Anonimowa historia o tym, jak łatwo jest stracić przyjaciela.
Zaczęło się to już wiele lat temu. Mój przyjaciel, niestety, rozwiódł się z żoną. Całość przebiegła bez większych dram. Ot, rok chodzili na terapię małżeńską, aż ona stwierdziła, że wcale to nie pomogło. Zostawiła mu ich wspólne mieszkanie, wyprowadzając się do swojego mieszkania (po rodzicach).
Mój przyjaciel, powiedzmy Daniel, ciężko to znosił. Popadł w dystymię, chodził po psychiatrach. Z racji że naprawdę było mi go szkoda, jak i z faktu, że zwyczajnie bardzo go lubiłam, nieraz robiłam mu zakupy czy pomagałam w jakichś mniejszych czynnościach w domu. Nawet po sylwestrze wraz ze znajomymi posprzątaliśmy cały salon, kiedy jeszcze spał, zostawiając miłą niespodziankę. Tak samo staraliśmy się organizować mu większe urodziny, aby wiedział, że nie jest sam. Z czasem Daniel postanowił wrócić do swojej matki, a mieszkanie oddał bratu. Ode mnie był spory kawałek, ale i tak starałam się być dwa-trzy razy w tygodniu.
Nie wiem nawet kiedy dokładnie, ale zaczął oglądać filmiki na YT. Wszystkie można podsumować tak:
– spiski
– uuuu, kobiety są złe
– oczywiście, że tylko ty byłeś ofiarą.
Z początku zaczęło się niewinnie, od rzucania uwag w stylu „heh, bo KOBIETY”. Z czasem zaczęło się to zmieniać w biadolenie „bo żadna kobieta mnie nie chce, a nawet jakby chciała, to i tak one są toksyczne i mnie skrzywdzi”. Raz nawet przypomniałam mu, że ja też jestem kobietą, ba! i ja, i nasza wspólna przyjaciółka miałyśmy nieprzyjemność bycia w związku z toksykami, jednak nie uważam, że to wina mężczyzn. Naprawdę starałam się prowadzić dialog, byłam nawet z nim przy uśpieniu jego zwierzaka, żeby nie musiał tego przeżywać samemu. Widziałam, jak mu było ciężko, mi zresztą też, bo lubiłam jego zwierzaka. Wyciągałam go na spacery (sam wspominał, że z chęcią by powiedział nasze miasto). Ale ostatnio nie mam już sił. Minęło już siedem lat, a ja mam wrażenie, że dla niego ten czas stanął w miejscu. Zmienia się tylko stosunek do kobiet...
Było mi niezmiernie przykro, kiedy zdecydowałam, że muszę odpocząć i nadal jest. Chciałabym, aby wrócił mój przyjaciel, nie zawsze uśmiechnięty, trochę introwertyczny, ten, z którym można było rozmawiać zarówno na śmieszne, jak i poważne tematy bez narracji „kobiety som złe/wszystko to spiski”.
Chciałabym zagrać z nim znowu w planszówkę, narzekając trochę na przyziemne sprawy czy opowiadając anegdotki.
Brakuje mi mojego przyjaciela... tak samo jak sił, aby dłużej próbować go pocieszać.
I nie tylko ja tak to odczuwam, wiele znanych nam osób też się od niego odsuwa z podobnych powodów.
A ja chciałam się tylko wygadać komuś obcemu... anonimowo.
PS Zanim ktoś zacznie snuć teorie: mój przyjaciel nigdy mi się nie podobał i ja też nie jestem w jego typie.
Historia o tym, dlaczego przestałam korzystać z usług pewnej popularnej firmy taksówkarskiej.
Po skończonych zajęciach na uczelni postanowiłam zamówić sobie taksówkę do domu. Gdy już do niej wsiadłam, chłopak przez telefon zaproponował mi, żebyśmy poszli razem na obiad do galerii – nie miałam nic sensownego w lodówce, więc się zgodziłam. Galeria znajdowała się około kilometr od mojego domu, więc zapytałam panią, która mnie wiozła, czy mogłaby mnie podrzucić pod tę galerię. Jak się okazało, była to Ukrainka lub Rosjanka, która ledwo mówiła po polsku – co drugie słowo padało w języku rosyjskim. Zrozumiałam jedynie, że mnie tam nie zawiezie, bo muszę zmienić kurs w aplikacji. Nie wiedziałam jak to zrobić, więc poprosiłam, żeby zawiozła mnie pod adres docelowy (czyli pod mój dom). Pani zaczęła wtedy mówić do mnie w języku rosyjskim, a gdy poinformowałam ją, że jej nie rozumiem, zaczęła się ze mnie naśmiewać. Zatrzymała się na najbliższym przystanku i kazała mi wysiąść, bo pod galerię mnie nie zawiezie. Wtedy już podirytowana poinformowałam ją, że przecież mówiłam, aby jednak zawiozła mnie pod adres, który wskazałam w aplikacji.
Gdy w końcu dotarłam pod dom i wysiadłam, zaczęła krzyczeć coś w moim kierunku. Już naprawdę zdenerwowana wróciłam i zapytałam, jaki jest problem. Usłyszałam tylko: „zapłacić”. Zdziwiłam się, bo płaciłam kartą podpiętą do aplikacji i pieniądze zostały pobrane z mojego konta. Próbowałam to wytłumaczyć, lecz jak można się domyślić – było ciężko. Już nawet włączyłam Google translator, aby jakkolwiek się dogadać, lecz pani cały czas upierała się, że mam zapłacić jej w gotówce (a właściwie to powtarzała dwa słowa: gotówka, zapłacić). Miałam dość tej sytuacji, więc chciałam nawet podskoczyć do mieszkania po gotówkę. Kobieta uznała, że nie ma na to czasu, więc kulturalnie j….am drzwiami od auta i poszłam w swoją stronę :)
Zgłosiłam ją do firmy taksówkarskiej, podając za powód brak kultury osobistej oraz próbę wyłudzenia pieniędzy. Korzystam aktualnie z usług innej firmy i jestem zadowolona, kierowcy są o wiele milsi i nie spotkała mnie póki co żadna nieprzyjemna sytuacja ;)
Parę lat temu wraz z moim ówczesnym narzeczonym, a obecnie mężem, postanowiliśmy wyjechać do pracy za granicę, padło na Holandię. Ja chciałam mieć ładny, ale skromny ślub i móc otworzy własny salon fryzjerski, mąż zakład naprawy samochodów. Oboje jesteśmy po szkołach zawodowych i mamy trochę lat doświadczenia. Pracowaliśmy ciężko na magazynach, oszczędzaliśmy i gdy odwiedzaliśmy rodzinę, nie szastaliśmy pieniędzmi, mając w pamięci nasze marzenia. Mieszkaliśmy w pokoju hotelu robotniczego, żadne luksusy.
Gdy po kilku latach wróciliśmy na stałe, ja otworzyłam mój skromny salon na naszej wiosce, brak konkurencji. Mąż zdecydował nie otwierać biznesu, tylko pracuje u miejscowego mechanika, a resztę zarobionych pieniędzy wydaliśmy na remont domku po dziadkach męża, w którym obecnie mieszkamy. Jesteśmy obiektem zazdrości, ale i w rodzinie, i w naszej miejscowości jesteśmy również bardzo poważani i chwaleni, żyje się nam dobrze.
Anonimowe:
Nie zarobiliśmy na to wszystko sami, pracowaliśmy ciężko, ale też trzeba było tam żyć.
Prawie jedną trzecią pieniędzy, z jakimi wróciliśmy do kraju, mąż ukradł jednemu Rumunowi z naszego piętra w hotelu.
Stało się to podczas namiętnej gry wstępnej z moim chłopakiem. Zapowiadała się wspaniała noc, pełna uniesień, ALE.
Jego ręka powędrowała między moje nogi i wszystko działo się normalnie, ale w pewnym momencie poczułam ogromny ból, ukłucie na skórze. Okazało się, że miałam przy pachwinie ogromnego pryszczola, który pękł pod wpływem nacisku ręki. Wiecie, takiego co się robi od wrastających włosków, przed okresem albo jak się użyje jakiejś zanieczyszczonej maszynki. Wszystko mogło się skończyć w tym momencie ogromnym zażenowaniem, niechęcią i ogólnym poczuciem wstrętu. No wiecie – pryszcz, ropa, krew, te sprawy... Ale nie, nie w naszym związku!
Mój chłopak był wtedy świeżo upieczonym dermatologiem. Kiedy ogarnęłam co mnie tak zabolało, ja się skrzywiłam nad własnym ciałem, on natomiast zajął się oględzinami zmiany skórnej. Zaczął zastanawiać się nad przyczyną i przy okazji obejrzał całe moje ciało, czy przypadkiem podobne rzeczy nie dzieją się w innych miejscach. I nie dało się przetłumaczyć, że to nic takiego. On musiał się przyjrzeć i upewnić. W grę oczywiście weszła jeszcze odpowiednia dezynfekcja rąk i tego miejsca i w ogóle cała uwaga skupiła się na pryszczolu przy mojej pachwinie. Seksu tej nocy już nie było.
Jak to dobrze, że on nie jest ginekologiem...
No niestety, znowu się nie udało.
Otwieram oczy, zaczyna się nowy dzień. Wstaję z łóżka, ubieram się, idzie bardzo opornie. Mama woła na śniadanie. Siadam przy stole. Staram się coś zjeść, żuję bez przekonania. Wstaję, szykuję się do szkoły.
Impuls. Zaczyna mi się kręcić w głowie, robi się duszno i gorąco, a buzię zalewa ogromna salwa śliny. Walczę, przynajmniej staram się, 5 min później dwa kęsy zjedzonej kanapki lądują w ubikacji.
Zakładam kurtkę, wychodzę. Pierwszy wf. Nauczyciel zmusza mnie do wyjścia na boisko. Wszystkie piłki lecą w moją stronę. Staram się uniknąć uderzenia.
- Czego się kurwa kryjesz.
Koniec, przeżyłem. Szatnia, potem na lekcje. Siedzę pod salą. Ktoś nasmarował moją ławkę klejem. Przesuwam się siadam obok.
Przerwa
- Ale chujowo grałeś dziś na wf-ie. Jesteś nikim. Jedyne do czego się nadajesz to bycie workiem treningowym.
Cios pod żebra.
Zabierają mi piórnik, lata po całej sali. Wstaję, odzyskuję go. W moim zeszycie pełno kutasów. Przewracam kartkę, piszę temat lekcji.
Przerwa
Szarpnięcie za plecak, otwiera się i wszystkie książki lądują na ziemi. Kucam, zaczynam je zbierać. Byłoby łatwiej, gdyby nikt ich nie kopał.
Koniec, wracam do domu. Idą za mną.
- Jesteśmy twoimi kolegami, bo wiesz, my się tylko z kolegów śmiejemy.
- OK...
Godzina 15, wchodzę do domu. Czas na pierwszy posiłek. Zjadam i siadam do pracy domowej. Mimowolnie zaczynam się drapać po ramionach. Wydrapuję, aż do krwi. Co ja robię, tak nie można. Włączam grę, zaczynam grać.
Wieczór. Idę pod prysznic. Hmm, siniaki na moich udach trochę zbledły. W końcu jest poniedziałek, dwa dni przerwy.
Idę do łóżka. Gaszę światło. Ryczę w poduszkę. Przejaw nadziei, może tym razem się uda, może tym razem się nie obudzę. Zasypiam.
No niestety, znowu się nie udało...
Tak wyglądały moje lata spędzone w gimnazjum.
Kilka lat później. Już na studiach. Ogarniam się. Nie ufam ludziom. Nie pozwalam im się zbliżyć. Codziennie zakładam maskę bezuczuciowego twardziela.
Poranną walkę coraz częściej wygrywam. Pragnienie końca jest tylko kilka razy w miesiącu. Będzie dobrze, musi być.
Uprzedzając pytania, rodzice nie wiedzieli, było mi wstyd się przyznać, że sobie nie radzę. Nauczyciele odwracali wzrok.
Od jakiegoś czasu mój przyjaciel bardzo zaczął mi się podobać, wyszliśmy kilka razy, ale to ostanie spotkanie było przełomowe! Powiedział, że kupi jakieś jedzenie i picie i możemy iść do parku się przejść, a potem posiedzieć na polance. Mówię – czemu nie?
Nadszedł ten dzień, wystrojona jak stróż w Boże Ciało idę, witamy się i ruszamy.
Po dojściu na polankę usiedliśmy na trawę i przyjaciel dał mi picie – Tymbark szklany.
Śmiałam się, że musimy spełnić to, co jest napisane na kapselkach. I stało się – mój napis brzmiał „Pokaż mi, jak mnie kochasz”, a jego „Pocałuj kogoś bliskiego”, no i stało się – jedno spojrzenie i potem wielki pocałunek, na który czekałam trochę czasu.
Jak przystało na anonimowe zakończenie – jesteśmy razem i te Tymbarki to taka już nieodłączność, jak się widzimy. :)
Z chłopakiem jesteśmy razem już 14 lat. Wszystko co robiliśmy, robiliśmy wspólnie. Razem odkładaliśmy pieniądze na dom, na wszystko. Z jego co prawda inicjatywy, ale wspólnie. Przeprowadziliśmy się, mamy piękny dom, ogród, jesteśmy w trakcie budowy drugiego domu. Ale on wszystkie zasługi przypisuje sobie... Czuję się przy nim jak kompletne dno. Każdy go chwali, że on taki dobry jest, poświęca się dla rodziny... Nikt praktycznie nie wie, jaki jest naprawdę, prócz jego matki. Nigdy mnie nie zdradził, ale często wyzywa mnie i bije. Mam ciężką depresję z tego powodu i czuję żal, że wszyscy go chwalą, a ja jestem na każdym kroku szykanowana. Nigdzie się nie ruszam bez niego, nigdy nie byłam sama na imprezie bez niego, nigdy go nie zdradziłam. A czuję się najgorzej na świecie.
Jestem słaba, koszmarnie słaba...
Narzeczony od czterech lat prosił mnie o rzucenie fajek. Mówił, że on nie może rzucić, gdy ja palę. Zbywałam go, mówiłam, że rzucę, a potem i tak kupowałam fajki. Tolerował to. Ostatnio jednak znowu poruszył ten temat, a i ja już miałam dosyć kopcenia i chciałam pozbyć się szkodliwego nałogu. Starałam się jak mogłam, wytrzymałam tydzień. Potem jednak poszliśmy na imprezę i obydwoje zapaliliśmy do piwa. No i poszło... W poniedziałek już kupiłam sobie paczkę, o której mu nie powiedziałam. Znowu zaczęłam palić, ale z połowy paczki przeszłam na 2-3 dziennie, aby sobie zapalić w strategicznych momentach dnia i trochę złagodzić dolegliwości z powodu odstawienia. Narzeczony coś podejrzewał i gdy spałam, przejrzał mi całą torebkę, w której znalazł stary paragon. Takiej awantury w życiu nie przeżyłam... Darł się okropnie i doszło do tego, że ślubu chyba nie będzie. Powiedział, że nie ma do mnie zaufania, że skoro z tym kłamałam, to i ze wszystkim mogę i on nie chce być z taką osobą. Mieszkamy wciąż razem, ale nie wiem, czy długo to potrwa.
Szczerze, to wydaje mi się, że zareagował zbyt pochopnie. To tylko popalanie po kryjomu, a nie morderstwo... Próbuję mu to przetłumaczyć, ale nic to nie daje.
Kończę studia chemiczne.
Włożyłam rozgrzaną patelnię z olejem pod bieżącą wodę...
Poparzenia, szpital i te sprawy...
Każdy ma swoją ulubioną piosenkę/piosenki bądź też melodie.
A ja... chodzę do kościoła na Drogę Krzyżową tylko po to, by rozkoszować się chóralnym śpiewem moherków „Któryś za nas cierpiał rany...”.
Zawsze mam wtedy ciary. :)
Ktoś też ma takie zboczenie?
Dodaj anonimowe wyznanie