#a2ilQ
Dobre ćwierć wieku temu moja mama zdradziła mojego „tatę”, a owocem tego jestem ja. Historia bez fajerwerków? No niestety nie do końca. Ani moja mama, ani „tata”, ani rodzeństwo, ani nikt inny nie wie, że ja wiem. Zresztą, z tego co wiem, „tata” również nie wie o wybryku mamy. Najlepsze w tej historii jest to, że wiem, kim tak naprawdę jest mój biologiczny ojciec, a jest nim człowiek, którego całe życie uważałam za najlepszego „wujka”, który zawsze mnie traktował inaczej niż resztę rodzeństwa. Jako dziecko nie widziałam w tym niczego podejrzanego, może po prostu mnie bardziej lubi? Z czasem zaczęłam się zastanawiać, skąd ta wzmożona sympatia. Kilka zasłuchanych przypadkiem rozmów, znalezionych starych pożółkłych listów, skojarzonych faktów i nagle wszystko stało się jasne – jest moim ojcem.
Czasami nie wiem już jak mam się w jego towarzystwie zachowywać, jak rozmawiać. Nie wiem co mam robić, czy wykrzyczeć wszystkim, że znam całą prawdę i rozwalić tym rodzinę, i co mi to da? Czy do końca życia udawać, że o niczym nie wiem i brnąć w udawanie kochającej się rodziny i wpadającego i dzwoniącego od czasu do czasu wujka? Sytuacja jest raczej z tych beznadziejnych. Ech, życie.
#2w7bV
Nawet nie pomyślałem, że chodzi o „pieprz” i „sól”.
#4HnG0
Ostatnio (nie wiem w ogóle dlaczego i jakim cudem) śniło mi się coś dziwnego i pamiętam tylko tyle, że krzyczałam do jakiejś koleżanki „No obciągnij mu!”.
Kiedy się obudziłam, zdałam sobie sprawę, że moja mama mogła to słyszeć... Po śniadaniu zapytała mnie, czy miałam dzisiaj jakiś sen, bo krzyczałam w nocy. Ja (szybko myśląc, jak się tutaj uratować) odpowiedziałam tylko:
- A, no tak! Całą noc śniła mi się ta matma i pamiętam, że nawet krzyczałam „No oblicz ciągi!”.
Wybrnęłam :D
#ZsQNa
I tak oto kiedyś obudził mnie krzyk wołający „Rysieeek!”.
Zbyt przejął się śmiercią Ryśka po oglądaniu „Klanu”.
#NKhYw
#CC4QW
#2Iofs
Z biegiem lat było coraz gorzej, okres miewałam co trzy miesiące. Mimo to nie miałam problemów z zajściem w ciążę. Podczas badania USG w połowie ciąży okazało się, że mam sporego mięśniaka na macicy. Nie zagrażał dziecku, ale lekarz kazał to kontrolować. Dziecko urodziło się zdrowe, a ja po porodzie szybko doszłam do siebie. Gdy dostałam pierwszego okresu po takiej przerwie byłam przerażona, lało się ze mnie przez ponad tydzień i tak było już co miesiąc-dwa, ale na USG poza mięśniakiem lekarze nic nie widzieli. Z czasem przez to wszystko nabawiłam się anemii, a każdy okres to była droga przez mękę. Padałam ze zmęczenia, nie byłam w stanie zajmować się dzieckiem ani nic zrobić. Dostałam leki i miało być lepiej. Jestem aktywna zawodowo, więc jak tylko zbliżają się te dni, łykam leki przeciwbólowe i daję radę. Dzieckiem oczywiście też zajmuję się najlepiej jak mogę.
Wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt, że mój mąż zaczyna wtedy ostentacyjnie sprzątać całe mieszkanie, mówiąc: „Idź się połóż, ja wysprzątam mieszkanie i zajmę się dzieckiem, a potem zarwę nockę i dokończę pracę” i ciężko wzdycha. Tłumaczę mu, że nic się nie stanie, jeśli posprzątamy razem jutro i podzielimy się obowiązkami, bo dziś nie dam rady. Ale jest nie, bo mieszkanie trzeba posprzątać dziś. Czasem zgodzi się na podział obowiązków, np. on posprząta łazienkę, a ja następnego dnia kuchnię, ale i tak później sprząta jedno i drugie i wyrzuca mi, że tylko on tu sprząta. Od czasu do czasu proszę go, żeby zabrał dziecko na spacer, bo ja nie wyjdę dzisiaj z nimi, bo źle się czuję. Odpowiedź zazwyczaj brzmi: „Dobrze, ja zrobię wszystko, a ty sobie leż” ze złością w głosie.
Mam tego dość. Chciałabym przestać umierać co miesiąc i mieć normalne życie.
#FnIqD
Jak byłem dzieckiem, to myślałem, że jak się wyłączy telewizor, to ten program, co właśnie leciał się zatrzymuje i czeka, aż znów ktoś włączy telewizor i wtedy leci dalej :-)
#YRPQb
Wprowadziły się u mnie do pięknej, wielkiej klatki ze wszystkim, czego taka kawia domowa może chcieć, jednak po dwóch dniach od przybycia z największego prosiaczka zaczął wychodzić diabeł. Świnka ciągle piszczała i krzyczała, nie można było jej uspokoić. Wizyta u weterynarza nic nie dała – była zdrowa. Późnym wieczorem rzuciła się na współlokatorki, zaczęła je gryźć i drapać. Uwierzcie – w życiu nie widziałam aż tak wściekłego zwierzaka. Zabrałam ją z klatki i do późnej nocy próbowałam uspokoić. Gryzła moje ręce, nie pozwalała się dotknąć, gruchała ostrzegawczo i pokazywała, że to ona jest tutaj „samicą alfa”. Kiedy w końcu wyglądała na bardziej zrelaksowaną, postanowiłam zaryzykować i włożyć ją z powrotem do klatki, jednak znowu atakowała współlokatorki. Zrezygnowana wyjęłam ją, usiadłam na łóżku, a buntowniczka zakopała się pod kołdrę. Ja tymczasem siedziałam, myślałam nad rozwiązaniem problemu i... obudziłam się nad ranem, a cały widok zasłaniała mi puchata kulka wtulona w moją twarz. Świnka otworzyła oczy, ziewnęła z pretensją i przekręciła się na drugi bok. Spała jak zabita jeszcze pół godziny, na śniadanie zjadła solidną sałatkę warzywną i od tamtego czasu „diabeł” wyprowadził się z niej na amen.
Jak widać, każdy potrzebuje troszkę miłości i snu w wygodnym łóżku ;)