Na ogół staram się być dobrym człowiekiem. Chętnie pomagam innym, staram się w każdym zobaczyć coś dobrego i być wyrozumiała. Mam dobre kontakty z rodziną, znajomymi, przyjaciółmi. Ale jest taki jeden współpracownik, który jest w stanie wyciągnąć ze mnie to, co najgorsze. Pracował już, kiedy ja rozpoczęłam pracę i jest w wieku mojego ojca. Ogólnie wykształcony, miastowy, obyty i zaznajomiony z ważnymi osobami w okolicy. Kiedy jednak chodzi o mnie, traktuje mnie jak ostatnie gówno.
Jako że pracujemy w budżetówce, przychodzą petenci. Mimo faktu, że przyszłam na konkretne stanowisko, mam doświadczenie w tym zawodzie i radzę sobie świetnie z obowiązkami, pan X potrafi bez wahania „przejąć” rozmowę z moim petentem tekstem, że „koleżanka nie pracuje tu długo i nie bardzo ma pojęcie”, po czym opowiada bzdury, które ja wielokrotnie muszę później odkręcać, bo nie zajmuje się tą samą materią i jego wiedza opiera się na podsłyszanych rozmowach z kierownikiem. Wielokrotnie podważa wszystko, co mówię, zakładając, że jeśli jestem młodą kobietą, to nie mam żadnej wiedzy np. odnośnie do elektroniki, a sam nie umie wymienić pojemnika z tonerem. Krytykuje mnie za wszystko, co wyjdzie w rozmowie z innymi współpracownikami: że nie przepadam za alkoholem („No tak, księżniczce by spadła korona, jakby się napiła...”), że nie wyrażam wszem i wobec zdecydowanych poglądów politycznych („No tak, mieszka pani na wsi i nawet telewizji nie ogląda...”), że nie mam dzieci, chociaż nigdy nie wyrażam się źle o dzieciach i idei ich posiadania („Lata lecą, nie wiem, na co pani czeka”). Staram się go ignorować albo odpowiadać z humorem, ale przychodzi mi to coraz trudniej. Zauważyłam, że zwyczajnie go nienawidzę i źle mu życzę, tak serdecznie mam go dość. Wstydzę się bardzo tych uczuć, ale trudno mi cokolwiek z tym zrobić. Czuję się, jakbym miała dwie twarze – tę, którą widzą rodzina, przyjaciele i inni ludzie, i tego gremlina, który siedzi we mnie i wychodzi na widok Pana X. Kiedy otwiera buzię w pracy, myślę tylko o tym, żeby np. złamał nogę i siedział na zwolnieniu dwa miesiące, żebym nie musiała patrzyć na jego głupią mordę.
PS Przeniesienie do innego pokoju czy podpierniczenie go nie wchodzą w grę, bo jest zakumplowany z „górą”.
Lubię chodzić po cmentarzu. Zazwyczaj kupuję kilka małych najtańszych zniczy i zapalam je na przypadkowych grobach. Nie, nie tych zapomnianych. Na tych zadbanych, dopracowanych. Poprawia mi humor myśl o tym, jak ktoś przyjdzie kolejny raz na grób i wkurzy się, widząc ten jeden mały znicz, który popsuł jego całą aranżację. Albo zacznie rozmyślać, kto jeszcze ten grób odwiedził.
Skąd mi się to wzięło?
Kiedyś na spacerze postawiłam znicz na grobie naszego krewnego. Kilka dni później babcia dzwoni do mamy, że zostawiła taki paskudny znicz na grobie. Mama mówi, że to nie ona. Z tego, co wiem, babcia w sprawie znicza obdzwoniła całą bliższą i dalszą rodzinę i sprawcy nie znalazła. Kiedyś nawet skarżyła się koleżance, że wandale zniszczyli grób, bo fioletowy znicz postawili. FIOLETOWY, a to taki paskudny kolor.
Nigdy się nie przyznałam, ale babci na grobie (bo zmarła jakiś czas temu) zawsze zapalam znicz w jej „ulubionym” kolorze fioletu.
PS Z babcią byłam w dobrych stosunkach, kolor znicza to takie mrugnięcie okiem do babci, bo często w rozmowach używałyśmy określania „ulubiony”, by podkreślić, że któraś za czymś nie przepada, np. „O, idzie moja ulubiona sąsiadka” (o tej przez nią nielubianej) czy „Wpadnij do mnie, bo dziś na obiad zrobiłam twoją ulubioną wątróbkę” (nie cierpię wątróbki).
Jako niezarabiający nastolatek myślałem, jaki to szczęśliwy będę, jak będzie mnie stać na kupno moich ulubionych gier na Steamie.
Mam 20 lat, 860 gier w bibliotece i jakoś nie jest mi szczęśliwiej w życiu. :/
Mój sąsiad alkoholik ma dwa psy. Widać, że bardzo zaniedbane. Często, gdy w końcu raz na miesiąc spuści je z łańcucha, przychodzą do mnie po jedzenie.
Gdy nadeszła zima i mrozy, psy dalej były uwiązane na dworze za domem. Nikt z sąsiadów się tym nie interesował. W końcu pewnego dnia zadzwoniłam na policję, że jest mróz, psy na dworze, a sąsiada nie ma drugi dzień. Zaskoczyło mnie, że pomimo chęci zgłoszenia anonimowo naciskano, abym podała swoje imię i nazwisko. Nie chcąc się kłócić, zrobiłam to, nadal podkreślając anonimowość.
Kilka dni później do sąsiada zawitała policja i od razu powiedziała, że sprawę zgłosiłam ja (przedstawili mnie z imienia i nazwiska).
W tym momencie sąsiad mi grozi, policja nie reaguje na moje prośby, z domu wychodzę z gazem pieprzowym i włączonym wideo w telefonie, bo sąsiad (starszy ode mnie o grubo 20 lat) chodził za mną i groził, że niedługo złapie mnie samą, jak nikt nie będzie patrzeć.
Czy naprawdę musi w końcu dojść do tragedii?
PS Jestem w ciąży i on o tym wie.
Od dziecka, oprócz standardowych ręczników, każdy z domowników posiadał jeszcze „ręcznik zapasowy”, który wisiał za pralką. Dla mnie przez ponad 20 lat nie odegrał żadnej roli, wszyscy mieli, to ja też.
Prawie rok temu wyprowadziłem się z domu, później poszedłem do wojska, gdzie nauczyłem się, że wszystko, co się posiada, do czegoś służy. Niecały miesiąc temu wróciłem do domu. Ręcznik zapasowy, jako że praktycznie nieużywany, znalazł zastosowanie przy różnych mrocznych misjach – gdy wróciłem pod wpływem alkoholu i parę kropelek poleciało, zacząłem używać go jako szmaty, gdyż wyciągnięcie tej właściwej w nocy groziło utratą zdrowia i życia. Zaczął również odgrywać znaczącą rolę przy porannym koniobiciu.
Dziś przyłapałem babcię z tym ręcznikiem w rękach. Z przerażeniem w oczach powiedziałem, żeby się w niego nie wycierała, bo to mój ręcznik. Babcia uparcie stwierdziła, że ja go nie używam, więc zawsze jest czysty i pachnący. Zacząłem mówić, że teraz czasem wycieram nim podłogę. Babcia przerwała mi w połowie zdania, krzycząc, że kłamię, ona go zawsze wącha i żałuję jej ręcznika, którego nie używam i w tym samym momencie oficjalnie postanowiła mi zademonstrować, że od kiedy się wyprowadziłem, zaadoptowała go jako swój ręcznik do twarzy. Nie zdążyłem odpowiednio zareagować.
Jeszcze dwie godziny wcześniej brał udział w porannej koniówce.
Stwierdziłem, że lepiej dla nas obojga, by nie poznała roli, jaką odgrywał ten ręcznik. Na domiar złego, gdy wymieniłem go na świeży, wzięła z powrotem używany, wydzierając się, że nie będzie prać czystego ręcznika, a ten wymieniała trzy tygodnie temu i jest jeszcze czysty i pachnący...
„«Moja matka ze łzami w oczach przeprosiła mnie za wszystko. Opowiedziała o tym, co robili jej rodzice. O tym, jak ją głodzili, jak bili i upokarzali. Po części usprawiedliwiam jej zachowanie w stosunku do mnie. Teraz wiem, dlaczego zachowywała się podobnie jak jej rodzice. Nie potrafiła utrzymywać z dzieckiem innych relacji. Ja taka nie będę. Obiecuję sobie, że będę utrzymywać z moim przyszłym dzieckiem prawidłowe relacje».
Taką notatkę znalazłam w starym pamiętniku mojej mamy. Żałuję, że nie dotrzymała danej sobie obietnicy. Pamiętam, jak mnie biła i wyzywała od najgorszych. Ja nigdy nie będę taka dla swoich dzieci. Nie dam rządzić swoim emocjom”.
Praprababcia, prababcia, babcia, matka i ja – wszystkie jedynaczki, ojcowie od nas odchodzili albo ginęli.
Moja matka udawała przed innymi silną, samowystarczalną i dobrą dla córki, jednak w domu praktykowała „rodzinne tradycje”. Nie chcę ryzykować. Nie chcę mieć dzieci. Nie chcę, aby cierpiały. Chcę zakończyć to błędne koło. W stosunku do znajomych potrafię być agresywna, a dzieci są bezbronne. Nie będzie „mi na pewno się uda”.
Przez większość życia byłam nieśmiałą i cichą osobą, nie miałam przyjaciół. Bałam się kontaktu z ludźmi. W szkole obiekt drwin. W domu patologia, ojciec alkoholik, matki brak (uciekła z kochankiem, gdy miałam 5 lat). Wpłynęło to mocno na moje postrzeganie świata. Ogólnie nieciekawie.
W drugiej klasie liceum poznałam jego. Do dziś nie mam pojęcia, co taki wspaniały chłopak mógł we mnie zobaczyć. W zwykłej szarej myszce. Jednak on jako jedyny dostrzegł we mnie coś więcej. Miał na imię Marek, był popularny w szkole, miał dość spore grono adoratorek. Mimo tego wybrał mnie, niewyróżniającą się dziewczynę. Ciężko mi było uwierzyć w miłość, myślę, że dlatego, że wcześniej nigdy nie otrzymałam jej od nikogo. Jemu udało się to zmienić. Układało nam się bardzo dobrze, otworzyłam się przed nim, co łatwe nie było. Stałam się bardziej towarzyska.
7 lat razem, wspólne mieszkanie, planowanie ślubu. Bajka. Marzenie. A potem złe samopoczucie, badania i diagnoza, która nie dawała mu szans. Ale walczył jeszcze rok – dla siebie, dla mnie, dla nas. Nadszedł jednak jego czas i odszedł do Boga.
Zostawił mi list. „Pamiętaj, że życie jest piękne, bądź szczęśliwa. Zrób to dla mnie”. Tylko jak mogłam być szczęśliwa bez niego? On był moim całym szczęściem. Całym życiem.
Później była depresja, próby, w końcu terapia...
Dziś trzecia rocznica jego śmierci, a ja postanowiłam wrócić do świata żywych i spełnić jego ostatnią prośbę. Nie wiem, czy kiedyś jeszcze odnajdę szczęście, czy pokocham kogokolwiek. Ale dla niego spróbuję.
Mam 27 lat i jestem fetyszystą męskich stóp, co najciekawsze, jestem hetero. Kręcą mnie tylko kobiety i wszystko, co z nimi związane, ale nie potrafię przestać fantazjować o tym, żeby zająć się męskimi stopami – masować je i cieszyć się nimi. Nawet jestem skłonny zapłacić za to normalnemu facetowi, żeby tylko się na to zgodził. Nie potrafię przez to wejść w związek z dziewczyną, bo nie chcę jej skrzywdzić tym, że się kiedyś o tym dowie, albo w pewien sposób „zdradzę” ją, będąc w związku i spotykając się na zajmowanie się stopami faceta. Najgorzej... :/
Mam problemy. I najgorsze jest to, że wiem, że je mam, i to od dłuższego czasu, tj. przynajmniej od 5 lat. Problemy z rodziną – rodzicami, partnerką oraz dzieckiem.
Dziś pierwszy raz byłem na wizycie u psychologa. Wiem teraz, że czeka mnie przynajmniej kilka spotkań, każde po godzinie zegarowej, gdzie w sumie sam z siebie gadam o sobie, tak jak dziś było.
Dlaczego to piszę?
Czytam anonimowe od dawna, od dawna zmagam się z problemami i samym sobą.
Piszę to, ponieważ może jesteś ciekawy/a, jak sobie pomóc.
Zadzwoń na telefon zaufania/pomocy psychologicznej (jest darmowy) lub zadzwoń do psychologa w Twojej okolicy. To tylko zwykły człowiek, który może wiedzieć, jak Ci pomóc. Spróbuj!
Jeśli jednak umówisz się do psychologa prywatnie, to bądź gotowy na wydatki, ale uwierz mi – WARTO! Jak Cię nie stać, to dzwoń na ten darmowy numer pomocy psychologicznej! Działaj! I uwierz, że warto dać sobie szansę!
Trzymajcie się.
Maciek
Parę lat temu byłam studentką marketingu. Pewnego dnia wracałam po ciężkim dniu z uczelni bez jakiejkolwiek ochoty na żarty. Bolała mnie głowa, dlatego też postanowiłam, że zjem coś szybko na mieście, a później zaszyję się w swoim mieszkaniu.
Wstąpiłam do McDonalda. Obsługiwała mnie młoda dziewczyna, która tego dnia (w przeciwieństwie do mnie) miała wyjątkowo dobry humor. Cały czas śmiała się wraz ze swoją koleżanką z pracy. Z czasem śmiech coraz bardziej się nasilał, a nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że cały czas się tak zachowując, obsługiwała mnie.
W pewnym momencie przypomniałam sobie, że co jakiś czas McDonalda „odwiedza” tzw. tajemniczy klient, którego zadaniem jest kontrola jakości obsługi. Popatrzyłam na dziewczynę lekko zirytowana i z kamienną twarzą, bez żadnego uśmiechu, stanowczo powiedziałam: „Tajemniczy klient patrzy”. Pracownicy najwyraźniej zrobiło się głupio i bardzo się zmieszała. Zdążyła tylko wydukać ciche: „Przepraszam”.
Jej przestraszonej miny chyba nigdy nie zapomnę.
Dodaj anonimowe wyznanie