Mój chłopak i ja jesteśmy razem od prawie 3 lat. Na początku naszej relacji, gdy widywaliśmy się rzadko z powodu pracy, zajęć i dzielącej nas odległości, nasze życie intymne było pełne pasji i zaangażowania. Wszystko zmieniło się niedługo po tym, jak rok temu zamieszkaliśmy razem. Przestał inicjować zbliżenia, a kiedy już do nich dochodziło, miałam wrażenie, że robi to bez większej chęci. Zniknęła iskra, którą wcześniej widziałam w jego oczach.
Dbam o siebie i próbowałam na różne sposoby wzbudzić jego zainteresowanie, ale bez efektu. Kilkukrotnie próbowałam też porozmawiać z nim o tym, jak bardzo brakuje mi naszej bliskości i pytałam, czy coś jest nie tak. Za każdym razem słyszałam, że wszystko jest w porządku, choć jego zachowanie wskazywało na coś innego.
Dziś nie poruszam już tego tematu i nie inicjuję zbliżeń, bo nie chcę wywierać na nim presji. Nadal jednak nie rozumiem, co się zmieniło i dlaczego nasza relacja pod tym względem wygląda tak inaczej niż kiedyś.
Nie mogę porozmawiać o tym z nikim bliskim – takie ot, żali wyznanie :’)
Wstyd mi za koleżankę. Znamy się od liceum i obecnie kończy się 1 rok studiów. Rzecz działa się w maju. Z uwagi na awarię zmieniono nam do końca roku basen na studium WF (po prostu siłownia).
Koniec ćwiczeń. Szatnia. Ściągam ciuchy, bieliznę, biorę ręcznik i idę się wymyć.
Koleżanka pyta:
– Co robisz?
– Myję się.
– Po co?
– No ja pier... Dziewczyno, mamy jeszcze trzy godziny zajęć. Śmierdząca nie pójdę.
– Oj tam, mam Rexonę, a poza tym nie wstyd ci iść i na golasa tak biegać?
– Kobieto, to szatnia damska, tu każda ma to samo, czego się wstydzić?
Bardzo denerwuje mnie fakt, że aktualnie wchodzę w super relację z chłopakiem i zamiast się cieszyć z tego i czuć „motyle w brzuchu”, ja stresuję się i zasmucam tym, że ciągle z tyłu głowy słyszę, że jestem niewystarczająca, głupia, niegodna albo zrobię coś i nagle pojawia się myśl, że to za bardzo, że jestem irytująca i tylko zawracam mu głowę. Wiem, że mnie lubi, bo widzę to w jego gestach, w tym, jak na mnie patrzy, i no po prostu wiem, ale ciągle nie mogę wyzbyć się tego przytłaczającego uczucia. Nie wiem, czy kiedyś mu o tym powiem, bo te emocje pojawiają się tylko gdy jestem sama i boję się, że takie wyznanie może wszystko zniszczyć. Naprawdę nie chcę się tak czuć!!!
Jestem w szóstym miesiącu ciąży. Od samego początku mój chłopak nie był zadowolony z tego faktu, przez około cztery miesiące namawiał mnie na aborcję, której nie zrobiłam, co wiązało się z wyzwiskami z jego strony typu: „Jesteś niestabilna emocjonalnie”, „Masz dwubiegunowość, bo nie usunęłaś”. Kiedy myślałam, że się uspokoił i chce stworzyć dla dziecka rodzinę, zaczął mnie unikać, do domu przychodził tylko po to, żeby się przespać i zjeść, cały czas tylko w telefonie albo z kolegami. Miesiąc temu po naszej kłótni wyprowadził się z naszego mieszkania, po dwóch tygodniach od wyprowadzki zaczął spotykać się z inną dziewczyną. O dziecku praktycznie nie pamięta, nie pyta o wyniki badań ani o podstawowe rzeczy na wyprawkę. Za fakt, iż jestem w ciąży, według niego odpowiadam tylko ja, bo przecież on nie chciał dzieci, a ja się mogłam zabezpieczać. Dodam, że mamy po 25 lat, byliśmy w związku 3 lata i rozmawialiśmy o kupnie mieszkania, ślubie i dzieciach.
Mam zaraz 20 lat i znalazłam swoją pierwszą pracę w dużej sieci sklepów. Pracuję tam już trzeci tydzień i nie narzekam, praca jak praca, tylko nogi bolą od ciągłego chodzenia albo tyłek od siedzenia na kasie, to zależy od dnia.
Podczas siedzenia na kasie widzę wielu ludzi. Od młodych dzieci/nastolatków do starszych osób. I tak zastanawiam się, jaka jest historia tych ludzi. Czy ten nastolatek właśnie dostał swoje kieszonkowe? Czy ta babcia dostała właśnie emeryturę i chce kupić sobie coś dobrego do jedzenia? Jednak najbardziej bolą mnie słowa np. „Proszę tylko do 100 zł”. Nie wiem, jaka jest historia tych ludzi, ale boli mnie to, jak muszą ograniczać swój budżet, bo nie mają więcej.
Po śmierci mojego syna wszystko straciło rozpędu, radości i braku możliwości, żeby to wszystko gdzieś zniknęło.
Chcę zapomnieć, nie myśleć. Została mi tylko moja żona, która na pewno też cierpi, ale ja staram się tego nie zauważać, bo pewno jestem złym człowiekiem, egoistą.
Nie mam już empatii do ludzi, a może nigdy jej nie miałem.
Boję się wszystkiego. Wstydu, niemocy, okrucieństwa ludzi, bólu, rozmowy. Nie wiem co dalej. Nie chce mi się już żyć.
Jest mi bardzo wstyd, bo nie zdałam egzaminu na prawo jazdy już dwa razy. Za dwa tygodnie mam kolejny, ale strach sprawia, że czuję się sparaliżowana. Rodzice mówią, że trudno i że wreszcie zdam, ale mam wrażenie, że oni też są mną zawiedzeni. Uważam, że umiem jeździć autem, a egzaminy są dla mnie największym koszmarem. Przed znajomymi udaję, że mam to gdzieś, ale jak ktoś z nich zaczyna ten temat, to chce mi się płakać. Niedługo niektórzy z nich będą zdawać swoje egzaminy i mimo że życzę im jak najlepiej, to po cichu liczę, że też nie zdadzą. Czy jestem złym człowiekiem?
Po prostu chcesz mieć to poczucie że nie jesteś jedyna, ale serio. Nie jesteś jedyna. Znam osoby które po kilkanaście razy zdawali egzamin i co? W końcu zdali. Jak Cię stać by powtarzać to co za problem. W końcu i Ty zdasz. Więcej da Ci podejście na luzie i uznanie tego za próbny egzamin powtarzanie sobie, że od tego egzaminu wszystko zależy.
Jestem dorosła. Bardzo dobrze radziłam sobie w szkole na każdym etapie, nie miałam również trudności na studiach. Ale są drobiazgi dla mnie nie do ogarnięcia.
Patrzę na mapę i ogarniam sąsiadów Polski, rozmieszczenie poszczególnych państw. Ale ledwo minie kilka tygodni i nie ogarniam. Teoretycznie znam, wymienię, ale mam mgłę co z której strony. Spojrzę na mapę na 3 sekundy i dziwię się, że się zastanawiałam.
Tak jest ze zbożami, rodzajami liści i wszelkimi drobiazgami. Ale nawet z najbardziej znanymi datami. Znam, ale zapominam. Spojrzę tylko i nie potrzebuję długich analiz, już pamiętam. I nie jest to kwestia utrwalenia, bo żebym nie wiem ile czasu poświęciła i jak często powtarzała, to przychodzi moment i nie wiem. Potrzebuję zobaczyć to na papierze.
Nie mam dzieci i wakacje szkolne z reguły nie powinny mnie dotyczyć, ale mam dwoje siostrzeńców (obecnie 12 i 14 lat). Od czasu podstawówki na cały okrągły miesiąc dzieci przyjeżdżają do mnie na wakacje, mieszkam na wsi i do tego mam własną działalność, a to według rodziny oznacza czas i sielankę. Dzieciaki są w porządku, ale wkurza mnie, że od kilku lat nikt nawet dla pozorów nie zapyta, czy mogą do mnie przyjechać.
W tym roku powiedziałam dość i oznajmiłam siostrze, że wyjeżdżam na trzy miesiące do pracy i inaczej muszą zorganizować wakacje dzieciom. Ale był kwik...
Anonimowe? Mogłam z łatwością wyjazd zorganizować na czerwiec, lipiec i sierpień lub wrzesień, październik i listopad, a wybrałam okres wakacyjny, by nie być oczywistą opcją i aby odczuli, że pomoc z mojej strony była duża.
Dzieci mają czworo dziadków, szwagier ma siostrę i brata, mogą jakoś zorganizować dzieciakom wakacje. Zwyczajnie byłam wygodną opcją, a zaczęło się kilka lat temu od mojej mamy, która wpadła na ten „genialny” pomysł.
Chodzę oglądać nieruchomości, mimo że nie mam w planach kupna. Zawsze przed takim dniem jem okropnego kebsa z ostrym. Podczas oglądania zawsze proszę o możliwość skorzystania z toalety i stawiam ogromnego, obrzydliwego kloca.
Nie zostawiam brudu czy coś. Zawsze kibel jest w takim stanie jak przed moim przyjściem, ale sam fakt zrobienia w czyimś domu takiego armagedonu w kiblu sprawia mi dziwną satysfakcję.