie wakacji wyjeżdżali rano do pracy, dyżur nade mną zaczynał mój starszy brat. Jak wyglądał nasz dzień? Pobudka o 8, szybkie śniadanie i biegusiem na dwór. Wymyślił sobie, że zrobi ze mnie swoją krówkę. Wciąż pamiętam, jak wyprowadzał mnie na smyczy i zostawiał na pół dnia na świeżej trawce. Co jakiś czas przestawiał mnie w mniej osłonecznione miejsce, cobym się nie spaliła za bardzo. Do zabawy dołączyło się sąsiedztwo.

Nie wiem, co sobie myśleli widzący nas mieszkańcy wioski, obserwując kilka dziewczynek na smyczach, leżących na trawie, wytwornie ją konsumując. Zabawa jak gdyby nigdy nic kończyła się o 16, gdy rodzice wracali z pracy.
Wspaniałe wspomnienia i kochany brat!

#7TKiI

Jestem mężem i ojcem od kilkunastu lat, mam 38 lat, jesteśmy ze sobą od pierwszego roku studiów. Stanowimy zgrany partnerski związek, wspieramy się, lubimy spędzać ze sobą czas. Jest nam razem dobrze i wspólnie opiekujemy się córeczką, która czasem nieźle daje się nam we znaki.
Od początku naszego związku, jeszcze przed zaręczynami, uwielbiam, gdy żona, którą kocham z wzajemnością, flirtuje z innymi mężczyznami. W klubach szaleję z przyjemności, gdy z kimś tańczy, całuje się lub obmacuje. To wszystko tuż przy mnie. Wprost nie do opisania jest podniecenie, które wywołuje jej wyjście z dopiero co poznanym facetem do niego lub do hotelu. Wtedy ja zostaję w domu i czekam aż do mnie wróci, aż będziemy się kochać i w trakcie słuchać o szczegółach jej zbliżenia z zupełnie obcym facetem.

Nigdy nie stosowaliśmy tej praktyki do budowania związku, między nami wszystko jest OK, podgrzewa to niesamowicie atmosferę między nami. Czytałem o zespole zdrady kontrolowanej, ale nijak nie ma się to do nas; nie czuję psychicznego bólu, gdy żona jest w łóżku z kimś innym, zawsze mi się podobała i nadal podoba fizycznie i to jaka jest na co dzień. Im więcej mężczyzn, tym bardziej ją szanuję, podziwiam to, co robi. Cieszę się, że jest odważna. Uwielbiam ją całować wiedząc, że kilka godzin wcześniej całował ją inny mężczyzna. Faceci nigdy mnie nie kręcili, ale to, że zona ma z nimi seks wprost doprowadza mnie do ekstazy. Żona mówi mi absolutnie o wszystkim, nigdy nic nie zatajała, nie zmyślała.
Jedyna osoba, która o tym wie, to jej koleżanka i teraz Wy, anonimowi.

Coś ze mną/z nami nie tak?
Dodaj anonimowe wyznanie