Zacznę od tego, że wyglądam jak połączenie metala, punka i satanisty. Ludzie w mojej wiosce są do tego przyzwyczajeni. Znają mnie i nie budzę żadnych podejrzeń, jednak gdy tylko wyjadę gdzieś dalej, to od razu zaczynają się krzywe spojrzenia. Jestem do tego bardzo religijny, do kościoła chodzę częściej niż raz w tygodniu, regularne praktyki i w ogóle. Jestem też ministrantem.
Teraz sobie wyobraźcie faceta w glanach, z irokezem na głowie, tunelami w uszach i dziarą na ręku, który ładnie, w białej albie, ze złożonymi rękami służy do mszy. Na szczęście proboszcz to spoko koleś, więc nie robi z tym problemu, a wręcz przeciwnie. Bawi mnie to, że na ogół ludzi patrzą na nas jak na tych, którzy palą czarne koty i mordują staruszki w imię szatana, a wielu z nas jest bardzo wierzących i tak naprawdę boją się kotów.
Kiedy byłam mała, rodzice kazali mi bardzo wcześnie kłaść się spać (18, max 18:30). Po jakichś 15-20 minutach mama przychodziła sprawdzić, czy śpię. Jeśli nie spałam lub nie udawałam zbyt dobrze, krzyczała, że odda mnie do domu dziecka i weźmie sobie stamtąd grzeczne dziecko. Jeżeli miała wyjątkowo zły dzień, wyjmowała z szafy torbę i pakowała moje rzeczy. Stawiała ją przy drzwiach i mówiła, że jutro rano mnie tam zawiezie. Rano jak gdyby nigdy nic budziła mnie, robiła śniadanie etc.
Raz zapytałam ją o tę torbę i wyjazd; spojrzała na mnie ze złością i zaczęła krzyczeć, że co ja sobie ubzdurałam, znowu jakieś głupoty wymyślam itp.
Jeżeli dziś poruszam ten temat, wypiera się wszystkiego. Uważa, że sobie to wymyśliłam i nic takiego nie było. Chyba liczyła, że byłam za mała i tego nie zapamiętam. Pamiętam wszystko. 1:0, mamo.
Gdy byłem nastolatkiem, często miałem sny o II wojnie światowej. Te sny były bardzo realne i w znacznej mierze dotyczyły niemieckich zbrodni. Jedyne, co było współczesne w tych snach, to otoczenie i moja rodzina. Akcja toczyła się w miejscach, które dobrze znałem, czyli w moim domu rodzinnym, szkole czy na osiedlu. W tych snach miejscowa fabryka była obozem koncentracyjnym przeznaczonym dla wielu Polaków, w tym mnie i mojej rodziny. Niekiedy Niemcy zajmowali nasz dom, tym samym zmuszając nas do ucieczki bądź usługiwania im. Zawsze budziłem się zlany potem i już nie mogłem dalej zasnąć. Z tego względu miałem nieodparte wrażenie, że ten koszmar może kiedyś wrócić na jawie, że to się jeszcze powtórzy.
Kilka lat później, tzn. ok. 2018 roku, miałem równie realny sen, który przypomniał mi ten strach, jaki mi towarzyszył w okresie nastoletnim. W tym śnie uciekałem wraz z moją rodziną przed ludźmi ubranymi w białe kombinezony i maski, które pozwalały oddychać powietrzem z butli tlenowej. Nie mogliśmy opuścić zapuszczonego wieżowca, w którym co jakiś czas odcinano dopływ prądu. Wiele mieszkań miało zaspawane drzwi. W środku byli uwięzieni ludzie. Obudziłem się w momencie, w którym przebrany za kosmonautę naukowiec złapał moja dziewczynę i gdzieś ją prowadził. Czułem ogromny strach i nie mogłem zasnąć przez resztę nocy. Cały czas miałem przeczucie, że w przyszłości spotka nas wiele złego, że taki scenariusz może się wydarzyć.
Nigdy nikomu o tym nie powiedziałem, bo ludzie myślą, że niczego się nie boję. Nie wiedzą o tym, że najbardziej na świecie boję się powtórki wydarzeń z lat 1939-1945.
Byłam u gina. Przechodziłam takie badania już nie raz, nie dwa, i zawsze, ale to zawsze, czułam skrępowanie w takich sytuacjach. Nie inaczej było tym razem. A nawet gorzej niż zazwyczaj, ale o tym opowiem za chwilę. Ja wiem, że to lekarz, że takie badanie jest koniecznością, że na nim moja nagość ani żadna inna nagość nie robi już wrażenia, bo takich pacjentek ma na pęczki, i tak właśnie sobie powtarzam w duchu. Ma mi to dodać otuchy, ale prawda jest taka, że nic nie dodaje. Mimo to zdejmuję majtki, półnaga siadam posłusznie na pilocie i patrząc w sufit, staram się myśleć o wszystkim, tylko nie o tym, co się właśnie dzieje. Czuję dotyk lateksowych rękawiczek, czuję nakładany żel, czuję wziernik wciskany do środka. Niemal fizycznie czuję też wzrok obcego mężczyzny utkwiony w najintymniejszej mojej części. Mówcie co chcecie, ale zawsze w takich chwilach odczuwam skrępowanie. I o ile to skrępowanie do tej pory towarzyszyło przed jednym tylko mężczyzną, to dziś było zupełnie inaczej.
W trakcie badania drzwi otwierają się i wchodzi do gabinetu jakaś baba w białym fartuchu. Ja leżę bez majtek, z szeroko rozłożonymi nogami, a ta zaczyna gadać coś do gina o jakiejś innej pacjentce. Ten podnosi głowę spomiędzy mych ud i odpowiada. I tak sobie debatują beztrosko przez dłuższą chwilę, a ja czuję, jak policzki zaczynają mnie piec, bo przyłapuję kobietę na omiataniu wzrokiem mojej nagości.
Ja rozumiem, że ona jest pielęgniarką, że pracuje w szpitalu, że mogło coś się wydarzyć nagłego na oddziale, że potrzebna jest konsultacja, ale do cholery, czy muszą się konsultować akurat przy mnie? Przecież obok było osobne pomieszczenie. Ciężko przejść dwa kroki? Czy obca baba musi koniecznie zerkać między moje nogi, gdzie plastikowy wziernik właśnie wystaje mi z pochwy? Czułam się okropnie, gdy przyłapywałam ją na zerkaniu. Zero prywatności, zero poszanowania dla pacjenta, zero jakiejś empatii, że mogę czuć dyskomfort, zero czegokolwiek.
Zastanawiam się, czy taka obcesowość wobec pacjentów nie jest celowa. Może ma to zniechęcić ludzi do korzystania z państwowej służby zdrowia i zmusić ich do korzystania z prywatnych gabinetów? Podobno jak się pójdzie prywatnie, to jest zupełnie inaczej. Lekarz miły, delikatny, niepozwalający sobie na żadne głupie żarty (a takie rzeczy spotkały mnie już). O wchodzeniu osób trzecich do gabinetu w trakcie badania to już w ogóle nie ma tam mowy.
Wszystko pięknie cacy, tylko młoda osoba, która dopiero wchodzi w dorosłe życie i pracuje za najniższą krajową, niekoniecznie musi mieć od razu kasę na prywatne wizyty. Poza tym płacę przecież składki zdrowotne, więc mam prawo do państwowej opieki. Czemu zatem mam wrażenie, że jestem tam traktowana przedmiotowo, jakby mi robiono łaskę, że w ogóle zostałam przyjęta? To bezsens.
Jak byłam młodsza, uwielbiałam historie o duchach itp. Cały czas oglądałam horrory – do momentu, jak obejrzałam „Studnię”. Z pozoru zwykły film – dziewczyna wychodzi ze studni, potem dzwoni telefon, że za 7 dni umrzesz. Pewnie go znacie.
Po tygodniu od obejrzenia tego filmu złamałam rękę. W owym dniu przeglądałam internet. Zobaczyłam miniaturkę tego filmu i napis na górze „Polecam, ciekawe rzeczy dzieją się po obejrzeniu go”.
Może to głupie, ale od tamtego czasu ani razu nie obejrzałam żadnego horroru.
Dzisiaj rankiem nie mogłam znaleźć okularów. Musiałam być okropnie niewyspana, bo po 10 minutach szukania ich założyłam okulary, żeby lepiej widzieć i tak chodziłam w nich przez chwilę, dopóki się nie zorientowałam, że mam je na sobie.
Brawo ja!
W mojej rodzinie była sobie ciocia Alicja, siostra mojej mamy.
Ciocia Alicja była samotna, bezdzietna, pracowała całe życie jako pani urzędniczka w Urzędzie Gminy naszej miejscowości.
Moja mama jej nie lubiła, ponieważ ZAWSZE się wywyższała nad naszą rodziną, ojciec wręcz ją nienawidził.
Choć ciocię Alicję widywałam raz w roku w dzień Wszystkich Świętych na grobach, to była dla mnie obcą osobą.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, jak po jej śmierci okazało się, że cały majątek, tzn. dom, działkę, oszczędności przepisała mi. Oprócz mnie miała dwójkę bratanków, którzy ją odwiedzali co jakiś czas.
Słowa mojej mamy, jak się o tym dowiedziała: "w końcu jędza się na coś przydała". Nie wiem co o tym myśleć.
A cioci Alicji zapalam świeczkę na grobie co niedzielę, niech choć po śmierci nie będzie zapomniana.
Nie przypominam sobie, żebym jako dziecko wierzyła w Świętego Mikołaja, Wróżki-Zębuszki, skrzaty, magię i inne tego typu postaci. Nie odczuwałam tego nigdy jako zniszczenia mi dzieciństwa, chyba dlatego, że moi rodzice od małego zawsze tłumaczyli mi świat zamiast bawić się w Greków i Rzymian i sprzedawać mi mity, co uważałam za znacznie ciekawsze ;)
No, ale jako sprytna, chyba pięcioletnia dziewczynka wymyśliłam, że (1) przecież rodzice tak dokładnie nie mogą wiedzieć, w co wierzę, a w co nie, a do tego (2) “Wróżki-Zębuszki” przynoszą mamonę, więc (3) równie dobrze mogę użyć swojego utraconego zęba w celu zdobycia jakiejś gotówki i nikt się nigdy nie dowie, że tak naprawdę to taki drobny przekręt.
Do realizacji planu przystąpiłam następnego wieczora, gdy rodzice kładli mnie spać. Ostentacyjnie poprosiłam o przyniesienie mi mojego zęba (w celach sentymentalnych do dzisiaj składowane są w malutkim kuferku w ich sypialni), a potem wsadziłam go pod poduszkę, głośno wyrażając swoją intencję oddania go w zamian za hajs.
Ale, jak wspomniałam, moi rodzice to ludzie bardzo racjonalni, więc postanowili nie karmić mitu i rano pod poduszką nie znalazłam pieniędzy, tylko mojego spróchniałego mleczaka. No, tak nie będzie — nie porzucimy tak łatwo wizji zarobku. Przybrałam najsmutniejszą minę świata i, dzierżąc ząbek w dłoni, poszłam poszukać taty.
- Wróżka do mnie nie przyszłaaa! - zawyłam rozpaczliwie, odrywając go od pracy nad skałami czy nad czym tam pracują geografowie o bladym świcie. Zamrugał, przytulił, w namyśle pokiwał głową.
- No, no, pewnie była bardzo zajęta. Spróbuj jeszcze dzisiaj. Czasem Wróżka nie przychodzi pierwszej nocy - uciekł się do podstępu, wpadając prosto w moją pułapkę, której nie był świadom. Wiedziałam już, że plan się powiódł. Z szatańskim śmiechem w głowie udałam się z nim z powrotem do mojego pokoju i wsadziłam ząb pod poduszkę.
Następnego ranka znalazłam tam prawdziwy majątek — całe dwadzieścia złotych, chyba w nagrodę za rozczarowanie poprzedniego dnia. Zęba nie było, jednak później tego samego dnia, by potwierdzić swoje przypuszczenia, że żadnej Wróżki nie ma (rozumiecie, nie mogłam być do końca pewna bez dowodów empirycznych), zajrzałam do kuferka i, oczywiście, znalazłam tam mleczaka. Nic nie powiedziałam, ale pomyślałam sobie, że moi rodzice to są jednak beznadziejni w tych całych tajemniczych sprawach i mogliby chociaż zatrzeć dowody swojej ingerencji.
Od tamtej pory i tak zaczęli z podwójnym zaangażowaniem forsować racjonalną wizję świata. Drugi raz numer z zębem nie przeszedł, ale przyznałam się dopiero po osiemnastce ;)
Był początek maja, kilka lat temu. Razem ze znajomymi umówiliśmy się na piwo. Obsługiwała Nas młoda, atrakcyjna dziewczyna (Ania). Będąc już trochę podchmielonym, założyłem się z kumplami że potrzebuje tylko 10 minut na to by zdobyć jej numer Koledzy przystali na zakład. Podszedłem zamieniliśmy parę słów i odszedłem zdobywając jej numer.
Napisałem do Niej następnego dnia i umówiliśmy się na spotkanie po jej pracy. Jako że było dość ciepło zdecydowaliśmy się na spacer w parku i rozmowę. Opowiadała mi że musiała rzucić studia i zająć się pracą ponieważ jej tata zmarł a jej mama pracowała za najniższą krajową pensje i nie starczało jej na życie.
Nie przedłużając jakiś czas później zostaliśmy parą. Problem był taki że moi znajomi nie chcieli zbytnio jej zaakceptować. Wszyscy pochodzili z tzw. dobrym domów gdzie ojcowie i matki to lekarze, prawnicy itd. mój tata sam jest prawnikiem, mama prowadzi.własną firmę i mimo że nie dbałem o to co rodzice powiedzą to nie chciałem by patrzyli na Nia z góry. Wiedziałem także że Ania chce skończyć studia ale przez to że pomagała swojej matce nie było ją na to stać.
Postanowiłem więc pomóc zarówno jej jak i jej matce. Zafundowałem Ani studia, tak by mogła się skoncentrować na nauce a jej matce załatwiłem lepiej płatną pracę w firmie mojego znajomego.
Razem z Anią zamieszkaliśmy w kupionym przeze mnie mieszkaniu (pracowalem w firmie mojej mamy więc o zarobki mogłem się nie martwić). W tym roku planowałem się oświadczyć a w następnym wziąć ślub. Potem wystarczyło wybudować dom, spłodzić potomka i zasadzić drzewo ale wszystkie plany kilka tygodni temu trafił szlag.
Miałem jechać w delegację na drugi koniec Polski, byłem już kawałek drogi od domu gdy klient zadzwonił i przełożył spotkanie. Zawróciłem i miałem napisać SMS do Ani ale stwierdziłem że zrobię jej niespodziankę tym powrotem i spędzimy gdzieś razem weekend.
Gdy zajechałem na moim miejscu stał jakiś samochód. Wszedłem do mieszkania i zobaczyłem zdziwioną mine mojej dziewczyny. W mieszkaniu prócz niej siedział jakiś facet. Przedstawiła mnie, twierdząc że to jej dawny znajomy z pracy. Jednak cały czas zachowywała się jakoś dziwnie. Uciekała wzrokiem, milczała. Gdy stwierdziłem że idę wziąć prysznic nagle się ożywiła i próbowała mnie powstrzymać, twierdząc że jest tam bałagan bo nie zdążyła posprzątać. Gdy wszedłem do łazienki wszystko się wyjaśniło. Na podłodze leżała zużyta prezerwatywa. Próbowała tłumaczyć że to nie tak jak myślę itd. jednak pod naciskiem moich pytań przyznała się do zdrady i że trwa to już dwa lata. Nie chciałem więcej słuchać, wyrzuciłem ich obu za drzwi.
Teraz siedzę, czuję się jak gówno. Starałem się jak mogłem by jej pomóc a w nagrodę okazało się że od 2 lat pieprzy się z jakimś kolesiem gdy mnie nie ma w domu.
Kilka lat temu byłam ofiarą mobbingu w pracy.
Praca ta polegała na przeliczaniu kopert z gotówką, która miała trafić później do banków. Z perspektywy czasu stwierdzam, że nie było to najgorsze zajęcie - niestety atmosfera panująca w firmie sprawiła, że po 4 miesiącach zdecydowałam się odejść. Oto niektóre z sytuacji, z którymi się spotkałam:
1. Pierwszy raz liczyłam drobne. Gdy skończyłam, nie byłam do końca pewna, gdzie je odłożyć. Zapytałam o to kierowniczkę - zignorowała mnie, więc zapytałam jeszcze raz. Wtedy inna współpracownica zaczęła (dosłownie) się na mnie wydzierać, że „to przecież logiczne, że na stół kierownika, zacznij w końcu coś ogarniać!” (pracowałam tam wtedy niecały tydzień).
2. Gdy liczyłam dużą ilość kopert, natrafiłam na kopertę z euro. Zapytałam się kierowniczki, co mam w takim przypadku zrobić, bo do tej pory liczyłam tylko PLN. Kazała mi zakleić tą kopertę i zostawić ją na sam koniec. Kilka dni później, gdy na zmianie był inny kierownik, znów spotkała mnie ta sytuacja, więc tak jak mnie nauczono - zakleiłam kopertę z euro i zostawiłam na sam koniec. Akurat jedna pracownica skończyła liczyć swoje koperty, więc wzięła kilka ode mnie. Po chwili podeszła do mojego stanowiska i podniesionym głosem zaczęła mnie wypytywać, dlaczego zakleiłam jedną kopertę. Wytłumaczyłam, że jest to koperta z euro i wcześniej inna kierowniczka kazała mi zaklejać takie koperty, gdy przez przypadek na nie trafię. Wtedy kierownik zaczął mnie ochrzaniać przy całym zespole, że gdy on jest na zmianie, to ma być wszystko tak, jak on karze i zaklejanie kopert jest niedopuszczalne.
3. Obtarły mnie buty, więc przykleiłam sobie na kostkę mały plaster. Poszłam do kuchni zjeść śniadanie, i gdy wychodziłam, plaster musiał mi się odkleić (wcześniej już go poprawiałam) i spadł na podłogę. Gdy wróciłam na swoje stanowisko, pracownica z innego działu przyszła do mnie, i w obecności osób z mojego zespołu zaczęła mówić, że jestem obrzydliwa, bo w kuchni specjalnie zdarłam sobie plaster i rzuciłam go na podłogę.
4. Podczas wpisywania danych w komputerze, pomyliłam się i wpisałam o 100zł mniej, niż miałam w kopercie. Zapytałam współpracownicy, co zrobić - powiedziała, że jeśli to pomyłka, to wystarczy poinformować kierownika. Kilka dni później zaproszono mnie do biura i okazało się, że jeśli pomyliłam dane - to muszę zapłacić tyle, ile wynosi różnica od faktycznej ilości gotówki. W ten sposób odciągnięto mi od wypłaty 100zł.
Takich sytuacji było o wiele więcej, ale przez limit znaków nie mogę ich niestety opisać. Zgłaszałam je do dyrektora działu, lecz niestety nie przynosiło to żadnych efektów. Całe szczęście, po zwolnieniu się dość szybko znalazłam pracę, gdzie dobrze się czułam i poznałam świetnych ludzi :)
Dodaj anonimowe wyznanie