#ANFol

Hmm... Nie mam szczęścia w miłości.

W podstawówce kochałam się w nauczycielu od muzyki.
W gimnazjum w nauczycielu od chemii.
Na studiach był wykładowca, który za każdym razem ulewa 1/3 studentów na roku, a teraz jest ksiądz...

Boże, daj mi w końcu jakiegoś „osiągalnego”, bo wyżej wymienieni są zajęci lub żyją w celibacie, a ja wiecznie piękna i młoda nie będę.

#2T9Nl

Czuję się mega samotna.
Moja mama szła do ciotki, siostra do chłopaka, tata na mecz do kolegi. Ja powiedziałam, że idę na imprezę. Wymalowałam się, ubrałam, ogólnie zebrałam, wyszłam i kiedy wiedziałam, że nikogo nie będzie w domu, wróciłam do niego. Dlaczego? Impreza się odbyła, ale ja nie zostałam na nią zaproszona. Ja jedyna z całej klasy. Nie mam z nikim żadnych spin. W sumie to było tak, że jedna najbardziej życzliwa dziewczyna w naszej klasie zapytała się, w czym idę, ja nie wiedziałam o co chodzi, to mi powiedziała o imprezie. Cała w skowronkach wróciłam do domu ze szkoły i powiedziałam całej rodzinie, że w sobotę idę na imprezę. Nigdy nie byłam na żadnych urodzinach ani nic tego typu prócz rodzinnych. Moja mama się cieszyła i nawet powiedziała, że z tej okazji pojedziemy na zakupy.
Na następny dzień w szkole widziałam, że chłopaki opieprzają tamtą życzliwą dziewczynę. Za chwilę podeszła do mnie cała czerwona i powiedziała, że impreza jednak została odwołana. OK, trudno, smutno, ale co zrobisz. Tego samego dnia jak byłam w WC słyszałam, jak rozmawiały koleżanki z mojej klasy. Byłam w kabinie, a one nie wiedziały, że tam jestem. Zaczęły rozmawiać o zakupach, aż nagle zaczęły gadać o tej pieprzonej imprezie, w co się ubiorą itp. Nagle jedna zapytała drugą, kto nie idzie. Odpowiedziała, że wszyscy się zdeklarowali, oprócz tej niezaproszonej – to było o mnie... Zaczęły się ze mnie śmiać i wyszło, że było już sporo takich akcji.

W domu nie miałam odwagi przyznać się do tego, co się stało, dlatego odwaliłam tę całą szopkę. Oczywiście poszły bajki, jaka to impreza nie była cudowna. Powiedziałam, że nie mam zdjęć, bo mi się telefon rozładował.
Nie wiem dlaczego oni mnie tak traktują. Ściska mnie na myśl, że jeszcze dwa lata  codziennie będę patrzeć na te fałszywe twarze.

#4wRDe

Gdy byłam młodsza, bardzo często pojęcie „kokaina” myliło mi się z „kofeina”. Zwyczajnie myślałam, że to jedno i to samo. W telewizji oczywiście wiele słyszało się o narkotykach, ich szkodliwości, nie rozumiałam czemu mimo tego, że „kokaina” jest nielegalna, to dorośli piją ją w kawie. Nie omieszkałam się też pochwalić mojej wychowawczyni, że mama bierze „kokainę”, i to kilka razy dziennie... Na szczęście kobiecina była stara i przygłucha, nie do końca interesowało ją to co gadałam, ale boję się do dziś co by było, gdyby jednak zwróciła na moje słowa większą uwagę :)

#bCjkw

Od małego byłam bardzo zżyta ze swoim dziadkiem. Dostałam nawet imię po swej babci, a jego żonie. Co niedzielę jeździłam z rodzicami i rodzeństwem w odwiedziny do nich. Zawsze dostawaliśmy coś słodkiego lub drobne pieniądze.
W 2010 roku zmarła moja babcia. Dziadek bardzo to przeżył, zresztą ja też. Po tym zdarzeniu starałam się przyjeżdżać do niego częściej.
Po kilku latach okazało się, że dziadek ma raka trzustki i zostały mu tylko jakieś 3-4 miesiące życia. Szpital, badania, leki, operacje... Wszystko na nic. Choroba postępowała, ból był bardzo silny. Codziennie odwiedzałam dziadka, rozmawiałam z nim, po 2-3 godzinach wracałam do domu. Żegnając się z dziadkiem, widziałam wdzięczność w jego oczach. W towarzystwie drugiej osoby łatwiej mu było znieść dolegliwości.
Raz w szpitalu grałam na telefonie, zamiast porozmawiać z dziadkiem. Niczego teraz bardziej nie żałuję... Wtedy widziałam go po raz ostatni, bo potem zachorowałam i nie chciałam, by się zaraził. Dziadek zmarł po 6 miesiącach walki z nowotworem. Żył dłużej, niż przewidywali lekarze.
To było ponad rok temu. Do tej pory wyrzucam sobie, że nie porozmawiałam z dziadkiem, że wolałam durny telefon, a nie jego. Dziś oddałabym wszystko, byleby tylko go przytulić.

#9cW2l

Jako małe dziecko miałam bardzo bujną wyobraźnię i wiele rzeczy brałam dosłownie...

Co niedzielę chodziłam (głównie z mamą) do kościoła. Zadawałam sporo pytań, szczególnie jeśli chodzi o wiarę. Mama mi opowiedziała, że Jezus jest wśród nas cały czas, a szczególnie jak przyjmujemy Komunię Świętą. Tak że uświadomiłam sobie, że podczas mszy ksiądz zamknął Jezusa w „budce na końcu kościoła” (chodziło mi o tabernakulum) i ten tam sobie siedzi cały czas. Na dodatek podchodząc z mamą do Komunii, będąc blisko księdza, słyszałam słowa: „Ciało Chrystusa”, więc moja mała mądra główka uświadomiła mi, że biedny Jezus, który siedzi sobie w maleńkim pomieszczeniu, ucina sobie kawałki swojego ciała i daje je ludziom do jedzenia. A ci ludzie przychodzą do ławek i płaczą (myślałam, że płaczą, gdy mieli zasłonięte oczy dłońmi), ponieważ to ciało Chrystusa jest niedobre i strasznie im nie smakuje.

#dcx9i

Krótka historia o tym, jak to w moim komputerze wytworzyło się coś na kształt sztucznej inteligencji.

Zdarza się, że w moim komputerze czasem coś buczy w środku (zasilacz, wiatraczki do wentylacji różnych części, te sprawy). Przykładam wtedy zawsze rękę do boku obudowy w celu stłumienia dźwięku i buczenie ustaje. Trochę dziwiło mnie, dlaczego ów hałas nie wznawia się, gdy po paru sekundach odsunę rękę z powrotem, ale jakoś mnie to nie martwiło – żartowałem sobie w myślach, że komputer buczy, żeby go pogłaskać, a potem zadowolony przestaje. Co ciekawe, gdy ostatnio komputera używał mój brat i zrobił dokładnie to samo co ja, komputer nadal buczał. Przestał dopiero, gdy sam ruszyłem się i go „pogłaskałem”. Więc cóż, mój komputer chyba wytworzył jakąś sztuczną inteligencję i rzeczywiście buczy z tęsknoty, dopóki to właśnie ja go nie pogłaszczę. ;)

PS Nie, ja i mój komputer nie jesteśmy parą i nie mamy gromadki małych cyborgów. :P

#M9ljH

Jestem jedynaczką. Moi rodzice starali się o więcej dzieci, ale nie wyszło. I tu wchodzi genialna metoda wychowania – rodzice nie chcieli, bym była egoistką, więc co tylko upodobałam sobie jakąś zabawkę, od razu mi ją zabierali i dawali innym dzieciom. Kiedyś znalazłam ukochanego misia i ukrywałam go, wiedząc, co zrobią rodzice. Pewnego dnia nakryli mnie i siłą wyrwali mi go z rąk. Tak było zawsze, odkąd tylko skończyłam 3 lata. Za każdym razem płakałam, ale nie mogłam nic zrobić.

Oni zniszczyli mi dzieciństwo, odebrali mi radość życia. Teraz już nie umiem się cieszyć, nie umiem czegoś, a nawet kogoś polubić, po prostu nie potrafię. Nie mam partnera, gromadki znajomych, mieszkam sama i mam 25 lat. Do rodziców się nie odzywam, bo kiedy ostatnio zadzwoniłam, to ojciec mnie wyzwał, bo to przeze mnie nie mogli mieć więcej dzieci.

Dzięki za wsparcie, tato.

#1QCIk

Jestem kosmetologiem z długoletnim doświadczeniem. Odkąd pamiętam zawsze rodzina, a zwłaszcza ta damska jej część, prosi o porady lub diagnozy. Ogólnie, co ja mogę powiedzieć, gdy ktoś siedzi w makijażu przy przygaszonym świetle? No nie za dużo. Tłumaczyłam to wszystkim ciotkom, że zapraszam do mnie do gabinetu na bezpłatną konsultację. Tam mogę ewentualnie doradzić i pomóc. Żadna oczywiście nigdy nie przyszła, a pytania o diagnozę nadal trwały. Pewnie wiecie jak to jest, gdy po pracy ktoś usilnie próbuje z wami rozmawiać na ten temat. No nie chce się. Ja po pracy też nie chcę o niej za dużo myśleć, a zwłaszcza podczas jakichś rodzinnych imprez. A ciotki potrafiły przynosić nawet własną pielęgnację i pytać, czy to aby na pewno dobre.

Pewnego razu wkurzyłam się już i na imprezę rodzinną wzięłam lampę Wooda, lampę z lupą i ogólnie kilka innych przydatnych artefaktów. Po kolei każdą zmywałam i ustalałam błędy w pielęgnacji, w diecie, problemy skórne, rozmieszczenie i głębokość zmarszczek... Ogólnie wszystko bardzo kompleksowo. W końcu miały to, czego chciały. Poświęciłam na to cztery godziny, każdej rozpisałam plan zabiegowy, z zaznaczeniem, że nie musi tego robić nawet u mnie (coby nie było, że naciągam na kasę).

Wszystkie ciotki, kuzynki itp. obraziły się śmiertelnie, chyba dlatego, że im nie powiedziałam, że skórę to mają fantastyczną, a „Biały Jeleń” to najlepsze oczyszczanie twarzy. Masakra po prostu. Nigdy nie widziałam, żeby były tak niezadowolone. Wytykałam im wszystko, co zauważyłam, każdą najmniejszą bruzdę, najmniejsze naczynko. Plany zabiegowe wstępnie kosztowały po 20 tysięcy, a jeszcze mówiłam, że to może być mało. Oczywiście we wszystkim była duża przesada.

Skutek? Nikt mi już kremów nie przynosi, nie pyta się, czy aby dałoby się usunąć tę zmarszczkę, czym się różni botoks od wypełniacza itp. W końcu mam spokój.

#57wlu

Układałam kiedyś pytania na kolokwium zaliczeniowe z jednego przedmiotów na kierunku ścisłym. Kolokwium zostało przeprowadzone zdalnie, gdyż był to okres szczytu zachorowań na COVID-19. Studenci pisali kolokwium za pomocą platformy, która umożliwia generowanie losowo zadań z podziałem na różne zestawy. W jednym zadaniu obliczeniowym zmieniłam celowo niektóre dane liczbowe, aby ograniczyć kanały komunikacji wśród studentów. Treść zadania była w zasadzie taka sama, ale z innymi liczbami. Sprawdzając jedną pracę, byłam zdziwiona, że studentce wyszedł inny wynik, niż wynikałby z jej wersji kolokwium. Na stronie platformy wyświetlał się zestaw każdego studenta i jego odpowiedzi. Okazało się, że takie samo rozwiązanie (przepisane co do zawartości) było u innej studentki, mającej w swojej wersji kolokwium inne dane liczbowe. Jedna studentka przepisała rozwiązanie od drugiej, nie zważając, że ma inne dane. Za swoje zadanie otrzymała zero punktów. W zasadzie byłaby to podstawa do unieważnienia kolokwium, bo dowód niesamodzielnego pisania pracy był jednoznaczny, jednak kolokwium napisała na tyle słabo, że i bez tego otrzymała ocenę niedostateczną.

Studenci traktowali nauczanie zdalne jako wygodę, a nie jako konieczny okres przejściowy. Nie wyobrażam sobie absolutnie studentów kierunków ścisłych i inżynieryjnych po kształceniu zdalnym. Sytuacja wróciła do stanu sprzed pandemii, jednak braki w kształceniu widać już na każdym etapie edukacji.
Dodaj anonimowe wyznanie