#O2Jfc

Całkiem niedawno zostałam matką. Pierwsza ciąża, nie wiedziałam właściwie z czym to się wiąże, jakie wizyty są lepsze, nikt mnie nie uświadomił o możliwości wyboru sposobu porodu - za dopłatą czy też nie. Po prostu byłam w tym nowa.
Zdecydowałam się na wizyty na NFZ, pani w recepcji okazała się straszną jędzą, chodzącą do pracy jak za karę. Pamiętam sytuację, kiedy umawiałam się na wizytę, zazwyczaj mówiła ,między którymi godzinami przyjść. W tym wypadku 9-10, jeszcze zaznaczyła, żebym może wpadła chwilę wcześniej, to szybciej załatwimy KTG (wejdę pierwsza) i zaraz po konsultację z lekarzem. Miałam już dosyć duży brzuszek, siedzenie powyżej pół godziny sprawiało mi ból, a dodatkowo strasznie spuchłam. Tamtego dnia spędziłam w poczekalni w sumie 6 godzin. Pod koniec ledwo powstrzymywałam płacz. Może komuś się to wydać błahostką, ale w tamtym czasie dla mnie nie było, tym bardziej że to nie był pojedynczy przypadek. Denerwowałam się, gdy któraś z pań, przychodząc kawał czasu po mnie, dostawała wcześniejszy numerek, a ja jeszcze po jej wyjściu kwitłam, czekając na swoją kolej.

Poród zaczął się od odejścia wód, nie miałam skurczów, nie było rozwarcia. Rozumiem, że masaż szyjki nie należy do najprzyjemniejszych, jednak różnica między opryskliwą położną a lekarzem, który akurat miał dyżur, była kolosalna, dlatego też uważam, że można to było zrobić delikatnie, jeśli ktoś chciał. Problem w tym, że mało która z pracujących wtedy pań chciała. Komentarze, które w ogóle nie powinny mieć miejsca, na temat ślubu, którego nie mamy. W końcu zdecydowano się na cesarskie cięcie i do tej pory zastanawiam się, co by się stało, gdyby go nie zrobiono. Podczas zabiegu usłyszałam: „Jakby rodziła sama, to byśmy go połamali”. Zdaję sobie sprawę, że w ciągu doby trzeba wstać, ale zwracanie uwagi, że już powinnam skakać z rękami podniesionymi do góry również nie jest na miejscu, gdy przez ranę nie daję rady wyprostować ciała.

Uważam, że OBOWIĄZKIEM lekarzy i pielęgniarek jest być dla ludzi. Wybrali taki zawód, więc powinni ludzi szanować. Wiem, że nie każdy jest taki jak osoby z mojego wyznania, mam w rodzinie przynajmniej dwie osoby pracujące w służbie zdrowia, jednak przez jedną osobę mijającą się z powołaniem cierpi wizerunek ogółu.

#3EYCu

Szedłem sobie w nocy starówką, wracając do domu. Zaczepiło mnie trzech dresów słowami typu: „Zgubiłeś się?”, „Masz jakiś problem?”. Miałem przy sobie tylko wojskową legitymację, ale zachowałem zimną krew i zarazem zaryzykowałem. Otworzyłem ją, mówiąc: „Kolego, policja, daj sobie spokój lepiej, dobrze?”.
Przeprosili i się rozeszli. 
Uff...

#Z35nD

Moja mama załamała się po rozpadzie małżeństwa. Wszystko odbyło się w okropnej atmosferze, na tle zdrad i awantur. Staram się jej pomóc. Wożę do psychologa, próbuję prośbą i groźbą ją przekonać do zmiany zachowania. Ale wszystko na nic. Mama pije.
Uważa, że to jej życie, a ja nie mam prawa się wtrącać. Pije, bo chce, bo lubi i nie widzi w tym problemu. Mnie już brakuje sił. Widzę, że ją to niszczy. Przestała dbać o siebie, podupadła na zdrowiu, po alkoholu krzyczy i przestaje być sobą. To fajna babka, całkiem młoda. Ale nic do niej nie dociera.

#bIvhX

Jestem człowiekiem bardzo spokojnym, niekonfliktowym. Znajomi uważają mnie za empatycznego, lubię rozmawiać z ludźmi i jeżeli mogę, to nie odmówię pomocy. Jeszcze nie zdarzyło się, abym w czyimś towarzystwie przeklął lub doprowadził do kłótni. Zawsze powtarzam, że ludzkie złe zachowanie nie rodzi się znikąd i warto znaleźć jego źródło, by móc nad sobą pracować. 

Niestety, ale jest ktoś, kto sprawia, że staję się na chwilę demonem. Wystarczy tylko wspomnienie o tej osobie, a ja tracę nad sobą kontrolę. Wówczas nie poznaję siebie, ale inaczej nie potrafię. Syn siostry mojego ojca. Niegdyś chłopak z pasjami, dzisiaj dorosły menel, jakiego większość spotyka w parku, na dworcu, pod sklepem. Gdy był dzieckiem, jego rodzice woleli flaszkę i hazard. Dzięki mojemu ojcu zwiedził świat i miał się w co ubrać. Nigdy nie było nawet słowa „dziękuję”, za to kolejne roszczenia siostrzyczki mojego ojca. I kiedy jego rodzice coraz częściej oddawali się niszczącym uciechom, on coraz częściej spędzał czas między blokami. Szybko pojawiło się złe towarzystwo i chęć zaimponowania. Potem pierwsza kreska, następnie inne używki. Wtedy był jeszcze do odratowania. Moi rodzice od razu interweniowali, ale spotkali się tylko z wyzwiskami ze strony jego rodziców. Dosłownie usłyszeli, że mają nie wpychać nosa w nie swoje sprawy. Wraz z dziadkami jednak postanowili o chłopaka zawalczyć mimo wszystko. Znaleźli mu najlepsze ośrodki odwykowe, do których osobiście zawozili. Nie wyniósł żadnych lekcji z terapii, a rozwijająca się u niego osobowość dyssocjalna tylko pogarszała sytuację. Aby zdobyć dragi, okradał dziadków i mojego ojca. Potem zaczęły się większe kradzieże i wiadome konsekwencje.

Obecnie jego rodzice się go wyrzekli i wyjechali, a on sam terroryzuje psychicznie i fizycznie od lat moją rodzinę oraz robi piekło swoim synom. To człowiek bez żadnych hamulców, wyzbyty wszelkich uczuć. Niebieska karta w niczym nie pomaga. Kiedyś próbowałem być dla niego dobry, ale kilka lat temu coś we mnie pękło. Wówczas, gdy krzycząc w amoku do mojego ojca, życzył moim rodzicom i mi śmierci. A potem napisał to samo w liście. Od tamtego dnia nie mam kuzyna. Muszę jednak patrzeć, jak wyniszcza i poniża moich najbliższych. I nic nie mogę z tym zrobić. Mam związane ręce, ponieważ nikt nie potwierdzi moich zeznań o przemoc, a mnie osobiście nie tyka, więc z założenia nie jestem ofiarą. Za to jestem tym bezdusznym, który nie potrafi wybaczać. Wybaczałem wiele razy, ale już nie umiem. Czuję tylko lęk i obrzydzenie do niego. I może jestem bezduszny, ale są sytuacje, w których już nie można pomóc, gdy ktoś tej pomocy nie chce. Czasem człowiek musi sam odbić się od dna. I albo coś zrozumie i sobie pomoże, albo nie. I tak jest mi bardzo przykro.

#8MdMU

Myśleliście kiedyś, że jesteście złymi sąsiadami? Ja pewnie jestem gorszym, bo na jednej z imprez w mojej kawalerce kolega wyrzucił na balkon sąsiadów... sztuczną waginę. Była obrzydliwa, oślizgła, lepiąca się i wściekle różowa. Dalej nie mogę im spojrzeć w oczy, jak ich mijam, bo absolutnie nigdy nie przyznam się, że pozwoliłam na taki wybryk.

PS Leżała tam dwa tygodnie.

#dGHbv

Podobają mi się tylko starzy faceci. Nigdy nie miałam chłopaka-rówieśnika, nigdy na takich nie zwracałam uwagi w sposób, w który robiły to moje koleżanki. Zawsze widziałam i widzę w nich mojego brata. Katowanego przez ojca alkoholika, nałogowego palacza i choleryka. Brata, którego mimo tego, że jest starszy ode mnie o kilka lat, całe dzieciństwo przed tyranem broniłam ja. Mojego braciszka. Na widok takich chłopaczków po prostu uruchamia mi się jakiś instynkt kreowany przez lata. Chcę podświadomie im pomagać, a nie tworzyć związki romantyczne. W dojrzałych mężczyznach widzę natomiast pewien spokój. Tę stabilność, której nigdy nie zaznałam. Wzór faceta, którego ojciec znęcający się psychicznie nad całą rodziną mi nie dał. Ani nie dali dziadkowie, bo szybko zmarli. Ani nie dali wujkowe, bo wszyscy są podobnymi ziółkami do ojca. Nie dał nikt. Jak umawiam się z takim mężczyzną czy jestem z nim w związku, to czuję, że ktoś w końcu mnie słucha. Ktoś daje mi wolność, ktoś rozumie. A nie, tak jak ojciec, ciągle krzyczy mi w twarz, że nie mam nawet prawa do własnego zdania.

Chciałabym mieć odwagę powiedzieć o tym ludziom z mojego środowiska. Nie wiem czemu, ale bardzo się tego boję. Niedawno nawet wpadłam w oko znajomemu z roku, ale na propozycję randki usłyszał ode mnie, że wolę dziewczyny. Spanikowałam. Ale ludzie chyba prędzej zaakceptują to niż młodą dziewczynę w ramionach 50-latka.

Chciałabym po prostu być normalna i jak wszystkie dziewczyny na luzie rozmawiać o swoich drugich połówkach, a nie kryć się z miłością, bo ktoś jeszcze stwierdzi, że jestem jakąś utrzymanką.

#gY8QX

Pochwalę się, w jaki sposób wyhodowałam otyłość, a nuż komuś pomoże?

W gimnazjum wstydziłam się jeść drugiego śniadania na szkolnym korytarzu. Jakoś tak peszyła mnie obecność osób ze starszych klas gimnazjum i liceum (szkoła łączona). Teraz wydaje mi się to głupie, ale wtedy? Dramat. Wyciągnąć kanapkę i zjeść przy tak dużej grupie ludzi, chociaż wściekle burczało mi w brzuchu? A w życiu. Co zabawne, ani w podstawówce, ani w liceum takiego problemu już nie miałam – tak że nie była to raczej fobia jedzenia publicznie. Nie pomagało też moje towarzystwo. Miałam kilka koleżanek i wszystkie były szczuplutkie (ja zawsze byłam tłuściejsza, ale tragedii nie było). Zwłaszcza jedna chełpiła się, że prawie wcale nie je. Była z tego cholernie dumna, a ja się czułam gorzej. No bo jak to tak – miałabym przy niej zjeść bułkę, kiedy tamta była dumna ze swojej całodniowej głodówki? A w życiu. Dlatego jadłam w domu na zapas, żeby nie zgłodnieć w szkole. Na śniadanie miska płatków śniadaniowych z prawie połowy paczki? Kanapki z dwóch bułek + parówka z majonezem przed wyjściem? A jak! Idiotyczne, wiem, ale wtedy nie miałam pojęcia na temat odżywiania czy składników odżywczych, a kalorie? Wiedziałam, że istnieją i dobre rzeczy mają ich dużo. 
Jak wracałam ze szkoły, byłam strasznie głodna, często do tego stopnia, że aż bolała mnie głowa. Ja już nie jadłam, ja wręcz żarłam jak wściekła – taka porcja obiadowa, jaką jadał tata, batonik na deser, kanapka itd., bo nie mogłam się najeść. I bęc! +25 do wagi, które ciążą mi do dziś. ;)

Teraz, próbując już na poważnie ogarnąć swój sposób odżywiania (Hashimoto pozdrawia), widzę, jaką krzywdę zrobiłam swojemu organizmowi i nie dziwię się, że tarczyca się zbuntowała. Powolutku zmieniam dietę i patrzę, jak powolutku wagi ubywa. W najgorszym okresie obżarstwa miałam II stopień otyłości, a teraz mam „tylko” nadwagę i staram się dalej.

#nsBRk

Pewnie kojarzycie tak zwane biedronki azjatyckie, które chodzą po murach i pchają się do mieszkań? Są wstrętną podróbką prawdziwych, przyjaznych biedroneczek. Gryzą i zakładają w domach gromady. I tak próbowały zrobić i u mnie w pokoju.

Mimo że mam moskitiery, jakimś cudem te brzydactwa sukcesywnie właziły mi przez okno. Zaczęłam je zabijać, a potem zbierać. A to tak z ciekawości, licząc, ile ich jest. Nazbierałam ich kilkanaście i wrzuciłam do butelki po wodzie, która stała na biurku. Karma za chęć zabijania jednak powróciła do mnie bardzo szybko, bo podczas pracy, nie patrząc, wzięłam szybki haust wody z tej oto butelki. Dopiero gdy coś zaswędziało mnie w gardle, zorientowałam się, co jest grane. Poczułam ich strukturę i zapach.

Tak szybkiego „zwrotu” nie zaliczyłam nawet na najlepszych imprezach i od tej pory już się nie znęcam – zabijam od razu!

#HkWIv

Moja historia będzie taka, jaką niewielu lubi. Czyli bez happy endu i z morałem. Przeczytajcie jednak, może komuś się otworzą oczy, nim będzie za późno.

Miałem dziewczynę. Poznałem ją parę lat temu, zakochałem się znacznie wcześniej, niż miałem odwagę jej to wyznać. Dość wysoka, ale i tak niższa ode mnie akurat na tyle, że gdy stała przede mną, mogłem pocałować ją w czoło. Drobnej budowy, ale gdy trzeba było, zaskakująco silna, o uśmiechu i ognikach w oczach, które powodowały, że od razu i ja się uśmiechałem. Miała pasje, które rozwijała i była w nich naprawdę dobra. „Zeszliśmy się”, gdy zaczynałem trzeci rok studiów, ona pierwszy. Dla nas obojga była to wielka radość, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu. Troszczyła się o mnie, ale nie jak matka, tylko jak dziewczyna właśnie. Gdy mogła, pomagała mi przy projektach, bo chociaż zbyt wielkiego pojęcia o tym nie miała (ona medycyna, ja informatyka), to była na tyle inteligentna, że dawała mi dobre pomysły.

Sielanka trwała rok. Gdy zaczynaliśmy kolejny rok akademicki, ona przeniosła się dosłowni na drugi koniec Polski. Wynikało to z tego, że dostała się na studia stacjonarne, wcześniej była na niestacjonarnych. Nie przyjęli jej w naszym rodzinnym mieście, najbliższe było 400 km od domu. Obiecaliśmy sobie, że będziemy się widywać co tydzień, dzwonić co parę dni. Ja w tym czasie oprócz studiowania pracowałem.

Jak być może się domyślacie, niezbyt długo udało mi się dotrzymać obietnicę. Wracałem wykończony z pracy wieczorem, nie miałem siły się przygotowywać nawet na zajęcia, ani tym bardziej myśleć o niej. W weekendy coraz częściej spędzałem czas z kumplami, zamiast z nią (nie zabraniała mi się z nimi spotykać, nic z tych rzeczy), rozmowy też stawały się krótsze. Nie zauważałem, że ją tracę, ważniejsze było dla mnie zarabianie pieniędzy. Mówiłem sobie, że to na przyszłość, na nasz wspólny dom. Gdy ona zwracała mi uwagę na to, że się od siebie oddalamy, denerwowałem się, kilka razy wręcz ją wyzywałem. Pamiętam do dziś ten wielki smutek w jej oczach, wówczas nie obchodziło mnie to. Nie potrafiła na mnie nakrzyczeć, a logiczne argumenty nie docierały do mnie.

Aż pewnego dnia, gdy się spotkaliśmy na parę godzin (ona więcej spędziła na jechaniu do mnie, teraz dopiero to widzę) powiedziała, że nie może tak żyć i kończy ten związek i znajomość, bo sprawia jej znacznie więcej bólu niż radości. Najpierw oniemiałem, potem znów ją obraziłem, a na koniec myślą było „teraz mam więcej czasu na pracę”. Tak, na pracę, która przestała mieć dla mnie sens poza zdobyciem kwalifikacji.

Panowie i panie, uważajcie na swoje drugie połówki. Być może właśnie teraz pracujecie na to, żeby je stracić, nie widząc tego. A tak wyjątkowych ludzi, z jakimi jesteście, możecie już nigdy więcej nie spotkać.

#3ZQd1

Od roku mieszkam w dużym mieście na zachodzie Polski, ale do tego czasu wychowywałam, uczyłam się i pracowałam w małej miejscowości, gdzie cztery lata temu wzięłam ślub – i o nim ta historia.
Mam kuzynkę, która od zawsze była wobec mnie złośliwa, ale gdy dowiedziała się o ślubie, z niewiadomych dla mnie przyczyn sądziła, że będzie jedną z moich druhen. Ja jednak na druhnę wybrałam moja młodszą siostrę i najlepszą przyjaciółkę. Siostra ostrzegała mnie, że kuzynka coś odwali – i miała rację.

Moi rodzice mieszkali dosłownie pięć minut od kościoła, dlatego szykowałam się do ostatniej chwili, kiedy goście zaczęli już zbierać się w kościele. W domu ja, siostra i moja przyjaciółka, gdy nagle do siostry przyszła wiadomość i zdjęcie, jak Aśka w białej, długiej sukience wchodzi do kościoła... Ja w płacz – to nie była sukienka z białymi dodatkami czy np. do kolan, ja miałam skromniejszą sukienkę ślubną. Mamy wychodzić, a tu takie coś... Wtedy moja kochana siostrzyczka wpadła na pomysł, abym ja ubrała sukienkę niebieską. Była piękna, ale na ślub? W końcu mnie przekonała, a ona i przyjaciółka przebrały się w białe sukienki.

Powiem tak: zdjęcia wyszły pięknie, a mina kuzynki warta wszystkiego :)
Dodaj anonimowe wyznanie