Krótko o sobie: 29 lat, 158 cm, 115 kg.
Niedoczynność tarczycy + insulinooporność.
Wycięty rak jajnika, wraz z jednym jajnikiem.
Bulimia i głodówki... szeroko pojęte zaburzenia odżywania.
Ciągłe próby odchudzania zakończone klęską.
Po co to piszę? Bo pierwszy raz w życiu czuję się szczęśliwa.
Nie dlatego, że mnie wyleczyli, bo lekarze nadal lubią mnie odsyłać od drzwi do drzwi.
Nie dlatego, że pomimo walk o schudnięcie cokolwiek się zmieniło (od kilku lat mam problem z tym, że albo nie jem, albo jem raz dziennie), ale dlatego, że opuściłam wszystkich i zamieszkałam sama daleko od rodzinnego domu.
Nie zrozumcie mnie źle, kocham swoich rodziców nad życie i wiem, że oni też mnie kochają, jednak ich podejście przez wiele lat mnie krzywdziło.
Grubi ludzie wiedzą, jak mocno obrywa psychika pod wpływem ciągłych wyzwisk i szykan w szkole, a dzieci bywają okrutne, wręcz bezwzględne w tępieniu odmiennych osobników. Ja to przeżywałam, po czym wracałam do domu, otrzymując kolejną falę krytyki, dobrych rad i wskazówek, które miały mnie motywować.
„Nie jedz tego!”, „Nie ubieraj tego, cellulit ci strasznie widać”, „Ćwiczyłaś dzisiaj?”, „Widziałaś te ładne sukienki? Szkoda, bo się nie zmieścisz”... Masa tekstów, niepozornych tekstów, które wywoływały u mnie mdłości, po których miałam ochotę wyć, bo ja nie potrzebowałam motywacji, potrzebowałam spokoju, przytulenia i akceptacji.
Po usunięciu raka podjęłam decyzję o wyprowadzce, rodzice ciężko to przeżyli, długo protestowali, ale ja wiedziałam, że nie mogę tak dalej. Wyjechałam prawie 600 km od domu, gdy tylko zechcieli mnie zatrudnić w małej firmie. Ciasne mieszkanko, na opłacenie którego ledwie mnie stać. Kiepska praca, której nie lubię. I wiecie co? Wolność. Nikt na mnie krzywo nie patrzy, gdy po domu chodzę skąpo ubrana, nikt mi nie zabrania nosić krótkich sukienek „bo cellulit”, nikt nie krytykuje tego, co jem i ile posiłków zastępuje smoothie (uczę się jeść 5 razy dziennie, póki co ustawiam budzik :)). Codziennie chodzę do pracy, po pracy cztery razy w tygodniu na basen i skromnie przeżywam dzień za dniem. Nadal gruba, nadal zakompleksiona, z masą problemów zdrowotnych, a mimo to szczęśliwa.
Jestem brygadzistą w firmie elektrycznej. Codziennie słyszę teksty w stylu „do wszystkiego się przypierdala”, „nic nie robi, a pieniądze bierze”, „przecież ja to dobrze robię”, „całe życie tak robiłem, niech spada” itd. Ci ludzie nie potrafią zrozumieć, że przepisów nie zmienię, że jak coś się stanie, to ja za to odpowiem, że jak podpiszę odbiór mieszkania, a coś będzie nie tak, to ja stracę uprawnienia, a jeśli ktoś przez błąd w sztuce zginie, to ja pójdę siedzieć, nie oni. To, że nie zajmuję się pracą fizyczną, nie znaczy, że nic nie robię. Nie mogę pozwolić na alkohol w pracy, nie mogę przejść obojętnie, gdy ktoś paprze robotę, a to, że nie pozwalam zrobić komuś czegoś jego podobno świetnym sposobem, nie znaczy, że się uwziąłem czy mu podcinam skrzydła – po prostu wszystko ma być robione zgodnie ze sztuką.
A dlaczego piszę to wyznanie? Bo przeczytałem właśnie historię chłopaka, który żalił się, jaki to on jest biedny, bo on ma masę pomysłów jak zrobić coś szybciej, lepiej i taniej, a inni mu mówią, że robi źle. Z mojej perspektywy wygląda to tak: przyszedł młody do roboty, bierze się do czegoś nie tak, jak powinien i jeszcze ma pretensje, że ktoś mu uwagę zwraca. Mogę się mylić, ale pracuję jako brygadzista ponad 8 lat i po prostu wiem, jak młodzi (niby wykształceni, ale bez doświadczenia i znajomości przepisów) ludzie potrafią być butni.
Przeglądając późno w nocy filmiki na YouTube, zauważyłem jeden o bardzo ciekawym tytule: „Jak zobaczyć aurę w 5 minut”. Stwierdziłem, że co mi szkodzi, sprawdzę. I teraz trochę żałuję...
Filmik proponował rozwijanie widzenia peryferyjnego – czyli tak jakby kątem oka. Chwilę popróbowałem zalecanych ćwiczeń, aż w końcu złapał mnie cholerny ból oczu. Niewiele myśląc, wyłączyłem filmik, zgasiłem światło i poszedłem spać.
Pół nocy nie mogłem usnąć i tylko leżałem bezradnie, gapiąc się na ścianę. Jak zawsze w ciemności widzę doskonale, tak teraz prawie w ogóle nie widziałem. Miałem wrażenie, jakby mój pokój spowijała dziwna mgła. Dodatkowo miałem chore halucynacje. Wydawało mi się, że jedna ściana i sufit porosły brzydkim, białym włosiem, a na innej zaś widziałem zmieniające się, anormalne, humanoidalne kształty. Później pojawił się spory ból głowy i uczucie mdłości.
Obudziłem się rano i szczerze mówiąc, większość objawów przeszła. Nie miałem już halucynacji, ale ból głowy i oczu pozostał. Ponadto było mi strasznie niedobrze.
Pojechałem z tym do szpitala. Okazało się, że nadwyrężyłem mocno nerw wzrokowy.
Gdy lekarz powiedział mi, że mam raka, jedyne, o czym myślałam, to czy będę w stanie nadal opiekować się należycie moim 8-letnim synkiem. Bałam się, że zawiodę jako matka, a nie chciałam, by syn też cierpiał.
Dziś rano przyszedł do mnie do szpitala ze swoim tatą. Obaj mieli ogolone głowy. Złożyli mi życzenia urodzinowe, a syn wręczył mi ładnie zapakowane pudełeczko. „Tobie się bardziej przydadzą”, powiedział. W środku były pukle ich włosów.
Minęło kilka godzin, a ja dalej płaczę.
Mam żal do mojej matki. Jak byłam dzieckiem, to biła mojego brata, mnie zaledwie parę razy uderzyła, bo byłam „tą lepszą”. Brata oddała do MOW-u i spędził w nim jakieś 6 lat.
Matka nie dba o siebie, nie myje zębów. Ze mną u dentysty była może dwa razy. Nie nauczyła mnie dbania o higienę. W szkole śmiano się ze mnie, że mam tłuste włosy. Po tym sama zaczęłam dbać o siebie. Na leczenie zębów wydałam kilka tysięcy, a to i tak nie koniec. Nie nauczyła mnie, że podstawą diety są warzywa i owoce. Teraz jestem weganką. Nigdy nie byłam z rodziną na wakacjach. Raz wysłała mnie na obóz. Jeden jedyny raz. W domu często nie było jedzenia, bo wolała kupić sobie papierosy.
Teraz mam swoje dziecko i bardzo o nie dbam, a ona nagle kupuje mu wszystko i widać, że jej zależy na wnuku bardziej niż na swoich dzieciach. Raz jej powiedziałam, że nie pozwolę, aby kiedykolwiek uderzyła mojego syna, tak jak biła mojego brata.
Nie mieszkam z nią, ale nie ograniczam jej kontaktu z wnukiem.
Anonimowe jest to, że chyba jej nie kocham.
Jesteś ofiarą przemocy i zaniedbania, więc nie ma nic dziwnego w Twoich uczuciach. A że matka jest lepszą babcią... Cóż, łatwiej jest być dobrym dla dziecka, które wychowuje ktoś inny. To tylko świadczy o niej, a nie o tym, jakim np. Ty byłaś dzieckiem.
Pewnie niezbyt anonimowe, ale... irytuje mnie teściowa. Nie sądziłem, że kiedykolwiek zostanę dotknięty tym tematem, szczególnie że na początku tego nie zauważałem. Teoretycznie nie jest to jakoś szczególnie szkodliwe, ale mimo wszystko strasznie mnie to wpienia. Do rzeczy.
Teściowa jest chyba fanką motta „przezorny zawsze ubezpieczony”. Taki charakter. Dostaję opieprz, jak przychodzimy z żoną. Za co? Za ubiór. Dla niej temperatura 20 w cieniu to jak Syberia. Co najmniej na długi płaszcz i szalik.
Sytuacja z ostatnich Świat Wielkanocnych. Na zewnątrz ok. 16 stopni. Żeby otworzyć lufcik w jednym pokoju, ubiera się w kurtkę i zamyka drzwi, bo „przecież wszystkich was przewieje”. W zimę na balkon po słoik jakichś przetworów wychodzi ubrana, jakby atakowała K2 zimą. Nieważne, że wystarczy dać jeden krok i sięgnąć ręką, co nie zajmie więcej niż 5 sekund razem z powrotem, a balkon jest cały oszklony. Jest ZIMNO i koniec. Trzeba się kilka minut szykować na niebezpieczną wyprawę. Dodam, że minimum raz na kwartał jest przeziębiona. Dziwne, prawda?
Najgorsze, że niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Ja nie byłem chowany pod kloszem. Dla mnie uchylone okno, gdy na zewnątrz trzaska mróz, to norma. Moi rodzice są zimnolubni i po nich to odziedziczyłem. Najgorsze jest to, że moja żona odziedziczyła po teściowej nadmierną ciepłolubność.
Wychodzimy na spacer. Wiosna, wszystko się zieleni, ludzie chodzą rozebrani, dziewczyny odkrywają to, co trzeba... prócz mojej żony, która jest ubrana w sweter i kurtkę... a ja idę obok w krótkim rękawku. Czasami aż mi głupio, jak z naprzeciwka idzie jakaś para. Kroczy gościu z laską ubraną w zwiewną sukienkę, a moja żona obowiązkowo w spodniach po kostki, w kurtce i w najlżejszym wariancie w apaszce. Oczywiście nie zapominajmy o zimowej czapce w kieszeni – na wszelki wypadek.
Najgorzej, jak idziemy do parku. Wiadomo, że jest dużo drzew. Niech Was nie mylą pozory. Cień rzucany przez drzewo jest Waszym najgorszym wrogiem. I zatrzymujemy się co 20 metrów, bo jak wchodzimy w cień, to trzeba się ubrać w kurtkę, która oczywiście jest zawsze w pogotowiu. Zamiast swobodnego spaceru są przystanki, bo trzeba się ubrać albo rozebrać po wyjściu z cienia. Co z tego, że jest 25 stopni. Cień to Twój WRÓG!
Moje ewentualne przeziębienie (może raz do roku) jest szeroko komentowane słowami typu „trzeba było się ubrać ostatnio” lub „nie szanując swojego zdrowia, nie szanujesz też mojego”. Teściowa oczywiście, jak się dowie, że kichnąłem, to „broń boże nie przyjeżdżajcie, bo się pochorujemy wszyscy”. Teść już kładzie na to lachę i stosuje się do tych dziwnych instrukcji, ale ja nie zamierzam. Boję się tylko, że dziecko, które planujemy, będzie miało zerową odporność. Ale niestety żadne rozmowy nie pomagają, „bo jak jest zimno, to trzeba się odpowiednio ubrać”. Szkoda tylko, że wcale nie jest zimno.
Oboje jesteście hipokrytami. Żadne nie słucha drugiej strony i nie ma chęci zrozumienia. Serio chcecie mieć dziecko jak nie potraficie dogadać się w czymś tak błahym jak temperatura?
Pracuję w zakładzie pogrzebowym. Od początku pracy nigdy nie miałem jakichś odrzutów na widok martwego ciała, niezależnie, czy osoba dopiero co zmarła i wyglądała, jakby ucięła sobie krótką drzemkę, czy to zwłoki, które są już w zaawansowanym rozkładzie. Czasami może i dokuczać zapach, który jest bardzo intensywny, ciężki, ale po kilku minutach idzie się przyzwyczaić.
Tak generalnie od dawna myślałem, żeby zostać grabarzem. Rodzina była sceptycznie nastawiona na tę wiadomość, bo podobno trzeba mieć mocną psychikę w takim środowisku. Ja jestem neutralny, na głowę mi nie siada oraz nie jestem alkoholikiem (tak jak ten stereotyp, że każdy grabarz musi coś dziabnąć, bo na trzeźwo nie da rady takich rzeczy robić). Po prostu robię to, co lubię, mam kontakt każdego dnia ze śmiercią.
Ostatnio w przypływie chwili i pewnej dawki alkoholu poznałam (jak mi się wtedy wydawało) wspaniałego faceta. Coś jak miłość od pierwszego wejrzenia, a raczej usłyszenia, bo zaintrygował mnie na początku jego głos. Postanowiłam jechać z nim na koniec świata, a raczej kilkadziesiąt kilometrów dalej, do niego... A co, jak się bawić, to na całego, pomyślałam...
Po fantastycznej nocy budzi mnie ktoś z jego rodziny i pyta, czy wiem o tym, że facet, przy którym całkiem niedawno usnęłam, jest poważnie chory psychicznie i że wyszedł z domu i nikt nie wie, gdzie może być. A ja na jakimś zadupiu...
W oddziale jednego z banków najpierw jest nieduże pomieszczenie z bankomatami, a potem przez kolejne drzwi wchodzi się na główną salę obsługi klienta. Na skutek upałów czy jakiejś innej usterki te wewnętrzne drzwi przy otwieraniu wydawały odgłos, jakby ktoś miał ostrą biegunkę i jednocześnie wypuszczał wiatry.
Stanąłem w pierwszym pomieszczeniu i udawałem, że korzystam z bankomatu, a kiedy ktoś wchodził na salę, odwracałem się i uśmiechałem się porozumiewawczo. Ludzie reagowali różnie – niektórzy wybuchali głośnym śmiechem, inni się peszyli, a jedna pani aż się zaczerwieniła.
Niestety, nie trwało to długo. Musiałem nie zauważyć, że gdzieś jest kamera, bo przyszedł ochroniarz i mnie wyprosił.