#fe5g1

Na fali historii o ślubach.

Mój mąż to kawał ciacha. Ale wiecie, taka idealna wu-zetka, umięśniona karpatka i smukły ekler.

Do tego jest bardzo nieśmiały.

Na nasz ślub i wesele zapraszaliśmy swoje grupy dziekanatowe, były to dwie paczki zgranych ze sobą i fantastycznych osób (w sumie ciągle tak jest).

W grupie mojego męża była Beti.
Beti dziewczyna z okładki, która do ostatniej chwili przystawiała się do mojego faceta. Ja dziewczynę lubiłam i nic do niej nie miałam. Jej zachowanie było dla mnie dość dziwnym zjawiskiem, bo mój mąż jest naprawdę BARDZO NA NIE, jeżeli chodzi o zaloty płci przeciwnej i dawał jej wyraźne sygnały, że nic z tego nie będzie. On ją tylko lubił i nie chciał zapraszać całej grupy z wyjątkiem jednej osoby.

Dzień naszego ślubu. Odstrzeleni jak konie na wystawę w Janowie. Msza poszła bez problemów.
Przed kościołem składanie życzeń. Patrzę, idzie Beti.
Beti miała na sobie białą princeskę, fascynator i koronkowe rękawiczki.
Była bardziej biała ode mnie, bo moja suknia miała odcień bardziej śmietankowy, niż śnieżny.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.

Mój mąż wiedział.
Kiedy Beti podeszła do nas z prezentem, ten cichy w swej istocie mężczyzna rzekł:
- Kobieto, rozumu niespełna. Jeżeli w takim stroju pojawisz się na sali weselnej, osobiście wsadzę ci łeb w fontannę czekoladową.

Wśród gości zaległa cisza.
A potm gromkie brawa.

PS. Przyjechała po obiedzie, była ubrana w damski garnitur. Biały. "Przypadkiem" jedna laska z grupy męża wylała na nią kubek barszczu.
TwinpeaksReturn Odpowiedz

"Kobieto, rozumu nie pełna" :D
Fajny ten Twój mąż. Ja jestem z tych co takie kwestie wymyśla po miesiącu.

Odpowiedzi (2)
Docha Odpowiedz

Wspaniałego masz męża! I tak własnie powinien zachowac się facet. Od razu skojarzyło mi się z jurajską i jej kuzynką. Ciekawa jestem czy zostawi tutaj swój komentarz :)

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (13)

#QRL4A

Jestem lekarzem. Jestem też w ciąży.
O wrogości wobec tych drugich będzie...

Moim głównym miejscem pracy jest pewien POZ. Niedawno zatrudniłam się też w NZOZ-ie na umowę zlecenie, gdzie udzielam konsultacji 2 razy w tygodniu (tak, zatrudnili mnie w ciąży, bo pilnie potrzebowali specjalisty w mojej dziedzinie, a tych jest mało w naszym mieście).

Środa. Od godziny 7:00 jestem na wizycie domowej u pewnej babuszki, pacjentki POZ, która nie jest w stanie sama przyjść do przychodni. O godzinie 9:00 miałam rozpocząć konsultacje w NZOZ-ie. Wizyta u babuszki trochę się przeciągnęła, na mieście był wypadek i do przybytku pracy wbiegłam dopiero o 9:30. Pacjenci na korytarzu jeszcze mi obcy, ale już słyszę komentarze, "że tej nowej siksie w dupie się powywracało od pieniędzy". Spoko, jestem przyzwyczajona.

Byłam ubrana w sukienkę ładnie opinającą mój już zaokrąglony brzuszek. Podchodzę do drzwi gabinetu, szukając w torebce kluczy.

- Co to, to nie! - słyszę babciny krzyk za moimi plecami.

Baba złapała mnie za ramię, posadziła na krześle i dodała: "My tu wszyscy od godziny czekamy, nie wpier***i się jakaś ciężarówka przed nas!". I kazała mi siedzieć na dupie.
Wszyscy pacjenci jej wtórowali.

Wiecie, co zrobiłam? Usiadłam na dupie. Siedziałam tak do 10:00. Zaczęły się komentarze, że doktórka niepoważna, tak ludzkiego czasu nie szanować, że ostatni raz tu są itp. itd.

I dopiero wtedy wstałam i powiedziałam:
- Szanowni państwo, o godzinie 11:30 kończę przyjmowanie na dziś. Mamy 1,5 godziny. Państwa jest 15 osób. Czy do jasnej cholery pozwolą mi państwo wejść do mojego własnego gabinetu?!

Kobieta, która mnie usadowiła, pobladła. Wszyscy ucichli.

- Dziękuję! - dodałam, wchodząc do gabinetu.

Może i pójdzie na mnie jakaś skarga. Mam to gdzieś. Prawda jest taka, że pacjenci są sobie sami winni.

PS. Przyjęłam wszystkich. Posiedziałam trochę dłużej, ale było warto.
CzarnaSowa Odpowiedz

Gratuluję tego jak utarłaś moherom nosa.

Odpowiedzi (3)
Docha Odpowiedz

Uwielbiam Cię autorko! Pięknie to rozegrałaś. Mam nadzieję, że trafi na główną, bo chcę dodać do ulubionych! :)

Odpowiedzi (4)
Zobacz więcej komentarzy (11)

#SpUlo

Pamiętam to, jakby było wczoraj. Wakacje po pierwszej klasie (jakieś 30 lat temu), dużo wolnego czasu i wycieczka do wąwozu porośniętego drzewami i łąką. Był już wieczór, tak koło 19 - 20. Często chodziłam się tam bawić z koleżankami, miałyśmy tam bazę/dom, to nie było zbyt daleko od mojego domu. Było to bardzo bezpieczne i spokojne miejsce, dopóki na jego skraju nie podbudowano szeregu domków jednorodzinnych, a ich mieszkańcu nie zaczęli wyprowadzać psów do wąwozu. Oczywiście bez smyczy ani kagańca.

Jeden z takich psów mnie wtedy zaatakował, gdy samotnie siedziałam w "domu" i szykowałam coś do zabawy na następny dzień. Ogromny, długowłosy wilczur zaczął warczeć i ujadać, a ja się bałam nawet krzyczeć, jedynie pisnęłam krótko "Mamo!".

Nagle zjawiła się jakaś młoda kobieta, która krzykiem i tupaniem odwróciła jego uwagę. Po chwili przybiegł też wielki mężczyzna i on ściągnął na siebie atak psa, a tamta pani podbiegła do mnie, złapała na ręce i próbowała stamtąd zabrać. Drogę zagrodził nam drugi, taki sam pies. Zaczęłam przeraźliwie krzyczeć. Kobieta niemal wrzuciła mnie na gałąź pobliskiego drzewa, a sama złapała z ziemi kij i z rozwianym włosem po prostu spuściła kundlowi soczysty wp*rdol. Siedziałam na tym drzewie i wyłam, sikając pod siebie ze strachu.

W tym momencie moje wspomnienia zamieniają się w dziurawe wspomnienie koszmaru. Mąż tamtej pani krwawił, ona też miała pogryzione przedramię, wszędzie była krew. Jeden pies skomlał na ziemi, drugi, kulawy, uciekał wyjąc. Pamiętam moich rodziców, zapłakaną i zasmarkaną mamę, która mnie tuliła i krzyczała coś. Tata rozmawiał z policjantem, strasznie przeklinając.

To było młode małżeństwo, które siedziało na balkonie i widziało mnie już wcześniej. Gdy zobaczyli skradającego się w trawie psa, oboje ruszyli mi na pomoc. Właściciel psów puszczał je luzem w wąwóz żeby, cytuję "polowały"... z tego co wiem, nieźle beknął za tamtą akcję. Ja obiecałam sobie, że jeśli będę miała okazję, wykażę się takimi samymi "jajami" jak oni. Traumy o dziwo nie mam, lubię psy i mam swojego.

Kilka dni temu i mnie zdarzyła się okazja do "bohaterowania". Pod sklepem gdzie robiłam zakupy jakiś karłowaty, bezpański pies zaczął obszczekiwać małe dziecko, które zaczęło płakać. Skrewiłam i olałam, bo bałam się, że mnie dziabnie w kostkę. Zareagowała niewiele starsza od tamtego dziecka dziewczynka i jej dziadek. Jest mi nieludzko wstyd i nie mogę spojrzeć w lustro po tym jak się zachowałam. Nie umiem tego wyjaśnić, ale myśl o poświęceniu siebie dla obcego dziecka mnie obrzydzała. Wstyd mi, wstyd mi, wstyd. Jestem samolubną, podłą podróbką gatunku, z którego pochodzili tamci młodzi ludzie...
Zaslepiona Odpowiedz

Wstyd nie wstyd, ale ja nie wiem czy potrafiłbym stanąć w obronie kogoś obcego przed groźnym psem. Może i jestem tchórzem, ale nie chciałabym żeby mi się coś stało.

Odpowiedzi (2)
PaniDyrektor Odpowiedz

Nie ma nic złego w tym, że czasem popełniamy błędy i nie dajemy rady by stać się herosami - jesteśmy po prostu ludźmi. Każdy z nas jest tchórzem, w mniejszym lub większym stopniu.
Nie mierz wszystkich równą miarą. Jest Ci wstyd, okej. Ale nadal, łatwo planować swoje zachowanie w danej sytuacji, trudniej zaś konkretnie się zachować, gdy coś rzeczywiście się dzieje.
Uszy do góry. Dobrze, że tej dziewczynce nic się nie stało. Dobrze, że i Ty miałaś swoich wybawicieli. Cudowni ludzie

Zobacz więcej komentarzy (2)

#4cZ1q

Kojarzycie takie cienkie kabanoski? Jakby się im przyjrzeć dokładniej, to widać na nich takie małe "bańki" z tłuszczykiem. Zawsze zanim je zjem, wyobrażam sobie, że to są pryszcze ;) Najpierw je wyciskam, a dopiero potem zjadam kabanosa.To tak bardzo satysfakcjonujące.
JorgeWashingMachine Odpowiedz

Już nigdy nie spojrzę na kabanosa tak samo

PaniDyrektor Odpowiedz

Dzięki. Uwielbiałam te kabanosy. Teraz już nie za bardzo.

Zobacz więcej komentarzy (8)

#b1sAH

Pracuję w małej firmie informatycznej; robię strony internetowe na zamówienie. Ludzie, którzy składają u mnie zamówienia z reguły sami pracują przy komputerze, więc założyłem, że coś tam wiedzą o działaniu internetu i komputera. Nic bardziej mylnego.

1) Pan A zażyczył sobie na stronie główniej 5 filmów w Full HD w tło. Dzień po wykonaniu zlecenia wrócił ponarzekać na czas ładowania się strony. Nie chciał zapłacić. (Płaci się nie mi, lecz firmie. Ja mam osobną wypłatę od szefa).

2) Pani B po usłyszeniu ceny stwierdziła, że "synek w podstawówce chodzi na kółko C++ to mi zrobi lepszą za darmo". Tłumaczenia, że nie ten język - na nic.

3) Pan C chciał, aby po wpisaniu w Google słowa "czajnik" na pierwszym miejscu pojawiła się jego strona. Gdy chciałem pomóc mu wykupić reklamę zostałem zwyzywany za brak kompetencji.

4) Pan D, z zawodu informatyk. Wysłałem mu pliki strony. Otworzył w przeglądarce plik z dysku i wysłał link (ścieżkę do pliku na dysku lokalnym) koledze, któremu nie działało. Po raz kolejny usłyszałem "to jest słabo zrobione. Ja za to nie zapłacę". Walka z takimi ludźmi nie należy do najprzyjemniejszych.

5) Pan E, dla którego wykonałem stronę nie dawał znaku życia. Ani nie odbierze projektu, ani nie zapłaci. Po miesiącu odpisał, że postanowił sam się nauczyć, "bo to tylko takie sobie pisanie odpowiednich słów w notatniku". Do dziś w odmętach internetu straszy strona poważnej firmy napisana w samym HTML-u na poziomie przeciętnego gimnazjalisty.

6) Pani F wróciła ogłosić całej firmie, że strona mojego autorstwa nie działa u jej koleżanki Halinki (imię zmienione) na Windowsie ME (!?). Po jakimś czasie zawarła sojusz z panem C i poszli naskarżyć do szefa. W rezultacie dostałem podwyżkę za "konieczność pracy z debilami".

Oczywiście tłumaczę wszystko tym ludziom jak najprostszym językiem, ale do nich po prostu nie dociera.

Ostatnio poproszono mnie o opowiedzenie o mojej pracy w pierwszej klasie podstawówki. Odniosłem wrażenie, że małe dzieci więcej zrozumiały niż dorośli informatycy, marketingowcy czy inne zło.
anonimu5 Odpowiedz

Taki to już urok pracy, gdzie ma się do czynienia bezpośrednio z ludźmi... Nagle okazuje się, że każdy, kto przychodzi z ulicy uważa się za lepszego znawcę fachu niż człowiek, który 10 lat pracuje w branży :D Oczywiście najgorsi są zawsze tacy, co "też siedzą w tej branży", ale nie wiedzieć czemu przychodzą, zawracają tyłek i chcą płacić komuś za coś, co przecież sami by zrobili lepiej ;)

ApoteozaCzasuZabaw Odpowiedz

Dobrze, że chociaż szefa masz normalnego, który zrozumiał sytuację i dał Ci podwyżkę za konieczność pracy z debilami :)

Zobacz więcej komentarzy (7)

#TtfZh

Bardzo nie lubię swojego uśmiechu... Może zacznę od początku:

Kiedy miałam z 10 lat zauważyłam, że moje górne trójki nie wyrosły (mam za małą szczękę) pozostawiając za sobą wielką szparę pomiędzy zębami - diastemę. Na początku w ogóle się tym nie przejmowałam, ale z wiekiem coraz bardziej zaczęło mnie to dekoncentrować i sprawiać, że czułam się po prostu brzydka. Prosiłam moich rodziców o to aby poszli ze mną do ortodonty. W końcu po 6 latach tata poszedł ze mną na wizytę. Okazało się, że stan jest poważniejszy niż można było przypuszczać. Okazało się, że konieczne będą do usunięcia dwie górne czwórki, a "wyciąganie" trójek może być bolesne, a nawet ryzykowne, bo przecież nie można stwierdzić czy te zęby nie są w żaden sposób zepsute no ale cóż... warto było chociaż spróbować i zaryzykować.

Minął już rok od całej tej ,,katorgi”. Moje trójki są zdrowe i już niedługo będą na miejscu czwórek. Prawdopodobnie za tydzień będę miała już zakładany aparat na górne zęby i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa! Mam nadzieje, że w końcu nadejdzie dzień, w którym będę mogła uśmiechnąć się szeroko i być dumna ze swojego uśmiechu! Jak to powiadają "żeby być pięknym trzeba cierpieć". Trzymajcie kciuki kochani!
KonNaBialymKsieciu Odpowiedz

Życie cię nie oszczędza.

Sauika Odpowiedz

Ale co w tym anonimowego? Nie chce się czepiać, ale odnosze wrażenie, że za jakiś czas Anonimowe zaleje fala wyznań typu: "Mam dzisiaj ochote na płatki z mlekiem, anonimowi trzymajcie kciuki abym bezpiecznie dotarła do sklepu"

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (6)

#VxImJ

Mam 18 lat i odkąd pamiętam zawsze lubiłam wymyślać różne światy, różne sytuacje itp. Jako, że w moim sąsiedztwie nie było dzieci w moim wieku, to mi zupełnie wystarczało. Jednak od pewnego czasu zaczęłam zauważać, że coraz częściej odpływam w otchłań mojej wyobraźni i co najgorsze wolę zdecydowanie zostać w domu i żyć w swoim małym wyimaginowanym świecie niż wyjść do ludzi.

Kolejny problem leży w tym, że często umieszczam w swoich wyobraźniach ludzi z mojego otoczenia, prowadzę z nimi rozmowy, wymyślam cechy ich charakteru, kreuję w swojej głowie ich obraz po swojemu i w wyniku tego czasami jak ich widzę mam ochotę z nimi porozmawiać o tym o czym ostatnio rozmawialiśmy i często dosłownie w ostatniej chwili udaje mi się ugryźć w język bo przypominam sobie, że tę konwersację tak naprawdę odbyłam sama z sobą w swojej wyobraźni w ich imieniu. Czasami gdy jestem sama zdarza mi się mówić do ludzi z mojej głowy na głos.

Przez to wszystko coraz częściej zastanawiam się, czy coś jest ze mną nie tak. Boję się, że wkrótce albo w ogóle nie będę wychodziła z domu, albo co gorsze zachoruję na schizofrenię lub coś podobnego.

Nie ma puenty, ale musiałam to z siebie wyrzucić, bo czasami przez to wariuję.
Soos Odpowiedz

Mamy podobnie. Obecnie mam kilka wyimaginowanych światów, do których uciekam myślami codziennie w nocy. A jak mój mózg postanowi sobie przypomnieć żenujące, wstydliwe momenty mojego życia, co zdarza się stosunkowo często to potrafię powiedzieć jakieś bezsensowne słowo na głos.

Odpowiedzi (2)
Kejlen88 Odpowiedz

Nie przejmuj się wiele osób tak robi ale się nie przyznaje.

Zobacz więcej komentarzy (10)

#98ewu

Rok temu zmarł mi mąż.
Pewnego dnia, wracając z miasta, spotkałam dobrego znajomego, mojego śp męża.
Znajomy podszedł do mnie, pytał się jak się czuję po stracie męża.
Po krótkiej wymianie zdania, podał mi rękę i z głębokim żalem powiedział "TO MOJE GRATULACJE" - Po czym zaczerwienił się, jak burak, zmieszał i odszedł...
Anonwho Odpowiedz

Drugie zdanie idealnie pokazuje, że przecinek w złym miejscu diametralnie zmienia sens zdania. Teraz z tego zdania wynika, że tym dobrym znajomym był twój zmarły mąż.

Odpowiedzi (3)
Msciwoj82 Odpowiedz

Pomylił słowo, niektórym się zdarza. W tej sytuacji to oczywiście wtopa.

Zobacz więcej komentarzy (4)

#TrGKR

Historia opowiedziana przez kolegę. Nie jestem wegetarianinem ale warto posłuchać i zrewidować swoje podejście do masowego mięsa.

Kolega pracuje w dużej rzeźni na północy kraju. Pracuje na stanowisku kontrolera jakości (zwierząt). Opowiedział mi, że kilka miesięcy temu przyszła do nich dostawa wieprzowiny i jedna świnia była okropna - z pryszczami, cała czerwona, paskudna (na sam widok można było zwymiotować). Jako dobry pracownik odmówił przyjęcia takiej świni. Nie minęła chwila i przyszedł jego przełożony i powiedział "Albo dopuszczasz tą świnię albo wylatujesz i nie znajdziesz nigdzie pracy w zawodzie". Kolega się załamał i świnię dopuścił. Niestety nic nie mógł zrobić - świeżo po studiach, żona z trzecim dzieckiem w ciąży, kredyt na głowie, dziecko ma lekką niepełnosprawność.

Chłopak się załamał i już nie jada mięsa wcale. Jest w ciężkim stanie psychicznym ale na szczęście żona go wspiera. Nie zachęcam was do niejedzenia mięsa (sam jem), ale raczej do zmiany filozofii. Lepiej zjeść raz czy dwa razy w tygodniu lepszej jakoś mięso, niż tak jak wiele osób codziennie po kilka razy jakieś dziadostwo.
gorzkakawa Odpowiedz

Naprawdę myślicie, że z powodu jednego świniaka ktoś ryzykowałby partię mięsa i stosował takie groźby w stosunku do pierwszego lepszego szeregowego pracownika? Akurat przepisy dotyczące zdrowia zwierząt są bardzo restrykcyjne. Poza tym zwierząt się nie bada okiem.
Przemysł produkujący mięso na wysoką skalę jest okrutny, ale to jest tylko kiepska prowokacja. Bardzo bezsensowna zresztą. Bo o ile kwestie moralne są bardzo dyskusyjne i warto się nad nimi pochylać, to kwestie sanitarne i zdrowotne są niepodważalne.

Antarees Odpowiedz

Ci, którzy to plusują, chyba serio nie widzą, że te wyznanie jest pisane czysto pod gównoburzę xD

Odpowiedzi (2)
Zobacz więcej komentarzy (9)

#XFgCe

P Przedwczoraj wybrałam się z czteroletnią córką na plac zabaw. Mała nie należy do dzieci bojaźliwych, więc od razu dołączyła do zabawy z innymi maluchami w piaskownicy.

Chwilę później na plac weszła kobieta z synem z zespołem Downa. Chłopiec wyglądał na jakieś 10/11 lat, a jego matka uprzejmie zapytała czy nie będzie nam przeszkadzało jak syn dołączy do zabawy. Nie powiem - na mnie i na innych matkach zrobiło to wrażenie. Nie oczekiwałyśmy takiego pytania, w dodatku zadanego w uprzejmy sposób. Nigdy nie miałam nic do dzieci z podobnymi zaburzeniami, w pełni je akceptowałam i rozumiałam, że potrzebują kontaktu z dziećmi jak każdy inny maluch.

Chłopiec dołączył do mojej córki i pozostałych dziewczynek w piaskownicy i zaczął się z nimi grzecznie bawić. Jego mama usiadła w pobliżu syna i cały czas go obserwowała - w razie potrzeby zwracała mu uwagę. No i wszystko pięknie, ładnie, aż do momentu kiedy chłopcu się odwidziało.

Moim zdaniem (i zdaniem pozostałych) nie wydarzyło się absolutne nic, co mogło go sprowokować. Chłopak nagle zaczął wyzywać dziewczynki - na początku od głupich dziewuch, kończąc na pannach lekkich obyczajów.... Zaczął na nie pluć, rzucać ich zabawkami i generalnie wpadł w szał. Jego matka zachowała się naprawdę w porządku - wzięła syna na bok, wytłumaczyła że zachowuje się źle i wobec tego zabiera go do domu. Przeprosiła nas i poszła.

Wzięłam zapłakaną córkę do domu i wytłumaczyłam jej, że chłopiec jest chory i nie panował nad tym co mówi. Córa po chwili zajęła się czymś innym i zapomniała o sytuacji - boję się jedynie, że nie zapomni "pięknych, nowych słów" i uraczy nimi innych. Problem jest w tym że sama zmieniłam swoje nastawienie do tych dzieci. Czuję niechęć, a nawet obrzydzenie. Dużo osób uważa że zespół Downa to nie choroba, że te dzieci są kochane, uprzejme i wiecznie uśmiechnięte. Sama tak sądziłam do tej pory. Widać było że matka chłopca dba o niego i próbuje go jak najlepiej wychować, reagowała na jego zachowanie i nie pozwoliła mu kontynuować agresji. Ale nic nie poradzę na to, że będę izolować córkę od takich dzieci. Nawet jak na początku będą cudownie uśmiechnięte i niewinne.

Wstydzę się tego, że mam taki negatywny stosunek, ale moim zdaniem te dzieci są nieprzewidywalne i nigdy nie wiadomo czego się po nich spodziewać. A jednocześnie mam świadomość, że nie powinnam tak czuć..
CzarnaSowa Odpowiedz

Zdrowe dzieci też często bywają nieprzewidywalne. Dobrze że chłopak ma normalna matkę, a nie "madkę"

Odpowiedzi (3)
DwaNastroje Odpowiedz

Chodziłam do przedszkola, które w sali obok naszej miało chore dzieci na różne upośledzenia, głównie tam były dzieci z zespołem downa. Ubikację mieliśmy wspólną.

Kiedyś w trakcie sikania zapomniałam zamknąć drzwi na klucz. Jeden z tych chorych chłopców otworzył mi je na oścież i nie chciał zamknąć. Nie wiem czemu, ale musiało mnie to mocno przerazić bo do tej pory mam uraz do ludzi chorych na Downa, mimo że jestem już dorosłą osobą.
Mam nadzieję, że nie odbije się to na Twojej córce.

Zobacz więcej komentarzy (14)
Dodaj anonimowe wyznanie