Jestem Marek. Wszyscy uważają mnie za miękką faję i nieudacznika, nawet mój własny ojciec.
Na pierwszym roku studiów wróciłem do domu z podbitym okiem. Okłamałem mojego ojca, mówiąc, że wdałem się w bójkę.
Tak naprawdę zostałem pobity... na kole naukowym.
Kiedyś w pracy ciągle ktoś wypijał moje mleko do kawy. Nie pomagały kartki czy opisy. Któregoś dnia miarka się przebrała... Naszczałem do kartonu, uzupełniłem odrobiną mleka i dodatkowo zabieliłem śmietanką w proszku, a później czekałem na każdej przerwie i obserwowałem, kto się na to mleko skusi. Następnie się rozkoszowałem chwilą, w której obserwowałem, jak dwie różne osoby, babka i koleś, wlewają do swoich kaw moje szczyny, a później to piją.
Smacznego, sępy.
Pracowałam w salonie gier – głównie był on dla dzieci, ale dla nastolatków czy dorosłych też się parę gier znalazło, jak np. cymbergaj.
Oto parę zdarzeń, które mnie rozbroiły:
1. Dorosły facet przyszedł sobie pograć na minikoszykówce (maszyna daje 4 małe piłki, trzeba trafić nimi do kosza, wtedy uzyskuję się punkty). Po skończonej grze gościu zabiera sobie jedną piłkę pod pachę i wychodzi. Podchodzę do niego i się pytam dlaczego zabiera piłkę i kradnie. Gościu nawet się nie zawstydził, jeszcze się oburzył, że tak nie można robić. WTF?
2. Jedna z gier się popsuła. Wyłączyłam ją, zawiesiłam na niej dużą kartkę A4 z napisem „AWARIA”, dodatkowo zakleiłam miejsce, gdzie wrzuca się żetony kartką, również z napisem „AWARIA”. Przyszła kobieta z dzieckiem. Patrzy na tę maszynę, patrzy i co robi? Odrywa tę kartkę i wrzuca żetony... Oburzona, że gra się nie włączyła.
3. Przyszła babcia z wnuczkiem (na oko 7 lat). Do wygrania były m.in. bransoletki z Adidasa, Nike, Pumy w przeróżnych kolorach, od jednolitych kolorów po różne miksy. Dziecko wybrało sobie bransoletkę w kolorze tęczy. I teraz do akcji wkracza babcia: „Co ty, gej jesteś? Żeby tęczę wybierać?!!! Weź czarną albo niebieską, a nie taką gejowską!!!”.
No mnie kopara wtedy opadła...
Z serii – wspomnienia z dzieciństwa.
Było lato, kiedy nasza klasa wybrała się na lody. Ja wzięłam sobie waniliowego (czyli białego). Usiedliśmy wszyscy przy stolikach i cieszymy się smakiem lodów. Nagle patrzę, że coś białego mi na bluzkę spadło. Myślę sobie – „a, to tylko lód”.
Jak można się domyślić, to nie był lód. Zlizałam gówno ptaka...
Poczuliście kiedyś takie zniesmaczenie do lodów? Ja tak.
Streszczając: oglądaliśmy na lekcji filmik, na którym był pokazany poród w całej swojej naturze. Było widać wszystko.
Było kilka komentarzy, niektórzy odwracali wzrok - nic dziwnego.
Za to był jeden taki chłopak u nas w klasie, który z nikim nigdy nie rozmawiał, nazwijmy go X, nie był po prostu lubiany i można powiedzieć, że był zwyczajnie dziwny. W trakcie oglądania tego filmiku kolega z ławki szturchnął mnie w nogę i pokazał w stronę X, który siedział na samym tyle klasy i...
Masturbował się.
Miał spodnie ściągnięte i po prostu jakby nigdy nic robił sobie dobrze.
W klasie wtedy było ciemno, jak to wiadomo na tych dzisiejszych tablicach ogląda się lepiej jak jest ciemno, więc wątpiłam, że ktoś oprócz nas zauważył... Do czasu, aż z kolegą nie odwróciliśmy się z wielkimi oczami w stronę nauczycielki, która wyszeptała jedynie "Wiem".
Nic z tym nie zrobiono, szczerze mówiąc gdybym była na miejscu nauczycielki, to bym nie wiedziała co z tym zrobić.
Od początku 2020 pracowałam w Wojewódzkim Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, zajmowałam się programem Czyste Powietrze przy dziale komunikacji z klientem, ale również komputerową bazą danych. Wyjaśniałam, jak należy przystąpić do programu, pomagałam objaśnić wszystkie kroki. Jednym z nich była niezbędna likwidacja pieca na źródło stałe niespełniające minimum klasy 5.
Wielu klientów decydowało się na pellet oraz ekogroszek, ale też nie brakowało zainteresowanych ocieplaniem na gaz. Dobrze mi się pracowało. Niestety ostatnio głównie dzwoniły osoby rozwścieczone, które musiały koniecznie wyrzucić frustrację na miejsce, w którym dokonywały kwalifikacji do inwestycji. Naprawdę mi ich wszystkich żal, ja sama też ucierpiałam w wyniku tego, do czego doprowadził nasz rząd. Tylko ja jakoś sobie poradzę, a sporo naszych beneficjentów pochodziło ze wsi, małych domów sięgających pamięcią czasy II wojny światowej, a w nich starsze osoby, niekiedy takie, którym nikt nie mógł pomóc przy wypełnianiu wniosków. Współczuję im, ale padały w moją stronę wyzwiska, tak jakbym była bezpośrednio odpowiedzialna za to, co się dzieje. Nie wytrzymywałam psychicznie. Pewnego dnia rozpłakałam się w pracy, a na następny dzień złożyłam rezygnację. Pożegnałam się ze wszystkimi, ale nie próbowali mnie namawiać, bym została, widzieli, jak to przeżywałam. Pomyślałam, że jakoś odpocznę i znajdę sobie inną pracę, która nie będzie miała związku z polityką w jakimkolwiek stopniu, ale gdy chciałam podjąć pracę w markecie, zaczął mi towarzyszyć niekontrolowany strach. Wyszło na to, że obecnie wymagam wizyt z psychiatrą.
Obecnie zaczynam leczenie lekami na zaburzenia lękowe. Mam nadzieję, że pomogą mi, bo chcę pracować wśród ludzi.
Dobrych dziesięć lat temu odbył się w Polsce koncert znanego rockowego zespołu. Prawdziwej legendy, dinozaurów, którzy na nogach trzymają się tylko i wyłącznie dzięki regularnym transfuzjom krwi i pierwszorzędnej jakości kokainie. W tamtym czasie z gotówką u mnie było krucho, pomieszkiwałem po znajomych, trochę włóczyłem się po kraju szukając swojego miejsca. Mniejsza z tym - ten koncert był czymś, czego odpuścić nie mogłem. Brak forsy zmusił mnie do improwizowania.
Nie miałem nic do stracenia. Spakowałem plecak i poleciałem na miejsce imprezy. Budynek otoczony był wysoką, kilkumetrową siatką, a przy wszystkich bramkach stali bileterzy. No, nic. Akurat się zmraczało. Obszedłem obiekt dookoła i znalazłem miejsce trochę ukryte przed oczami ochrony. Przerzuciłem plecak, wlazłem na siatkę, na górze nadziałem się moszną na pręt, straciłem równowagę i zleciałem. Na szczęście na drugą stronę. Pozbierałem się do kupy i kuśtykając podbiegłem na parking, przycupnąłem sobie za jakimś autem i z plecaka wyciągnąłem starą pamiątkę po czasach, gdy pracowałem jeszcze na giełdzie samochodowej - przetyraną, pomarańczową kamizelkę z napisem "Obsługa".
Uwierzcie lub nie, ale nie tylko wszedłem do sali, ale i bez problemu wbiłem się na najlepszy sektor. Po prostu szedłem bardzo energicznym, pewnym krokiem, patrząc się przed siebie i robiąc wrażenie kogoś bardzo zapracowanego.
Gdy już byłem pod sceną i czekałem na początek imprezy, poczułem na ramieniu ciężkie łapsko. Odwróciłem się i zobaczyłem wielkiego, wąsatego ochroniarza, który mógłby być moim dziadkiem. Wielkim, umięśnionym i bardzo surowym dziadkiem.
Bezceremonialnie zostałem wyprowadzony przed salę. Gdy byliśmy już sami, facet mnie puścił, a następnie odpaliwszy papierosa rzekł:
- Tak sobie patrzę w monitoring i widzę, że ty niezły miszyn imposybl odpierd@lasz... Najpierw zj#bałeś się z płotu niczym jakiś ninja, potem ten numer z kamizelką. Nieźle, nieźle.
Myślałem, że zaraz zawoła resztę ochrony i zostanę wywalony na ząbki. A jednak nie.
- W 1967 roku... - kontynuował dziadek - ...kiedy Rolling Stonesi grali w Sali Kongresowej, byłem w twoim wieku. Nie miałem forsy, biletów oczywiście już nie było. I wiesz co? Musiałem, kur#a, udawać ciecia i biegać po korytarzu ze ścierką, żeby nikt się nie zorientował, że jestem tylko gówniarzem, który kocha rocka. Idź, młody, bo zaraz się koncert zacznie.
To był najmilszy gest, jaki ktoś w stosunku do mnie uczynił. A ten koncert zapamiętam do końca życia! Dziękuję, ci panie "dziadek"! :)
Jestem pielęgniarką na oddziale onkologicznym. Parę lat temu mieliśmy na oddziale 45-letniego pana Marka, który miał dwóch nastoletnich synów i 22-letnią córkę. Cała rodzina, na czele z żoną, siedząc przy szpitalnym łóżku, nie kryła rozpaczy. Wyjątkiem była właśnie ta młoda, śliczna dziewczyna. Tuż przed wejściem do sali na jej twarz wstępował uśmiech; żartowała z ojcem, przekomarzali się, było widać, że łączy ich naprawdę cudowna więź. Tak było aż do dnia, gdy stan naszego pacjenta gwałtownie się pogorszył; lekarze dawali mu co najwyżej kilka dni. Wieczorem, gdy przechodziłam obok pokoju, w którym leżał, usłyszałam płacz i słowa, które do dzisiaj brzęczą mi w głowie „Przecież miałeś mnie kiedyś poprowadzić do ołtarza, jak możesz się tak wymigiwać? Co, nie chcesz widzieć, jak jakiś błędny rycerz porywa ci twoją księżniczkę?”. Po wejściu do dyżurki rozryczałam się jak bóbr.
Wiecie co się stało następnego dnia? Cud. Ten sam człowiek, który zdążył się już wyspowiadać „w razie co”, nagle zaczął tryskać energią. Dwa miesiące później wyszedł ze szpitala. Niecałe półtora roku po otrzymaniu wypisu dotrzymał słowa – poprowadził swoją księżniczkę do ołtarza. Zmarł dwa miesiące później.
Pracuję za granicą w hotelu. Moimi przełożonymi jest polskie małżeństwo mieszkające tam już paręnaście lat i ich kumpelka. Ten koleś chodzi po pokojach, z których wyjeżdżają goście przed nami, osobami sprzątającymi, i zabiera napiwki, które nam zostawiają goście, więc czasem urządzam sobie wyścig, żeby być przed nim :D Ja wprost nie powiedziałam mu, że wiem, że on to robi, no bo to kolesiostwo między nimi, ale no umówmy się, każdy normalny by się skapnął. Ale to jest jeszcze nic. Jak znajduję alkohol zostawiony w pokojach, np. butelkę z łykiem czy dwoma wódki albo wina, i zostawiam je w kantorku, żeby zanieść na koniec dnia na bar do śmieci ze szkłem, to w magiczny sposób akurat te butelki również znikają i na koniec dnia zostaje tylko puste szkło.
Chyba w odwecie zacznę dolewać do butelek od wódki wody do połowy i tak zostawiać. To będzie cicha wiadomość ode mnie, że wiem, co ten frajer wyczynia.
Swego czasu bardzo często bywałam u dentysty. Pewnego dnia, gdy siedziałam już na fotelu (leczone były jedynki) po skończonym zabiegu, dentystka kazała wypluć mi całą zgromadzoną wodę i ślinę. Jako iż byłam otępiona z bólu, nie myśląc, tak jak siedziałam wyplułam wszystko przed siebie... Ja cała mokra, fotel również.
Dentystka owszem, kazała mi wszystko wypluć, ale do tego zlewu, który był obok... Nigdy nie zapomnę jej zszokowanej miny.
To była moja ostatnia wizyta u tej pani ;)
Dodaj anonimowe wyznanie